Edyta Bartosiewicz – Ten moment

Po latach milczenia wraca Edyta Bartosiewicz – “Ten moment” był z pewnością wyczekiwany przez wielu. Czy swoim ponownym przyjściem na świat polskiego popu okaże się Mesjaszem, o którego nie prosił Porcys (ten dostał Enchanted Hunters), a inni nie zasługiwali?

Odpowiedź – prosta i brutalna – jest taka, że album lokuje się poziomem i klimatem gdzieś między ostatnim wydawnictwem Kasi Kowalczyk (“Aya”, 2018) a drugą solówką Artura Rojka (“Kundel”, 2020). Z pierwszego czerpie anachroniczność, pieszczotliwie nazywaną najntisowością, z drugiego – niesatysfakcjonującą zawartość muzyki w muzyce. “Ten moment” w najlepszych – nomen omen – momentach (“Lovesong”, ewentualnie utwór tytułowy) brzmi jak coś spoza głównego notowania Listy Przebojów Trójki, co przez tydzień trafiło do tamtejszego limbo (miejsca 31-50), a redaktor prowadzący zaczyna zapowiadać kolejny utwór w połowie pierwszego refrenu. Albo jak muzyka, którą słyszysz w komercyjnej rozgłośni, ale zanim zdążysz dociec, czemu leci tam taka piosenka Edyty Bartosiewicz (poznasz przecież po głosie), której nie pamiętasz (i słyszysz, że pamiętać nie będziesz), dostajesz pakiet reklam suplementów diety na potencję (dla panów), leków na hemoroidy (dla płci obojga) i środków do higieny intymnej (dla pań). I prędzej przyswoisz sobie ich nazwy niż tytuł utworu, prędzej hasła niż wersy.

Zaskoczył mnie pewien ekstrawertyzm Edyty Bartosiewicz. Myślałem, że jej świat, jej mikrokosmos, to świat uczuć, jej uczuć, że świat jest w niej. A tymczasem chce przyglądać się, dostrzegać, diagnozować. Snuje opowieści bardziej uniwersalne (“Widzimy się i tak” – równość wobec Ostateczności), osadzone tu i teraz (choć nie wiem, czy “KPT L.J. to opowieść o tym, co z Matką Ziemi zrobiły jej dzieci, czy to sentyment do… Pana Kleksa[?], ‘cYRK” z kolei – przywołujący skojarzenie z twórczością najnowszą Kasi Nosowskiej – punktuje już… punktowo: “w sieci hejt, w TV cyrk”), z empatią dostrzega apatię, którą potrafi w sobie zabić (“Monstrum” – kiedyś to były czasy, dziś nie ma czasów).

Trudno rozbierać na czynniki album artystki, która znana jest z emocjonalnego ekshibicjonizmu. Mogę wskazać dwie rzeczy: po pierwsze, sprawdziłem, czy to na pewno druga powrotna płyta (tak) i czy sama pisała tu teksty (tak). Cóż, o “Renovatio”, polskiej “Chinese Democracy”, trochę zapomniałem, sama (za)wartość liryczna jest zaś dyskusyjna, szczególnie gdy idzie o formę, bo wersy wydają się niedbałe, niedokończone, naszkicowane, nie dość mocne, wybrzmiewające w złych punktach, w złych punktach położono akcenty, wymagałyby pewnie skrótów, nie skrótów myślowych, doprecyzowania, innego ułożenia w ramach tych samych struktur melodycznych.

A sama muzyka to taki pop rock. Kilka producenckich zabiegów liftingujących here and there raczej nie podciąga całości. Najwyżej sprawia, że jeśli przywołać wcześniejsze skojarzenia, to częściej myśli się chwilami o niedawnej płycie Rojka. Jeśli ktoś wciąż wraca do jej albumów z lat 1992-98, to pewnie posłucha i tego (momentu). Ale czy zostanie na dłużej? Nawet w przypadku takich osób trudno mi o tak jednoznaczne stwierdzenie.
edyta bartosiewicz ten moment
EDYTA BARTOSIEWICZ, Ten moment, Eba

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz