D A V I C I I – 2009 (2019)

Pisanie o muzyce czasem wydaje mi się już nawet nie pisaniem obok niej, a wręcz mimo muzyki. Tak jak ona niektórym artystom nie przeszkadza w śpiewaniu, tak mi temat nie przeszkadza w jego realizacji. Jednakże to, iż zbieranie myśli przypomina łapanie ryb gołymi rękami (a trzeba dodać, że jestem bardzo… niezgrabny), w dodatku z zastrzeżeniem, iż każde schylenie się sprawia ból, staje się problematyczne dopiero wtedy, gdy pojawia się taki D A V I C I I, i nagrywa taką płytę jak “2009”, przez co nie tyle jest mi głupio trzymać się pewnej (cienkiej) linii programowej, ile ono samo staje się głupie.

<uwaga do siebie: Się to Nikt #Heidegger>

Jednak zgodnie z tym, co usłyszałem ubiegłej wiosny od kolegi, który gdzieś między pozytywną uwagą o blogu a refleksją “głupi nie zrozumie” (słyszałem ją jeszcze raz, od kogoś innego, tylko w wariancie “pisz tak, żeby ci ludzie chociaż rozumieli”) wplótł wyrażony łagodnie (z bojaźnią?) pogląd, że pewną dominantą stylistyczną (no tak tego nie nazwał, ale…) jest to zaczynam od siebie, zacznę od rzeczy, zanim do rzeczy przejdę. I przytoczę dwie prywatne – i ważne! – uwagi, których przytoczenie wydaje się na miejscu (i o czasie!). Nie były złośliwe (prędzej troskliwe, zatroskane), więc choć wziąłem je sobie do serca, to mnie nie zabolały.

1) “Zawsze mówisz takimi metaforami, wyszukanym słownictwem, że czasem mam wrażenie, że nic nie rozumiem, bo zamiast prosto przekazać… błądzisz. Nawet w zwykłej rozmowie”.
2) “Czasem ze zwykłego zdania robisz zdanie, w którym jedynie rozumiem interpunkcję. Szczególnie kiedy o czymś opowiadasz i temat jest Ci w jakiś sposób bliski albo wywołuje silne emocje”.

A więc, krótko:
1) proszę jeśli nie zrozumienie, to o wyrozumiałość;
2) sam zrozumiałem, że pewne zabiegi brzmieniowe w twórczości kwartetu Panowie (D A V I C I I jest jego częścią) stanowią część nie konceptu (/konwencji, patrz: hypnagogic pop), a idei.

Nie chcę mówić, że definicja terminu “metafora” w Słowniku terminów literackich pod redakcją Janusza Sławińskiego zajmuje dwie i pół strony (+pół strony bibliografii) i z pewnością jest mi cokolwiek obca, a w dodatku nie znam żadnych słów ze Słownika wyrazów obcych, więc i moje słownictwo nie może być wyszukane. Wolę zacząć o szacunku. O uszanowaniu. Tego, że za serce chwytają poszarpane frazy, pojedyncze wyrazy, które uda się wyszarpać (choć to zależne od woli, dobrej woli, artysty), a resztę należy (i powinno się) dekodować na poziomie pozaleksykalnym. Słyszymy więc to, co autor chce nam powiedzieć. Że ona pachnie całkiem jak on w 2009 (niezapomniany czas), że mógłby oddać jej [te] wszystkie noce, że był w piekle i był w niebie (szukał jej), i że nic już nigdy nic nie będzie takie samo, a on chce zapomnieć. Układa się to w pewną opowieść, zresztą świetnie skomponowaną (naprawdę jestem pełen uznania dla sposobu ułożenia tracklisty). Jakby zaczynało się od łagodnych wspomnień, które już nie palą, bo dotyczą tego, co już się wypaliło [w sercu], i nie ma w tym ani wiele żalu, ani żaru (“2009”, “Zawsze po sobie”), przetykanych tym, co nadal potrafi przytkać, przytłoczyć, na chwilę zatrzymać puls, oddech (“Strzępy wspomnień”, “Lord Blaterhard Osmo”). Środek ciężkości, chwila prawdziwego ciężaru, jest położony w samym środku albumu, we fragmencie bezwstydnie przebojowym (“Dla Ciebie”, “Oderwany”). Nie wiem, jak określić późniejsze wybrzmienie. Jako beznamiętne echa? Od “Tajemnicy doświaczeń” opowieść osnuwa mgła. A może, zważywszy na (p)referencje (referencja -> odniesienie) dym.

Pytanie o teksty jednak, nie idąc za Kazikiem, byłoby nietaktem. Postawione powinno pozostać bez odpowiedzi. Poeci nie tłumaczą [się z] wierszy. A przynajmniej nie powinni. Zresztą osobna publikacja liryków z “2009” stanowiłaby wręcz odebranie możliwości indywidualnej interpretacji dzieła jako całości, nadaniem prymatu odczytaniu autorskiemu. Tutaj sam zapis linijek równa się ich wykładni. Zresztą zabieg doskonale oddaje to, że pewnych uczuć zwyczajnie nie sposób oddać.

Urzeka mnie nieprzystępność – nie tylko na opisanym poziomie – tej muzyki. Albo inaczej: to, jak niewiele zawiera się w nich prostej kokieterii. Próg wejścia nie jest jednak wysoki. Jest znacznie niższy niż próg… wyjścia. To przecież nadal pop. Niech będzie, że gromadzący wpływy, które ktoś nazwie niezbyt szlachetnymi (wszak mowa choćby o piosence chodnikowej, a po taką trzeba się schylić, by ostatecznie ją – jakże fortunne określenie – podnieść), ale piękny. Piękny i osobny. Istniejący gdzieś całkiem na uboczu, jakby nie miał w sobie wewnętrznego przekonania, że ktoś powinien go zauważyć i wysłuchać. A to przecież nadal pop – tak powtórzę.

Nie wiem, ile razy słuchałem tej płyty. Nie raz i nie dwa. Nie pięć i nie dziesięć. Nie ma czegoś takiego jak przepisowa liczba odsłuchań. Odbiór, oczywiście mówię tylko o sobie, jeśli się zmienia, to stopniowo. I w czasie. Dlatego większy sens miałoby pisanie recenzji po kilku miesiącach, czasem nawet latach, niż po sztucznie (/sztywnie) narzuconej liczbie podejść. Najlepiej będzie po prostu zauważyć, że tak jak w przypadku epki (“W sercu pozostaje tylko to, co wypalone ogniem”, 2018) słucham tych nagrań “prywatnie”. Kiedy zastanawiam się, po co sięgnąć dla siebie, a nie by móc o czymś napisać. Albo dlatego, że wypada coś znać.

Choć z drugiej strony, nie znać “2009” trochę jednak nie wypada, co?


D A V I C I I, 2009, Trzy Szóstki

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *