Artur Rojek – Kundel (2020)

Aktualizacje oprogramowania są straszne. Kiedy bez nich przestaje działać to, co wcześniej działało dobrze, a po nich jest po wszystkim, bo nic już nie działa i nie wygląda jak wcześniej, można usiąść i zapłakać. Nie wiem, czy zachodzi tutaj analogia z przedmiotem niniejszej recenzji, ale gdybym nie był uparty, to nie zostałaby ona napisana. A tak to po trzech kwadransach zmagań z materią pozatekstową mogę przejść do rzeczy. Jeśli mi się to zdarza.

Nigdy nie przemawiał do mnie Artur Rojek, wycofany frontman Myslovitz, bo pewnie nigdy nie przemawiał do mnie. Z pierwszej solówki dałoby się jednak wykroić epkę (“Czas, który pozostał”, “Syreny”, “Lekkość”), która rani dość głęboko i boleśnie, by blade blizny były widoczne do dziś. Druga jest skrojona na miarę. Oczekiwań, których nie miałem.

Gdybym miał opisać “Kundla” jednym zdaniem, to mogłoby ono brzmieć “muzyka ze spotów wiosennych bloków programowych komercyjnej telewizji, w których znane od lat postaci (aktorzy serialowi, gospodarze talk-show, prezenterzy pasm informacyjnych) w lekkim slow-mo wykonują dziwne quasitaneczne figury, uśmiechając się jowialnie i gremialnie do kamery nr 4”. Ale jak zwykło mówić się czasem o nagraniach ilustracyjnych, poza kontekstem również się bronią.

Nie mam problemu z tym, że osoba, która była twarzą, sercem i głosem polskiej alternatywy, chce być jej głosem, sercem i twarzą, gdy istotna część grupy docelowej może przy pewnej dozie szczęścia – i nieco większej prawdopodobieństwa – pamiętać klasyczne nagrania mysłowickiej formacji z okresu własnego życia płodowego. Jeśli mama była alternatywką.;) Nie mam problemu z tym, że jeden Dawid Podsiadło niekoniecznie zaspokaja społeczne zapotrzebowanie na Dawidów Podsiadłów. Nie mam nawet problemu z niniejszym albumem. Mam jedynie problem z tym, że mi się nie podoba.

Na pewno jest wyprodukowany zawodowo, zmyślnie i ze znakiem jakości Bartosza Dziedzica, a sama produkcja zasługuje na atest Stowarzyszenia Twórców Playlist Radiowych “Heavy Rotation”, nawet jeśli minimalizm środków tylko eksponuje emocjonalne niedostatki wokalno-liryczno, nie mając jak podkreślić nieobecnej głębi i złożoności (mimo że malowana w odcieniach szarości paleta uczuć w teorii jest całkiem bogata: od niepokoju, przez gniew, po zwątpienie. Teksty Radka Łukaszewicza przywodzą mi na myśl pisane kolektywnie, pod okiem Michała Zabłockiego, teksty z “Debiutu” Czesława Mozila (swoją drogą, bardzo mocne). Czasem zbyt łatwo odgadnąć rym, niekiedy sensy nie chcą się dekodować (choć kodowanie było pewnie procesem wręcz intuicyjnym), jakby powstały z przetrawienia dziesiątek innych tekstów i dykcji, których pomieszanie staje się swoistą Wieżą Babel, wybudowaną na wciąż grząskim gruncie popowej polszczyzny. Do smaku – jak poprzednio – jeden pieprzny wers (“wszystkich nas czeka to samo – chu***y hip-hop”) i jeden, który mogę uczciwie skwitować zapożyczonym relatable (“kłócę się najgłośniej, kiedy wiem, że masz rację”).

Ale może w tak oszczędnym, nieangażującym ujęciu, w muzyce mającej łagodnie ująć (pod ramię?) słuchacza nieprzygotowanego i przygodnego, by przez trzy i pół minuty przeprowadzić go bezpiecznie do kolejnej pozycji w czterogodzinnym zestawie (z opcją “repeat all”), przygotowanym na dany tydzień przez radiowych włodarzy, teksty to (tylko) ornamenty.

Artur Rojek nie mógłby powiedzieć “takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego”, bo wydaje się – tutaj przechodząc płynnie od autora Kubusia Puchatka do Pani Gospodarz Teleturnieju – najsłabszym ogniwem. Ale mieć żal do Artura Rojka, że jest Arturem Rojkiem, i że pozostaje nim z uporem równym temu, o jakim wspominam w akapicie wstępu, byłoby nieuczciwie. Dlatego postawię kropkę równie niespodziewaną jak ta w poniższym graficznym ujęciu tytułu albumu.

ARTUR ROJEK, Kundel, Kayax

(skala ocen: 1.5/5.0)

Dodaj komentarz