Dobre darmowe płyty (listopad 2019)

Amphetamin – Substitute (wyd. własne) (2011)

POBIERZ (Jamendo)

Zacytuję półprzytomny zapisek z fanpage’a (8 czerwca, godzina na dole).

***

Kasuję ten wpis po raz kolejny. Teraz czwarty. Jest ranek, świt, tak myślę, czy zasnę, czy nie. Czy ma to znaczenie, czy nie.

Słucham sobie Amphetamin. Z używek – tych w nazwach zespołów – to moja ulubiona. Krzywa, kwadratowa progresja, rozmyta post-rockiem i przepełniona gotycką goryczą. Francuzi brzmią na tej epce tak, że tu nawet nie ma się co podobać. Dlatego od lat “Substitute” znajduje się na liście moich ulubionych wydawnictw. .

[tym razem kasuję osobiste akapity, ustępy, które mogłyby być wstępem do czego, co na tyle niewyraźne, że nie zostanie wyrażone]

Nie umiem tak pisać o muzyce jak koleżanki i koledzy z innych fanpage’y, nie umiem tak opowiadać, tak formować myśli, które same żłobią tor, jakim popłyną.

Szkoda. Ale dzięki temu z tego wpisu ostanie się jakieś 30% zapisków.

Niejedna z tych osób potrafiłaby wokół tak niepozornej muzyki, pod jej pozorem, ułożyć coś prawdziwego, co miałoby wartość może większą od dzieła, do którego jest przypisem.

A ja?

Co mógłbym napisać, by przekonać choć jedną osobę z Was, że warto sprawdzić, z czym się je tę epkę? Że Amphetamin > Morphine? Że to takie The Cure, które nasłuchało się, nie wiem, tych wszystkich “klimatycznych” metali z lat 90., i że wokalista nie potrafi śpiewać (całe szczęście), a pozostali muzycy grają tak, jak mógłby grać… ktokolwiek?

Właściwie to czemu warto? Ostatnio nie wiem, czy takie polecanki mają sens. Wróciłem do nich po czasie, co może jest symptomatyczne, i to dobry symptom, ale ani to treściwe, ani zajmujące formalnie.

Znów kasuję osobisty wtręt.

Piszę ten post godzinę [dopisek: już nawet dłużej]. Naprawdę. Zrobiło się jasno. Na sen się nie zanosi. Bez znaczenia.

Znów ucięcie kilku zdań i przeskok.

Jestem prawie pewien, że pobrałem kiedyś tę epkę z jakiejś dziwnej witryny z muzyką na licencji Creative Commons, było takich dużo, jeszcze przed erą Bandcampa, z jakiejś niszowej wariacji Internet Archive. I ona tak brzmi. Jak zapomniany – pewnie słusznie – materiał że strony, na którą każdy coś mógł wrzucić, mając nadzieję, że choćby w takim mikroświecie będzie zjawiskiem. Jeśli macie ochotę posłuchać muzyki, o której byście nie pomyśleli, że macie ochotę jej posłuchać, to bez rozważań – i rozwagi – kliknijcie.

[tutaj znajdował się kolejny skasowany osobisty akapit; nie żeby skreślenia były ciekawe]

Może “Substitute” brzmi jak kontemplowany w stanie zjazdu po zażyciu jakichś substancji (choćby tej, od której zespół wziął nazwę) set, grany nad ranem w najbliższym pubie przez anonimową kapelę, która nie zagrała nigdzie indziej?

Nie wiem.

5:11, dobranoc i dzień dobry.

***

Jest mikroskopijna szansa, że zostanie mi to kiedyś wypomniane, jeśli przemilczę, i jeśli zamienimy kiedykolwiek choć dwa zdania (na 99,9% nie, oby), więc wspomnę, że to najlepsza rzecz, jaką poleciła mi przez lata osoba, bez której to miejsce by nie istniało. Bez której tak naprawdę nic nie istnieje, ale jakoś się w tej nicości – cóż począć – odnajduję.

Jan LF Strach – Jego opalescencja (enjoy life)

POBIERZ (Bandcamp)
Jan Strach, znany z miliona muzycznych wcieleń, jest na nowym albumie… sobą. Nawet jeśli paleta barw nie jest tak bogata, a same kolory wydają się mniej jaskrawe niż na wydanej w tym (samym) roku epce “Trudne energie, proste rozwiązania EP”, poza tym chaos twór(c)y udaje się przerodzić w nieład tylko połowicznie (i to dosłownie – w połowie utworów, które okiełznał producencko Jacek Szczepanek), to jednak wciąż ta sama postać, którą znać jest dobrze, a polubić – jeszcze lepiej. W muzycznym kotle z etykietą, na której napisano “Jego opalescencja” warzy się wywar z dziesiątek teoretycznie niepasujących do siebie składników, ale cytując fragment tytułu płyty innego artysty z katalogu enjoy life, ładnie to wygląda i pachnie. I smakuje dobrze, nawet jeśli trzeba trochę pomieszać, a w razie konieczności wyłowić sobie to gęstsze czy bardziej pożywne. Określenia “osobliwa” i “osobna” nadal przylegają ściśle do muzyki poznaniaka, a jednocześnie nie są stygmatyzującą łatką.

***

A tutaj Jan Strach opowiedział o swoich ulubionych płytach. Dużo ładniej niż sam opowiadam o płytach jakichkolwiek.

Ugory – Późne lato (Koty)

POBIERZ 
Ugory idą wciąż o krok dalej w graniu takiej muzyki, której nie polecać byłoby niesprawiedliwością i nietaktem, a jednocześnie trudno wyjść z nią… do ludzi. Do ludzi, którzy na co dzień słuchają… muzyki. Takiej, która zawiera się w jakiejś formule, choć wcale nie musi być formalnie niewyrafinowana, i szukają czy przyjemności, czy wzruszeń. Bardziej przeżyć niż doświadczeń. “Późne lato” jest jak po-głos, echo, wybrzmienie jazgotliwego albumu, który nawet się nie zaczyna. Awangardowy sludge/black metal (sic!) zmieszany z noise rockiem. Dość prowokacyjnie – ale ma to pokrętny sens” – poleciłbym tę płytę osobom, które uważają za co najmniej bardzo dobry któryś z następującej dwójki albumów: “To Be Kind”, “Spirit of Eden”.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *