Coma – Metal Ballads vol. 1 (2017)

Staram się podchodzić do nieznanych mi płyt znanych zespołów bez uprzedzeń, bowiem nikomu nie odmawiam prawa nagrywania płyt udanych, ale jak bywa różnie z tym moim podejściem i staraniem, tak zespoły zdają się niekiedy nie chcieć korzystać z przysługującego im prawa. Wprawdzie to zdanie pasowałoby pewnie bardziej jako początek podsumowania wcześniej sformułowanej opinii, ale to jeszcze nie jest takie straszne, bowiem gdy spojrzymy, jakiej płyty będzie dotyczyć, to nietrudno sobie wyobrazić, że niejedna osoba wyda wyrok, nie brudząc sobie rąk (uszu?) słuchaniem.

Coma. Zespół, który miał wierne i zagorzałe grono hejterów*, zanim tak modne i głupie słowo jak “hejter” przywędrowało do naszego języka, łącznie z “hejtem”, do czego mój stosunek jest gorszy niźli był kiedykolwiek do kapeli Piotra Roguckiego, bo… nienawistny. A zatem to, można rzec, legenda. Tylko że można rzecz ująć w ten sposób: skoro nie powinno się oceniać nowej twórczości przez pryzmat dawnych, odległych w czasie dokonań, to nie wypada również z miejsca wieszać na kimś psów dlatego, że piętnaście lat temu coś tam wyszło nie tak, albo w ogóle nie wyszło, albo bo tak się przyjęło.

Tylko że to trudne. Bo takie “Lajki”, wybrane perfidnie na singiel, atakują tekstem, który brzmi trochę… No dziwnie. Gdy wziąć pod uwagę staż i wiek frontmana Comy. Nie żebym był entuzjastą talentu poetyckiego pana Piotra (nie znam się, nie spostrzegłem), ale wolę nie rozumieć, co mówi i uznawać, że nie ma nic do powiedzenia (bom głupi, o!) niż rozumieć i czuć, że jednak chciał coś konkretnego przekazać. Innymi słowy, chyba wolę pewną intymną uniwersalność niźli doraźny komentarz dotyczący (po)nowoczesności. “Odwołanie” to podobny problem. Może tytułowe odwołanie nie przestanie być aktualne po latach, ale jest równie… gorące. Przez co ani ziębi, ani grzeje. Ogólnie teksty wydają się dość krytyczne i gorzkie, pełne swoistego zagubienia i niepokoju, a świat jawi się w nich jako pozbawiony prawdy i piękna, osacza i odziera z niewinności. Dobra, może się zapędzam. W każdym razie, coś tam jest pod powierzchnią, co zauważam i doceniam, żeby nie było.

Odnoszę wrażenie, że 90% roboty robi na “Metal Ballads vol. 1” (swoją drogą, dobry tytuł!) producent, Paweł Cieślak. Nie chodzi mi o próbę powiedzenia czegoś niemiłego o zespole i o płycie, bo nie w tym rzecz, tylko o rzadki przypadek, gdy od pierwszych sekund zwraca się uwagę na brzmienie. Trudno mi ocenić, jak rozkłada się proporcja, gdy idzie o pomysły, ale przynosi to Comie drugą młodość i owocuje kapitalnymi momentami (chociażby w “Za słabym” i “Odniebieniu”). Post-grunge’owcami panowie nie są od dawna, nu-metalowcami podobnie, właściwie – choć to karkołomne i takie “moje” zestawienie – przebyli podobną drogę co Hey, nawet w tych bardziej “syntetycznych” fragmentach jakoś przywołują skojarzenie z zespołem Kasi Nosowskiej. A tak ogólnie brzmią trochę jak te wszystkie rockowe zespoły, które nie są do końca rockowe, ale grając muzykę… vintage’ową, wpisują się w panujący trend, dzięki czemu są w tym swoim retrograniu nowoczesne, a ich alternatywność nie przeszkadza w zdobywaniu popularności.

W “Widzę do tytułu” Piotr Rogucki śpiewa: “koniec eksperymentu / nie udało się, nie wyszło”. Gdyby przyłożyć te wersy do “Metal Ballads vol. 1”, nie byłoby to do końca sprawiedliwe i zgodne z prawdą. Trudno ocenić tę płytę. Nie sądzę, by przekonała którąkolwiek z nieprzychylnie patrzących osób do zrewidowania swojego oglądu. Może o to właśnie chodzi zespołowi. Odnoszę dziwne wrażenie, że to lider ciągnie resztę w dół, w przemyślany i najzupełniej intencjonalny sposób, nie starając się… nie wygłupiać? Często drażni, irytuje, wysuwając się na pierwszy plan i poniekąd niwecząc wysiłek kolegów i producenta swymi przeszarżowanymi partiami, niemożnością krytycznego spojrzenia na swoje słowno-wokalne popisy. Ale bez niego, patrząc z drugiej strony, to byłby zupełnie inny zespół. I nie jest powiedziane, że lepszy. “Metal Ballads vol. 1” można posłuchać. I liczyć na to, że muzycy zaliczą taki skok jakościowy jak ich koledzy z happysadu.

* Darkthrone reklamował się niegdyś hasłem “most hated band in the world”. Coma mogłaby przyjąć podobne, odwołując się do naszego podwórka.


COMA, Metal Ballads vol. 1, Mystic


(skala ocen: 0.5-5.0)

One Comment

  1. elita internetu Grudzień 27, 2017

    muzyka comy to tandenty kicz. po co słuchać czegoś takiego skoro w tym samym czasie można puścić sobie cokolwiek Radioheadu i przynajmniej uszy nie krwawią?

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *