Bisz – Piękno i bestia (ep) (2017)

Bisz. W czasach, gdy o Tymonie niedługo pamiętać będą tylko najstarsi górale, to właśnie bydgoszczanin funkcjonuje w szerszej świadomości jako intelektualny kozak rodzimej rapgry. Jakkolwiek głupio to sformułowanie brzmi. By nie spotkał go podobny los jak starszego kolegę, który najwyżej dogra jakiś feat, nie pozwala o sobie zapomnieć i niespełna rok po nagranym z Radexem “Wilczym humorze” wraca z “Pięknem i bestią”.

I bestią jest nadal. Tak można rzec. Bezsprzecznie zdolną i bystrą. Ale też jedzie u mnie trochę na opinii. “Zimy EP” to bowiem jedna z moich ulubionych (pro)pozycji w polski rapie. Nie wiedzieć czemu, zwarte koncepty wypadają w tej stylistyce najbardziej przekonująco. Nowa epka to również rzecz zwarta, ale bardziej… jednowymiarowa niż konceptualna. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale słychać, że oba wydawnictwa dzieli dziesięć lat. Że to ten sam człowiek minus poezja i zachwyt. O, to dopiero brzmi głupio! Właściwie cokolwiek znajduje tu ujście, a czemu udaje się znaleźć odpowiednie słowa, pozostaje chyba tylko tym, co (s)trawi mówiącego. Tak się odwołuję, wzdychając trochę, bo to, co w tak zwanym międzyczasie, wydawało się coraz mniej zajmujące. Jakby brakowało ognia, choć przecież debiut był taki… rześki. Nie miałem teraz chwili, by rozważyć, czy liczę na odwrócenie tendencji, czy nie, bo nowa epka pojawiła się niespodziewanie. Sięgnąłem po nią chętnie i z zainteresowaniem.

Niesty “Piękno i bestia” najwyraźniej popełnia ten sam grzech, którym naznaczone są niemal wszystkie rapowe płyty. Grzech przegadania i nieesencjonalności. Ot, to taki umiejętnie skrojony słowotok. Jasne, słuchamy człowieka, który ma coś do powiedzenia, pewnie o wiele więcej niż chociażby ja, w dodatku, o czym była już mowa, nie jest jakimś troglodytą, ale co również zasygnalizowałem, trudno coś z tego wyciągnąć dla siebie. Jakąś naukę. Jakieś przesłanie. Żaden wers nie skłania do przemyśleń. Żaden nie pobudza, nie porusza. A tak jak w książce istotne jest dla mnie każde zdanie, tak w rapowym kawałku właściwie dowolnie wybrany fragment powinien mieć coś w sobie. Oczywiście szanuję intelekt Bisza i to, że mimo wszystko cała zabawa w rapowanie nie staje się w jego przypadku sztuką dla sztuki i jałowym popisem niekwestionowanej erudycji. Wręcz doceniam powściągliwość, sprawne odwołania do mitologii (liczba mnoga), stosowanie prostej i sugestywnej metaforyki. Podoba mi się ta nieco egotyczna klamra. Zmysł językowy Bisz ma świetny. W dodatku idzie on w parze z wyczuciem i smakiem.

Słucham i tak sobie myślę, że mam bardziej ortodoksyjne podejście do rapu niż najbardziej ekstremalnych odmian metalu. Dlatego, że tam najczęściej urzekają mnie płyty pograniczne, a jak sięgam po nagrania jakiegoś zioma, to chyba wolałbym, żeby okazał się – lub wciąż był – truskulowcem. Widocznie jestem jedynie prostym chłopakiem z blokowiska. Dlatego tutaj bity nie są dla mnie wartością dodaną (każdy z nich to dzieło innej osoby, jeśli wierzyć tagom), a pewnym naddatkiem. No ale nawinąć trzeba pod coś. Właściwie także dlatego najlepiej wypadają utwory skrajne, czyli “Zdjęcie!” (już sam tytuł jest kapitalny) i “Dziwność rzeczy”, ale może też być tak, że dla mnie nie istnieje nic pośrodku.

Jakże wysublimowany żart.

No dobrze. Tym razem udało się napisać parę słów na temat, więc trzeba było jakoś skonkludować wywód. “Piękno i bestia” to niezła epka. Szału nie ma, a Bisza pewnie nadal stać na więcej, ale wydaje się zwiastować lekką zwyżkę formę po “Wilczym humorze”. Mam nadzieję, że kilka otwierających wersów to nie zapowiedź… zamknięcia.

No i jestem jednych z tych, co chcieliby piękna. Może właśnie jego trochę tym razem zabrakło.

Ach, zapomniałbym! Pobrać można tutaj.

BISZ, Piękno i bestia, Pchamytensyf


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *