Krew, pot i wymiociny

Bonson postanawia umrzeć. Taki zapis ładnie gra, nawiązuje, częściowo pozwala mi podjąć inny wątek niż ten, co mi umyka, a przywoływałbym wspomnienie osoby, dla której twórczość szczecińskiego rapera znaczyła pewnie tyle, ile owa osoba dla mnie. Jeśli da się zestawić. I nie mówić o tym, że osobliwy sentyment stanowi istotną motywację do sięgnięcia po kolejne nagrania tego pana. A i tak jestem przecież entuzjastą jego talentu. Tylko że kiedy tylko coś o Bonsonie, to od razu tylko o tym. Zatem stop. I tak: Bonson “Postanawia umrzeć”.

Umiera, rzekłbym, zawsze. Od początku kariery. Pewnie zaczęło się to jeszcze wcześniej. Owo “dokonanie”, wskazane w tytule, traktuję nie jako niepokojącą sygnalizację, a raczej formę manifestacji pewnej postawy ideowej i twórczej, i niezwykłej… siły. Taka przechwałka, przy jednoczesnym zdystansowaniu się zarówno do sceny, jak i do samego siebie (wszak Bonson to jakiś niesprecyzowany “on”). Patrząc w ten sposób, dałoby się wysnuć wniosek, że tak wściekle mocno osadzony w przeżyciu i doświadczeniu rap jest odciętą tkanką, naturalnie żywą, czymś osobnym. I jak można kreować się na króla życia, tak można sobie założyć na skronie koronę cierniową i stać się królem umierania. Myślę, że tak mogłaby wyglądać “Płyta rozrywkowa” Pezeta, gdyby autor do końca był świadomy, jak bardzo z nim źle. Albo nie dawał się sam sobie nabierać na założony koncept. Tutaj w ogóle Kaplińskiego jest dużo, bardzo dużo, co nie jest żadnym novum, ale nawet będąc w absolutnej czołówce, warto uczyć się od najlepszych. Teoretycznie w linijkach Bonsona jest tyle syfu co zazwyczaj, bo inaczej niż syfem tego nazwać nie można, tyle samo wódy i dragów, może łatwych panien sporo mniej, bardzo rzadko i zdawkowo o nich (co zrozumiałe), ale nigdy wcześniej – jak się zdaje – tak mocno nie podkreślał słabości, bez ubierania skłonności do autodestrukcji w takie rubaszno-hedonistyczne szaty, że przecież bawimy się i jest fajnie, jesteśmy Polakami i tak mamy. Jeśli nie jest to krzyk ani wołanie, jeśli nie jest to nawet przestroga, to na pewno świadectwo. Bez wkręcania siebie i innych, że otchłań jest spoko.

Płyta trochę wytraca impet po pierwszych kilku utworach, ale jak masz takie wejście, że wbijasz razem z drzwiami i framugą na kwadrat, to potem nawet jak się zrobi zupełny sajgon, to i tak człowiek przyjmuje to za normalne. Zresztą generalnie z tym, co poniewiera, jest tak, że tolerancja z czasem rośnie. Miałem obawy, że bez Soulpete to nie wypali, że dostaniemy zbiór kawałków typu “wybierz sobie coś dla siebie”, i że potencjał Bonsona będzie się objawiał w jakichś błyskach, pojedynczych wersach, może w pojedynczym tracku, a całość rozmyje się i rozejdzie po kościach. Na szczęście tak nie jest. Trudno o takie osądy, to może kiedyś, ale nie wykluczam, że to jego najlepszy materiał. Zwyczajowo brutalny, wulgarny, przytłaczający, naturalistyczny, ale i brawurowy technicznie, świetny literacko, walący obuchem w łeb.. A gdyby ktoś wystosował zarzut, że to monotematyczne, to odsyłam do “Pozorów”. Tam można wyłapać stosowny wers, przywołujący podobne retoryczne pytanie “Pansofii”. Podejrzewam, że to za parę lat będzie podobny klasyk. Chyba że ze słuchaczami rapu coś u nas nie tak.


BONSON, Postanawia umrzeć, Stoprorap


(skala ocen: 0.5-5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *