Biały Tunel – Biały Tunel (2020)

Można tę recenzję zamknąć w wykrzyknieniu (“wow!”), ewentualnie w dwóch pełnych emfazy (“o k***”) lub trzech rzeczowych słowach (“polska płyta roku”). Można, ale nawet jeśli rozpoczyna się od zakończenia, to powinna mieć rozwinięcie. I podsumowanie – choćby w formie wstępu.

Nigdy nie byłem fanem Mesa, choć niegdyś pomagający mi się rozeznać w klimatach ziomek – zresztą raper, znawca hip-hop kultury, późniejszy autor wywiadu z Mesem – przedstawiał mi “Zapiski Typa” jako najlepszy rodzimy rapalbum. Nie umiem się odnieść do tych słów, więc przywołam puentę otwierającej “Biały tunel” zwrotki Piotra Szmidta z “Ostatniego razu”: “dla mnie te tjuny – zakazany ejtisowy Pewex / lecz jak już robię? _to masz tu najlepszy krajowy ever” I oczywiście można mówić, że nie znam się, nie orientuję i nic nie słyszałem, ale na gorąco – przy całej swojej oziębłości – muszę założyć, że jest dokładnie tak, jak nawinął.

Pamiętam mniej odległą w czasie rozmowę z wujkiem, który retorycznie zapytał, po co brać się za coś, jeśli nie ma się przekonania, że zrobi się to lepiej od innych. On akurat nic wspólnego z rapem nigdy nie miał (chyba że o czymś nie wiem), ale choć sama przewózka czasem razi, a tego rodzaju projekcje mogą okazać się gorączkowymi majakami, to jednak koncept tworzenia niejako dla siebie, z przekonaniem, że jeśli się samemu za to nie weźmie, to nikt inny tego nie zrobi, może być równie istotne co pomocne. Ktoś powie, że Mes próbuje iść z prądem rzeki, która dawno wyschła lub – za Biszem – odkrywa, co już odkryte (niekoniecznie musi być to Ameryka, skoro optyka jest krajowa), przywoła “808s & Heartbreak”, a na całość prychnie, parsknie lub wzruszy ramionami, a przy okazji jest hip(hop)okrytą, bo używa narzędzi (Autotune), przed użyciem których się wcześniej wzbraniał.

A ja powiem, że w muzyce chodzi… o muzykę. Pewnie nie chodzi o nią w polskim rapie, bo bit ma być tłusty, względnie musi bujać lub banglać, a zasadniczo rzecz w tym, że do czegoś trzeba dukać rymowanki dla dzieci. Zresztą później okaże się, że mamy w polskim mainstreamie więcej raperów niż słów, których (wspólnie, po zsumowaniu) używają, przez co słuchamy jednego kolesia, mającego się za boga, w trzystu trzech osobach. A ja zwyczajnie – jak zwykle – nie potrafię przejść do rzeczy.

Zatem: muzyka. “Biały tunel” to płyta muzyczna. Z muzyką. Odpowiada za nią Bartosz Tkacz i Bartek “Szogun” Pietrzak. Jest to muzyka ciemna, wręcz nocna, miejska, duszna, ciężka, niekiedy wręcz paranoiczna. Ale to muzyka, nie podkłady ani bity. W wielu przypadkach poszłaby na zmarnowanie, ale nie tutaj.

Mes w swoim gościnnym występie na “Muzyce współczesnej” Pezeta nawinął zwrotkę, która nie ma pewnie większego sensu, ale jest to bez-sens narkotyczny, trip report, okazując się zdecydowanie najjaśniejszym punktem programu (a wystąpił niejako poza programem, w scenie dodatkowej). Wtedy, czyli niecałe pół roku temu, nie marzyłem o tym, że ówczesne wątki – porzucane w ciągu wspomnianych kilkudziesięciu sekund raz za razem, wielokrotnie i bezpowrotnie, w sposób równie zaskakujący co zachwycający – zostaną podjęte i ujęte w formie całego albumu. Pezet w swoim gościnnym występie na “Białym tunelu” Mesa (i Bartosza Tkacza, i Szoguna) nawinął zwrotkę.

I Frosti nawinął też.

Paulina Przybysz pojawia się ze zwrotką pewnie najważniejszą w tym roku (“Niebywałe”), gdy idzie o cały polski rap, i formalnie faktycznie świetną, a alyona alyona – mogę ocenić tylko to, jak wypada na bicie – robi wrażenie jednoznacznie pozytywne.

Nie wiem, o czym nawija, choć jednocześnie czuję doskonale, o czym nawija. Nie miałem pewności, o czym jest singlowe “Odkąd umarłem”, choć jednocześnie czuję doskonale, o czym jest. Zresztą można hasłowo wyliczyć: koniec/przejście/tęsknota (“Ostatni raz”), cierpienie/gorycz/wściekłość (“Cierp”), kobiety/narkotyki/samotność (“Niedociągi warszawskie”; tu cytat: “kto spojrzy w oczy kasjerce, jak nie ma powiek / kto jeszcze nie padł na serce po trzeciej dobie”), rozwój/zastój/frustracja (“Giura”; znów cytat: “coraz rzadziej szukam bójki / coraz częściej słucham Dwójki”), żal/zazdrość/niezgoda (“Odkąd umarłem”)… I tak dalej, i tak dalej. Przy okazji zachwytów nad wspomnianą zwrotką Mesa w “Gorzkiej wodzie” wspomniałem znajomej (to dobre określenie? odkąd umarłem – chyba tak), że te linijki brzmią jak nawinięte na wolno pod wpływem narkotyków. Zapytała wtedy, skąd założenie, że nie zostały nawinięte w takim stanie. No właśnie.

To ciężka płyta. I jeszcze ciężej o niej pisać. Łatwo się wyzłośliwiać, rzucać żarty, punktować słabostki, nieco trudniej wzruszać ramionami (ale to gest, ruch, coś wyrażalnego), a zachwyt pozostaje niemy, oniemienie jest bezruchem. Pierwszy odsłuch spędziłem ze szczęką na podłodze. Drugi zafundowałem sobie mimo tego, że byłem już nieprzytomny. Trzeci, po nocy, nie zmienił moich refleksji (czy raczej: wrażeń). Czwarty zapauzowałem, by móc napisać ten tekst. I bardzo mi się śpieszy, bo chciałbym mieć to za sobą. Nie jak zwykle, by móc zapomnieć o danym albumie, tylko by do niego wrócić.

Więc wracam.


BIAŁY TUNEL, Biały tunel, Alkopoligamia

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz