Pisarz śpiewa

Stasiuk. Dostałem kiedyś jego książkę. Były w niej dopiski. Dokonała ich osoba, która mi ją podarowała. Odnosiły się do mnie. Miałem je sobie wziąć do serca. Znalazły się nawet stosowne apostrofy. Może dedykacje. Wiersze. Powiastki. Spisane przez osobę, która Stasiuka uważała za guru. Mistrza. Pamiętam dwa zdania. Odnotowane przed jednym z środkowych rozdziałów. “Mógłby pisać o innych miejscach. Mógłbyś pisać po prostu Ty”. Książki się pozbyłem. Niech ktoś inny ma pociechę. Dziewczę skomentowało to słowami “trzeba było zostawić w środku karteczkę z moim numerem telefonu”. Kilka miesięcy później, gdy recenzowała inną książkę autora, była uprzejma powołać się na moje zdanie. Przy okazji zostałem nazwany kimś, kto na literaturze zna się jak nikt inny. Irytujące. Bardzo. Bardzo, bardzo irytujące. Osobie wykształconej nie uchodzi. Szczególnie że ona tak serio.

Nazwałem go zdolnym grafomanem. Sam pojawiłem się tam jako – pisany wielkimi literami – Niepozorny Chłopak.

No rzeczywiście, nie ma co.

Głupie. Może nie złośliwe, nie dosłownie, ale nieprzyjemne, niemiłe, drażniące.

Jak to, co słyszę podczas pisania.

Opowiadam po raz kolejny pewnie. Niewiele mam w sobie historii. Wszystko to już tylko historia. Nic więcej, nikt, nigdy. No cóż. Trzeba to przełknąć, przekląć, dźwignąć, nosić.

No nic.

Blogowi towarzyszy określone hasło, pewna idea. Dlatego mam związane ręce, kluczę.

Więc dobrze. Albo wcale. Tak się mówi. Żeby nie mówić. Zresztą co ja tam wiem…

Dobrze więc.

Ograniczę się do dwóch zdań. Mógłby śpiewać (tia…) inne teksty. Mógłby śpiewać po prostu ktoś inny.

(hihi, szkoda, że tego nie czytasz, K.)

Chociaż nie, ja bym nie mógł. Bo wtedy nie mógłby kto inny. Ze śmiechu. Gdyby posłuchał.

Albo niech będzie, jednym słowem: koszmar.

Taki… ziszczony. Zniszczony.

Do Haydamaków nic nie mam. Grają, jak umieją. Umieją, pewnie. Pewnie umieją. To zwyczajnie nie moje, nie dla mnie, nie mnie. Ale pan, panie Stasiuk, pan…

(głęboki wdech, głęboki wydech)

Przez jego książki dało się przebrnąć. Może bez istotnej przyjemności, może z istotnym trudem, ale dało się. A tutaj… Jejku no, ech. To mało powiedziane, że Stasiuk nie jest Świetlickim. A ze Świetlickiego przecież żaden wokalista. Powiedzieć, że nie jest Świetlickim, to tak naprawdę nic nie powiedzieć.

Gdyby ktoś chciał umyślnie nagrać płytę, którą mógłbym uznać za jedną z najgorszych, jakie słyszałem, to mniej więcej tak mogłaby ona brzmieć. I też śpiewaliby tam dużo po ukraińsku (albo po rusku, ale tu po ukraińsku).

Nie, nie i jeszcze raz dlaczego…

Poza tym na boga, Mickiewicz <<<<< Słowacki. Ale o tym też było setki razy pewnie.

Przesłuchałem. I co? Nikt nie podziękuje, nie przytuli, nie pocieszy… Taka trauma…

Zawsze tak jest. Tak, że nikogo nie ma.

Jak rzekł klasyk, nie idźcie tą drogą.

A mniejszy klasyk rzekł: nie powtarzaj moich błędów – popełniaj własne.

I tak z serca, od siebie: nie radzę.

Autoagresja to droga donikąd, uwierzcie.

Aha, plik tekstowy, w którym spisywałem “refleksje”, omyłkowo nazwałem “staiusk”. Za dużo Klocucha. Dlatego lepiej włączyć tę pieśniczkę  niż jakieś bajdurzenie.


ANDRZEJ STASIUK & HAYDAMAKY, Mickiewicz-Stasiuk-Haydamaky, Agora


(skala ocen: 0.5-5)

Comments (2)

  1. życzliwy Styczeń 30, 2018

    Recenzja styluzowana na Paulo Coelho?

    Reply
    • K. Styczeń 30, 2018

      Troszku. Trzeba się dostosować do dzieła.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *