Grzegorz Kwiatkowski – Sową (2017)

Tekst będzie trochę obok tematu, co nie jest nowością, ale wolę zastrzec, by nie było rozczarowania.

Podczas jednej z niedawnych wymian zdań – takiej, na której niewątpliwie nie zyskałem – pozwoliłem sobie stwierdzić, że Grzegorz Kwiatkowski jest jednym z największych polskich poetów współczesnych. Uwaga była swoistą figurą retoryczną, bezmyślną próbą skrótu. Wyrażenie takiego poglądu, w dodatku z użyciem nieznanego drugiej stronie nazwiska, implikuje posiadanie szerszego oglądu niepopularnego przecież zagadnienia, a samo umiejscowienie rzeczonego (jejku, znowu rym, nie znoszę!) poety w czołówce, której ścisłość nie została nijak uściślona, mogłoby w osobie podobnie wścieklej dociekliwej jak ja budzić raczej pewne wątpliwości. I takowe, tylko że zupełnie inne, w istocie pojawiły się. Zostałem bowiem w odpowiedzi zapytany, czy jestem gejem. Próba sprowadzenie rozmowy na tory, jakie wydawały się właściwe (przynajmniej dla samej rozmowy), zakończyły się sprowadzeniem mojej niepokornie skromnej osoby (ktoś tak mnie kiedyś nazwał) do parteru. Sam byłem sobie winien, bo gdyby umyśliło mi się – dajmy na to – zagajenie do stojących w kamienicznej bramie chmurnych kapturników celem pogadanki (bez zobowiązań) na temat post-minimalizmu, to mógłbym się przekonać, być może cokolwiek boleśnie, że nie są wyznawcami podobnych idei. Przynajmniej w pewnym obszarach – powiedzmy, że twórczej – aktywności. Dlatego post factum nie mogę być niczym zaskoczony. Łącznie z własną postawą, która nakazała podjęcie dyskusji o seksualności w taki sposób, by sprowokować tę drugą osobę do sumiennego rachunku – na palcach jednej ręki – który dowiódłby, że w powszechnej świadomości zjawisko płciowego parytetu w odniesieniu do rodzimej liryki raczej nie występuje. Po argument odnoszący się do tego, że zdarzyło mi się pozostawać w zażyłości – duchowej, a jakże! – z kilkoma poetkami, które może nie wyrobiły sobie nazwisk, ale pióra to już jak najbardziej (gdzie do nich mnie, miernemu wyrobnikowi, i w żadnym [wy]razie nie ironizuję), nie sięgnąłem, co jak dowiedziałem się jeszcze wcześniej, nosi nazwę kompleksu Łysiaka. Sieć jednakże milczy nad istotą tego zjawiska, więc…

Inna sytuacja. Próbuję prezentować twórczość poetycką autora – przekrojowo, w wyborze własnym – osobie, której wrażliwości, nie tylko poetyckiej, wprawdzie nie znam, ale mam za to pełne przekonanie do jej intelektu. Nie chcąc zafałszować żadnego z antygłosów swoim własnym, wyjałowionym z emocji i przeżycia głosem, jedynie wskazywałem kolejne wiersze. Zakończyło się dość szybko, na stanowczym weź mi już ich nie pokazuj, które to słowa wydają mi się większym komplementem od jakiegokolwiek, który mógłbym samodzielnie sformułować. Zatraciłem łagodność i czułość, zwyczajowo zbędną i zwyczajnie nieprzystającą w odniesieniu do utworów gdańskiego poety. A był pewien okres, kiedy czytałem tomy wierszy WYŁĄCZNIE tak, jak by czytała je osoba, której chciałem potem pokazać to, co mnie urzecze, ale przypadło to na czas krótki, który w dodatku przepadł. Gorzej, że sam w tamten czas nadal przepadam i w nim – bezczasowo – przepadłem.

Albo inaczej. “Sową” zabrałem na spacer z kolegą. Nie jest to znowu rzadka sytuacja, kiedy towarzyszą mi wiersze w drukowanej formie. Pewnie częściej niż ludzie. Nawet jeśli służą temu, by wetknąć między strony i strofy list własny, który potem tak leży i leży, i nic, nic już. W każdym razie, z racji zainteresowania mojego towarzysza tematyką (problematyką?) II wojny światowej, i ze względu na moją cynicznie dobrą naturę, chciałem polecić jego uwadze te wiersze. Pech chciał, że w związku z tym, o czym wspominam w zdaniu poprzednim, w okolicznościach trudnych do wytłumaczenia – co przyznaję ze wstydem, bo nigdy nic podobnego mi się nie przytrafiło – w plecaku rozlał mi się sok (nie mój nawet), wskutek czego nie tylko tomik wyglądał tak, jakby go zanurzyć do połowy w wodzie, ale ucierpiało też kilka periodyków (te nadawały się do wyrzucenia) i luźnych notatek (w podobnym stanie). Mógłbym pochwalić Biuro Literackie za jakość wydania, ale nie robi się tego na podstawie podobnych – jakkolwiek rozumianych – doświadczeń.

O muzyce pisać łatwiej, gdyż moje szczyty ekspresji w dźwiękowej materii sprowadziły się do oj-nie-bezproblemowego odegrania wstępu utworu “Komu bije dzwon” Kultu. Z racji niebycia niewtórnym analfabetą i pewnej nieuchwytności materii – co zauważyła pewna miła znajoma, pisząc zgrabną i uroczą miniaturkę wierszowaną, spuentowaną czymś w rodzaju pozdrowień adresowanych do pewnej powszechnie (u)znanej poetki, do której twórczości jednakże ta przesympatyczna osoba nie pałała sympatią – bo to jest trochę tak, że wystarczy napisać kilka słów pod sobą i to już jest wiersz (o czym wprost pisała wspomniana znajoma), trudno mi zajmować się krytycznym oglądem materii, jaką mogę sam stwarzać i kształtować. Bo co z tego, że zauważę, iż nowy tom syntetyzuje dwa poprzednie (“Radości” i antytetyczne w stosunku do nich “Spalanie”), że mogę powiedzieć rzeczy, które poeta sam wie lepiej ode mnie, a i każdy, kto sam zechce się zapoznać z tymi wierszami, pozna je i zrozumie nie płycej niż ja? Odpowiada mi wskazywanie, być może ze względu na moją nie najlepszą kondycję intelektualną, bez autorytarnego znawstwa. To są takie wiersze-linki, które mogą prowadzić do pogłębienia stanu wiedzy na temat wielu konkretnych postaci (do mnie przemówiło choćby to, że jeden z nich został poświęcony Margarete Hauptmann, a mi zdarzyło się niejednokrotnie próbować pisać kilkadziesiąt metrów od domu, w którym urodził się jej mąż), zwykle jakoś związanych z Gdańskiem, ale i stanu wiedzy o nas samych. Nie ma w nich żadnej próby wzbudzenia sensacji czy zgorszenia, jak może się wydawać poza kontekstem (vide pojedyncze wiersze drukowane w prasie literackiej), nie ma pozy i nadęcia. W pewnym sensie, mało w nich i samego poety, niewiele nawet samej poezji, ale dzięki pośredniczącej, usłużnej roli poety jako kogoś, kto pozwala dać świadectwo, a sam jest jedynie kimś, kto udziela głosu tym, którzy jak się wydaje, nie mają go (umarli, zwierzęta) prawda nie okazuje się fasadowa ani pusta, nie przesłania jej ornamentyka ani ego, a same wiersze mogą wywołać refleksje w rodzaju “a tam, ja bym sam(a) napisał(a) lepsze” tylko u kogoś, kto nigdy napisać nie próbował i nie spróbuje. Mógłbym wypunktować informacje z rozmowy, jaką z Grzegorzem Kwiatkowskim przeprowadziła Eliza Kącka, mieniąc się światłym i obeznanym, ale o prawdę chodzi również mnie.

Jeśli miałbym stworzyć coś w rodzaju hasła reklamowego dla “Sową”, to stwierdziłbym, iż to najlepsza pozycja, jaką da się przeczytać w pięć minut. To świetne jest. Bardzo zbliżone do tego, czym poezja w moim rozumieniu być powinna, a bywa bardzo rzadko. Bo do ideału – na szczęście! – można się jedynie zbliżać. Jest powściąganiem i przemilczeniem, dzięki którym każda kolejna strofa pozostaje nasycona. Często, zdecydowanie zbyt często, odnoszę wrażenie, że czytam coś, co zostało wydane dlatego, że kolega autora jest wydawcą, a drugi – redaktorem. Taka klika. Potem poeci wzajemnie klepią się po plecach, piszą sobie po znajomości recenzje i odczytania (naprawdę nietrudno nadpisać głębokie sensy nawet w przypadku bardzo płytkich i błahych utworów), jakby żyli w hermetycznej próżni, a próżność własną zaspokajało zrozumienie we własnym środowisku. Nie wiem, czy jakakolwiek poezja ma jeszcze szansę trafić pod strzechy, ale sam komu bym mógł, temu bym “Sową” polecał.


GRZEGORZ KWIATKOWSKI, Sową
, Stronie Śląskie


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *