Adonis – W przyrodzie tkwi wróżba (zatarty w nas obłęd) (2019)

Co powinno się pisać w pierwszym zdaniu recenzji? Jak powinien wyglądać wstęp? Komuś nie podoba się Adonis? Mam mówić, że mówić, że się nie podoba, mówić niepodobna?

No właśnie.

Najłatwiej oddać istotę małego fenomenu jego muzyki sformułowaniem “erudycyjny erotyzm”. Przynajmniej komuś o takim potencjale intelektualnym jak mój. Gdyby kręcono mądre filmy dla dorosłych, w których wątki zazwyczaj w takowych produkcjach dominujące potraktowano pretekstowo i umownie, a całość stanowiłaby rozmytą, filozoficzno-narkotyczną wizję, to ta płyta byłaby idealnym tłem miłosnych uniesień bohaterów i niekoniecznie miłosnych zjazdów*. Sama jest zawieszona. Poza jakąś dającą się określić rzeczywistością. Poza czasem. Nie chodzi o sentymentalizm ani nawet o to, że próby wyłapania choćby pojedynczych fraz są całkowicie bezcelowe (nawet jeśli kilka z nich skończy się “powodzeniem”). Uwodzi, nie kokietując. Miesza mnóstwo wpływów w taki sposób, że nawet fragmenty, które brzmią dla mnie post-punkowo (!!), nie wydają się oderwane od tego… oderwania.

Jasne, bardziej przekonuje mnie D A V I C I I, który przekłada pewne uniwersalia na bliski mi język i nie stosuje przy tym filtrów, a jedynie proste kody. Adonis to, co mi bliskie, przekłada na język uniwersalny. Nikogo przy tym nie wyklucza ani nie faworyzuje jako odbiorcy. Sam czyni siebie dalekim tłem opowieści o sobie i swoich uczuciach. Odwrotnie niż jego kolega z zespołu Panowie, u którego wszystko to, co w środku, jest na wierzchu i na pierwszym planie. A wracając do samej płyty… Trochę szkoda, że trudno tym razem z tej ciepłej hipnagogicznej-chillwave’owej magmy wyłowić piosenki (te były ogromną siłą “Wiosennej ofensywy…”), i że to taki półgodzinny, lekko tropikalny lot na jakimś kwasie, który jest jednak lotem niewątpliwie bardzo przyjemnym, i chce się jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Ale może po części dlatego, że bezpośrednio po wylądowaniu nic się z tego tripu nie pamięta. Mimo wielokrotnych powtórek. Prócz tego, co wyłania się “Z chmur konfetti”. I kilku “Korali z wyblakłych raf”. Żadnych więcej pamiątek. Choćby w postaci blizn.

Krótka ta “recenzja”, ale co więcej napiszę? Co więcej napiszę, to zaraz kasuję. Mogę tylko wspomnieć, że wczoraj, podczas jednego z odsłuchów, patrzyłem przez chwilę na zachód słońca. Cały dzień był szary, a na tę krótką chwilą niewielki wycinek nieba – zanim całe nabrało barwę popiołu – zapłonął. Widocznie w przyrodzie faktycznie tkwi wróżba. A w tej płycie jest coś z opisanego zjawiska właśnie.

Posłuchać można tutaj.

*Powiedzmy, że taka krzyżówka dwóch produkcji, których szczerze nie znoszę: “Antychrysta” i “Spring Breakers”.


ADONIS, W przyrodzie tkwi wróżba (zatarty w nas obłęd), Trzy Szóstki

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *