Sowa – Różowy flaming (2018)

Zacznijmy od najważniejszego: pozdrawiam Przyczepy Kempingowe Zgierz.

Apogeum najciekawszych zjawisk w polskim rapie przypadło na okres przełomu dekady poprzedniej i obecnej. W okresie, w którym najmocniej lśniły gwiazdy Waszki G. czy Lecha Rocha Pawlaka – że wspomnę tylko znane i powszechnie cenione postaci – trudno było o ciekawszy nurt na rodzimej scenie. Wprawdzie dziś osoby, które wówczas nie rozpoczęły jeszcze edukacji – nie tylko muzycznej – mają Bedoesa, Taco czy Quebo, hipsterzy wspomną o Synach, młodym π, a czujący sentyment do klimatów (i czasów) ulicznych, sięgną po PRO8L3M lub Ćpaj Stajl. Ile jednak znaczą wysiłki wymienionych raperów i składów w obliczu powrotu Sowy?

“Mam chorą nawijkę, ale głowa zdrowa” – deklaruje na końcu ścieżki numer pięć, wywracając tym samym całą percepcję i recepcję na lewą stronę. Z drugiej strony, jak przypomnieć sobie Green Grenade’a, to okaże się, że ghostwriting bywa jeszcze bardziej zaczepny i przewrotny. Proszę sobie samemu powiedzieć, z jakim rzeczownikiem rymuje mu się w połowicznie smutnym miłosnym songu o wyimaginowanej ukochanej imię Milenka. Albo, na tej samej zasadzie, do jakich rozkmin można dojść na bazie Twierdzenia Pitagorasa. Niemniej gdy Sowa opowiada, jak się zmienił dla tej, której wprawdzie nie wymienia z imienia, ale deklaruje, że jest prawdziwa, faktycznie bywa słodki jak Coca-Cola zero.

Oczywiście gościa, jak przystało w tym samczym środowisku, najbardziej interesują kobiety, szczególnie od kolan do pępka, i wówczas umie spojrzeć na… temat… z każdej strony. Track wymownie zatytułowany “Pusia” jest taki, jak należało się spodziewać. I tylko jeden z wersów refrenu, który można odebrać jako odcięcie się od ziomków przejawiających nieuświadomione tendencje homoerotyczne, może zostać przez kogoś źle odebrany. Choć jak ktoś czujnie zauważył, na bazie wersu z innego tracka, Sowa moim ziomkiem nie jest. Zatem nie muszę się w niczyim imieniu obrażać.

Zresztą niesmak poczułem już przy utworze “Dziś w klubie kondom pękł”, który pominąłem nawet podczas słuchania płyty. I przemóc się nie mogę. I może najmniej obrzydliwe jest w tym niezbyt lotne nawiązanie do własnego przeboju sprzed lat. Zresztą żarty słowne w dwunastym tracku świadczą o tym, że nadal mamy rok, nie wiem, 2006, a kariera Sowy nie tyle zaczęła się dwa dni temu, ile dopiero się zacznie.

Ech. To nie ma sensu.

Przyznaję, nie umiem napisać tej recenzji. Można się śmiać z nieudolności – mojej również – i polubić to ironicznie, ale w chwili otrzeźwienia uświadamiam sobie, że ktoś tu robi komuś perfidną krzywdę. I nie mam na myśli tego, że Sowa w ogóle nagrywa. Nie da się ocenić “Różowego flaminga”. Ze względów… etycznych. Dlatego notę przyznam za to, że powstała. I że ktoś chce coś na tym ugrać. Bo heheszki heheszkami, ale pewne rzeczy zwyczajnie śmieszne nie są.  A jeśli kogoś bawi jakiekolwiek wykorzystywanie słabszych i bezbronnych, to ja nie wiem.


SOWA, Różowy flaming


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *