Gedz – Bohema (2019)

Kilka chwil przed odpaleniem “Bohemy” Gedza pomyślałem, że próba odnalezienia dobrej polskiej rapowej płyty jest w 2019 roku niczym poszukiwanie Świętego Graala. Ten motyw pojawia się na początku otwierającej album “Otchłani”, więc użyję zapasowego porównania z kwiatem paproci, dodając, że jest to misja straceńcza, niemal samobójcza, ale czasami mogę poczuć, że to jedna z bezsensownych rzeczy, która miewa sens. Ale czy właśnie tym razem?

Zwątpiłem w to trochę już na wysokości czwartego utworu (“Reset”), uznając, że to mi przydałby się reset, włączenie czegoś innego, a pierwszy wers “Morfiny” (“mówi, że robię jej dobrze jak kroplówka po melanżu”) utwierdzał mnie w przekonaniu, że to byłoby dobre wyjście; żeby dać spokój. Dobre pierwsze wrażenie nie trwa o wiele krócej niż cały album, krócej niż trwałaby epka (o locie w dół, no cóż), ale Gedz jakby szybko orientował się, że zamiast być szczerym i kąśliwym lepiej (p)oddać się konwencji i kreacji, i być jak nieco młodsi koledzy. I nie mam na myśli tylko trapowej pułapki (no cóż[2]) rozumianej jako pewna estetyka (?), bo chodzi o to, by położyć ciekawe wersy, a nie takie, które można skwitować krótkim, powątpiewająco-kpiącym “no ciekawe”. A tutaj szybko dochodzi do sytuacji, w której jako ożywcze przyjmuję linijki… nieudane, pozbawione sensu (“ja i spokój to od zawsze oksymoron”) albo pełne niezbyt odkrywczych, niepogłębionych refleksją obserwacji (“samotność i depresja / miłość mierzona w followersach / wartość mierzona w drogich metkach”, “im wyżej jesteś, tym większe pokusy”) czy tak banalnych, że naprawdę nie wiem, jak by je skomentować (“tyle niepotrzebnych słów między nami / a dobrze wiemy, że też potrafią ranić”). Typowa, łącząca emfazę z cynizmem (?) maniera, zmanierowane, raczej marne (czy też mierne – by nie być tak brutalnym) wersy, wyliczania nazw substancji (zieeew), popkulturowe tropy prowadzące w kółko (“dla niej super jak Mario jesteś”, mój boże)…

Czy ci wszyscy (t)raperzy są jakimiś powykrzywianymi wersjami Mickiewiczowskiego Konrada, przechodzącymi “przemianę” na zjazdach po bad tripach? I cierpią (but why?), ale nie wiadomo za kogo ani po co (ale wiadomo za co – nazywa się to kwit), a tak naprawdę swoje niewielkie improwizacje wygłaszać muszą tacy maluczcy jak ja. Wiadomo, że w krainie ślepców jednooki jest królem, ale skąd o 99,9% przedstawicieli sceny przekonanie, że nie dość, iż widzą, to jeszcze mogą patrzeć z góry – tego nie wiem.

Patrzeć i pluć. Na osobny akapit zasługuje bowiem seksistowski mizoginiczny “Kosmita”, ale mogę tylko jako aperitiff podrzucić kilka lżejszych fragmentów, w których pojawiają się tylko “pieszczotliwe” określenia przedstawicielek płci pięknej (“wszystko zmienia się, kiedy nagrywasz pierwszy hit / nagle masz kilku ziomków więcej, kilka dobrych świń”, “nie masz dla niego czasem do podpisania płyt / dla siostry, koleżanki, kuzynki i kilku innych c*p”), a potem przytoczyć to: “nie pasi ci coś, to ch*j ci w ryj / co więcej mogę powiedzieć ci? – bon appétit” (w kontekście całego tekstu – niech będzie, że wymierzonego w… postawy, nie osoby – nie brzmi to raczej jak “odezwa” do hejterów, tylko do kogoś zgoła innego).

Wracając do wstępu… Poszukiwania (i) tym razem spełzły na niczym, a to, co błyszczało w słońcu, okazało się czymś, co lepiej ominąć niż po to sięgać. Kolejny raz – po Sariusie – mam poczucie nie tyle zmarnowanego czasu, jaki musiałem poświęcić na sprawdzenie płyty i napisanie o niej, ile zmarnowanego potencjału (osobowościowego?) jej autora. Gedz w pewnych fragmentach pokazuje, że potrafi sporo więcej niż… chce pokazać, i że jest kimś więcej niż stereotypową, nakreśloną grubą nieporadną kreską papierową postacią, którą chce być. Ale nie wystawię wysokiej oceny tylko po to, by móc zakrzyknąć “ha, nie dałem się nabrać!”. Bo się nabrałem. Już wcześniej. Tylko nie wiem czemu. I kto może mieć z tego powodu satysfakcję.


GEDZ, Bohema, NNJL

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *