Spec Ops: The Line (2012)

 


Nie doszukiwałbym się w tym autoagresji, hipsterstwa ani nawet przewrotności, ale dostrzegłem, że gdy idzie o gry, to takie, które mają zapewnić czystą rozrywkę, umiem zainstalować i włączyć raz – albo nie włączyć w ogóle – a mój poziom zaangażowania w zdarzenia i chęć uczestnictwa w tychże wydaje się znikoma. Nie angażują mnie żadne mechaniki (modne słowo) czy historie (te to w ogóle jako teksty kultury, chyba że w przekazie bezpośrednim, ale i tu wybiórczo), nie przyciąga sama oprawa ani gatunek. Sięgnąłem po Spec Ops: The Line, prostą strzelankę tpp Yager Development i Darkside Game Studios, z nadzieję, że zabawy będzie przy niej jak najmniej. Zawiedziony nie jestem. Niekoniecznie dlatego, że napisy końcowe spokojnie można ujrzeć po mniej niż dziesięciu godzinach (w portalu howlongtobeat.com “wycenia się” sam wątek główny na godzin sześć).

Nie lubię opowiadać o fabule, bo każde takie opowiadanie wydaje się w istocie opowiadaniem fabuły. Jako członek trzyosobowego oddziału Delta Force wyruszamy z misją do Dubaju. To tyle. Sama gra to “korytarzowy” shooter, taki z bieganiem od osłony do zasłony, zza których wymierza się krótkie serie – lub oddaje pojedyncze strzały – we wrogów, którzy szczęśliwie (?) nie są zbyt wymagający, a ich inteligencja pozwala jedynie na to, by czasem poczęstować gracza granatem, by wywabić go z ukrycia. Jakieś bardziej zaawansowane taktyki – choćby flankowanie, które wprawdzie się zdarza, ale to wyreżyserowane sekwencje – pozostają w sferze marzeń. I naszych, i ich. Poza tym jeśli nie chcemy marnować amunicji (możemy nosić w danej chwili dwie sztuki broni), to zawsze któryś z towarzyszy – jeśli nie przechodzimy fragmentu, w którym jesteśmy zdani tylko na siebie – zajmie się odpowiednio wskazanym niemilcem. A jeśli niemilec zajmie się odpowiednio nim, to możemy rozkazać drugiemu z towarzyszy “reanimację” rannego wojaka. Albo wszystkim zająć się samodzielnie.

W każdym razie, na papierze nie wygląda to jakoś szczególnie, w rzeczywistości wygląda niewiele lepiej, ale nie w tym rzecz. Na szczęście. Ot, nie gra się przyjemnie. I to jest komplement. Z czasem zacząłem odczuwać silny dyskomfort związany z tym, jak twórcy potrafią bawić się nie tylko uczuciami, ale i samą psychiką gracza. Każą coś zrobić, ale w taki sposób, że pozostawiają pozorny wybór. Jest taki moment w środku kampanii. Gracz, pomny widoków sprzed kilku minut, nie chce robić tego, co… musi. To znaczy ja nie chciałem. Albo mamy całkowicie wolną wolę, ale podjęcie właściwej okazuje się niemożliwe. Wybór nie tworzy iluzji wpływu na losy świata – choćby świata przedstawionego – tylko owej iluzji skutecznie pozbawia. I to wynika z czegoś zupełnie innego niż całkowita liniowość rozgrywki. Kiedy gra zaczyna atakować nas także podczas ekranów ładowania (a nawet na ekranie menu, który zmienia się wraz z naszymi “postępami”), to burzy czwartą ścianę w taki sposób, że obrywa się cegłami.

Nie traktuję tej gry jako antywojennej w wymowie, bo wydaje mi się to uproszczeniem. Jest cięższa, dużo cięższa, i bardziej uniwersalna. A przy tym nieoczywista, jakby poetycka, jeśli tylko z poezji wyjąć całą… poezję. Nawet to, że gracz łapie się na tym, jak beznamiętnie opróżnia kolejne magazynki karabinów, pistoletów i strzelb w kierunków wyobrażonych sylwetek ludzkich, wydaje się czymś zamierzonym, a nie jakąś monotonią. Bo tu też nie chodzi o to, by coś urozmaicać (choć mamy kilka sekwencji celowniczkowych, a także kilka takich, które wydają się raczej interaktywnymi przerywnikami filmowymi, na szczęście bez quick time eventów), a jeśli coś sprawia frajdę to tylko po to, by zaraz to wypunktować. Nam. Nawet “znajdźki” w postaci “danych wywiadu” nie satysfakcjonują w typowy sposób. Właściwie nawet lepiej ich nie szukać.

Trudno ocenić tę grę, ale docenić – myślę – nietrudno. Nie opowiada jakiejś wielkiej historii, może nawet nie opowiada historii w jakiś niespotykany sposób, ale sięga głębiej. Właściwie to my sami jesteśmy najważniejsi. Nasze dobre intencje, o czym wiem i tak, potrafią sprowadzić na drugiego człowieka nieszczęście. A do szaleństwa droga jest w istocie niedaleka. Nie dodam, trochę nie przystoi, wyliczanki plusów i minusów Spec Ops: The Line, opatrzonej notą. Teraz gry ponoć przechodzi się na Youtubie, oglądając letsplaye. Więc… może warto?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *