2019: polskie płyty (10-6)

10. Klocuch – Kaseta z komuni (wyd. własne)

Klocucha poznałem stosunkowo niedawno, jakieś dwa i pół roku temu, ale na pewno wielokrotnie o nim słyszałem. Widać ci, którzy mówili, nie za bardzo wiedzieli, o kim mówią.* Nie dziwi mnie to, nie zastanawia, może smuci, ale tylko troszeczkę. Nie umiem odszukać źródła (to mógł być przekaz mówiony), więc istnieje ryzyko, że błędnie przypiszę autorstwo i nie w pełni oddam myśl, ale z Jerzym Mazzollem kojarzę refleksję, iż sztuką jest to, co wmówi się ludziom, że nią jest. Dlatego Klocuch stanowi fenomen. Bo on, on sam, jest sztuką. A dociera – na najpłytszym poziomie, ale przecież liczą się właśnie zasięgi – do takiego grona ludzi, że wyłącznie (nie)istotny wyimek widzi w nim kogoś więcej niż internetowego śmieszka. Pewnie większa część widowni (większa od tej w pełni świadomej – “w pełni” oczywiście w granicy, w jakiej zrozumienie fenomenu/geniuszu jest możliwe przez kogoś… zwyczajnego) to ta, która “utożsamia się” z Klocuchem-‘rasistą’ i Klocuchem-‘mizoginem’; z kimś, kto pełen jest charakterystycznych dla przerażającej liczby osób przywar, uprzedzeń i – jakże niefortunne słowo! – fobii. A przy tym, tak odbierany, ktoś “swój” także gdy idzie o wspólnotę… intelektu czy “wrażliwości”.

Ale zamiast przejść do rzeczy, to tylko odchodzę od (nie)śmiało założonego tematu. Dotychczasowe muzyczne poczynania postaci były… różne, także gdy idzie o egzekucję i poziom niesionej frajdy/refleksji, ale poniżej pewnego poziomu schodził właściwie tylko utwór z Mefedronowym Baronem, o co – parafrazując Romana Kołtonia – Klocucha winiłbym najmniej. Generalnie były to rzeczy, które w kategorii “śmieszna jutubowa przeróbka przeboju” byłyby poza konkurencją (“Aezakmi”, “Kruci Gang”), zaś w pełni autorska “huba buba” to już – jakże fortunne słowo! – przedsmak “Kasety z komuni”.

Mogę napisać po dwa słowa o każdym utworze, żeby był konkret. Taki “hitman typu widać z oczu” (co oczywiste, traktujacy o słynnym łysym cichym zabójcy, bohaterze serii gier, z kodem kreskowym 640509-040147 wytatuowanym na potylicy) to – jak słusznie zauważył autor Krytyki Holistycznej – Alice in Chains z koncertu MTV Unplugged (a od siebie dodam, że tylko lepsze). Jeśli jesteśmy przy “lepszości”, to “lepsze niż telewizja” przypomina “zaktualizowane” “Headlines” Kazika (“Oddalenie”, 1995), które za sprawą owej “aktualizacji” jest jeszcze bardziej przerażająco bezładnym ściekiem nieistotnych tytułów (tam: nagłówki kaset, tu: rzeczy z YouTube’a). I dalej: “przygody ha” to ponownie rzecz o Agencie 47. Pierwsza zwrotka to opis jednej z misji z drugiej części serii (“wychodzę z szopy, ksiądz już czeka / mam za nim iść”) z częstym u Klocucha narzekaniem na filmowe wstawki/wprowadzenia i niepomijalne segmenty nieinteraktywne gier komputerowych (“wolałbym zabić już człowieka”), pozostałych zaś nie będę przypisywał do poszczególnych tytułów, skoro nie jesteśmy na Geniusie (a mój kontakt z serią zawiera się w kwadransie spędzonym bodajże z Kontraktami). Kolejna z ukochanych produkcji growych Klocucha, GTA: San Andreas, jest “bohaterką” “wakacji na szybko” (z cudnym, sugestywnie wyśmiewającym takie wyświechtane wstawki wstępem “tak nie jest / nie słuchaj tego / 2005”, który jest pewnie kolejną zmyślną wskazówką – w kontekście tytułu płyty – dla tropicieli/stalkerów), które skupiają się na aspekcie motoryzacyjnym i w pewien sposób nawiązuje do “aezakmi” (to znaczy “poznajemy” nowe kody – na poduszkowiec i jetpack). Pewnie rapowa płyta bez dissu to nie płyta rapowa, więc w “zgniłym wilku” swoje – słusznie! – zbiera niejaki Geralt z Riwii. Jeśli ktoś złapie się na ten haczyk, to i tak same płotki, ale to coś pięknego (oczy mi się świecą/szklą przy dos-ko-na-łych dwóch pierwszych wersach “włączam hymn Polski i odpalam se Wiedźmina / jest dużo dobrych gier, ale ta gra już przegina”). I też wolę grać w Gothica (a raczej wolałbym). A Gothic to nie jest dobra gra, oj nie jest. Pozostałe dwie ścieżki, “miasto” i “serwus”, wiodą już przez rzeczywisty świat, a drugi z tytułów promuje bardzo aktualne i wartościowe postawy (“ja nie używam rurek z plastiku, bo mam jakieś pojęcie, malcziku”). Może o samym “mieście” (od odwołania do serialu “Lost”, po bardzo sensownie zasygnalizowany przez jedną z osób komentujących na fanpage’u [nie chcę przywłaszczać cudzej własności intelektualnej ani cytować autora, który nie musi sobie tego życzyć] potencjalny “follow-up” do Kieślowskiego) można by napisać osobny akapit. Tutaj też już od mariopeszkowego rymu na początku pierwszej zwrotki (mieście-cieście) jesteśmy w domu. Albo właśnie w mieście. Zostaje “beznadzieja w chmurny dzień”, czyli deszczowy jazz-rap o tym, jak można czuć się w stanie melancholii, kiedy trudno nawet kupić sobie chrupki (a jak się już kupi, to takie, których się nie lubi), a nowe gry nawet się nie odpalają.

To może jeszcze dwa słowa o bitach? Czemu nie. Są jak muzyka z supermarketu (najbliżej tej z Lidla, do którego bohater nie ma blisko). Kocham muzykę z supermarketów. Nawet nie chcę porównywać tych podkładów z rzemieślniczymi bitami krajowych wyrobników, których ksywki pojawiają się na grzbietach kilkunastu rappozycji rocznie.

Mógłbym wymienić kilka innych ksywek, choćby tych z kolektywu Obrońcy Hardkoru (Klocuch-raper to taka oczyszczona z rapowego brudu, samouświadomiona w stopniu wyższym niż ten, który pozwala na samo granie cytatem i ironicznymi, podskórnymi nawiązaniami do rapklasyki wersja MC Terminatora), mógłbym też analizować poszczególne teksty (choć to akurat robię zwykle ironicznie). Wtedy może wytknąłbym fragment o niekarmieniu gołębi (mimo tego absurdalnego katastrofizmu, w jakim powoli zatapia się tekst “miasta” z każdym kolejnym wersem – tu przypomina mi się z kolei kolektyw Wyrąb Lasu), ale to już czepialstwo. A z drugiej strony, próba przybliżenia fenomenu, który powinien być bliski – przynajmniej gdy idzie o rozumienie, nie aprobatywną postawę, bo można nie lubić – każdej inteligentnej jednostce, która się z nim zetknęła.

Rap może być sztuką. A to jest sztuka, która stała się rapem. Najlepsza rzecz na krajowej scenie hh. Bez cienia wątpliwości i ironii.

* Nie tylko w takim sensie, że jedyne, co konkretnie pamiętam, to popularna sugestia – ale taka, która przedstawiała to jako niezaprzeczalny fakt, nie przypuszczenie – iż Klocuchem jest NRGeek. Ile losowo wybranych filmików obu Panów trzeba obejrzeć, by mieć absolutną pewność, że to NIE on? Po dwa?
Choć może nie powiem, jak od dłuższego czasu – wiem, że błędnie! – konsekwentnie obstawiam.:)

9. Bonsoul – Restart (Asfalt)

Za każdym razem, gdy chcę pisać o Bonsonie, zaczynam – choćby w myślach – od tego, iż mój szczególny stosunek do niego wynika z sentymentu. Więc będzie bez wstępu.

Mógłbym napisać recenzję “Restartu” po pierwszym wejściu Soulpete’a. Ewentualnie dla pewności sprawdzić jedną zwrotkę. Może nie podsumowałbym tekstu tytułem kawałka (“o, jak pięknie”), ale wiedziałbym, że to jest to, co spodziewałem się usłyszeć, i że chcę przez to powiedzieć, iż nie ma mowy o rozczarowaniu. Ale dlaczego – mimo anhedonii – miałbym odmówić sobie “ReStartu”?

Wychodzi na to, że jednak napisałem specyficzny, improwizowany wstęp. Zapytam tak: kto inny potrafi posłużyć się tautologicznym porównaniem, rymując ze sobą to samo słowo (czyli de facto nie rymując), i zrobić to tak, by wywołać opad szczęki (“chłopcy zrobieni jak chłopcy”)? Pomijam już całkiem zmyślną grę słowną, bo dziewczyny (wspomniane w tekście utworu chwilę wcześniej) są przecież zrobione inaczej – i w innym sensie – niż chłopcy. Kto inny umie być takim – przepraszam za określenie – “ulicznikiem”, nie tracąc przy tym odrobiny wynikającego z mieszanki intelektualnej sprawności, talentu do składania wersów i prostej szczerości uroku? Kto inny jest w stanie tak precyzyjnie wymierzyć wersy-ciosy, by tę szczękę, która wcześniej opadła, zgruchotać (chociażby “miałem napisać to wczoraj, ale piszę dziś” w kto wie, czy nie najmocniejszym polskim rapowym tego roku – najmocniejszym w każdym możliwym sensie). Kto inny opowiada o imprezach tak, jakby były to relacje z pól bitewnych – z bitew, które kończyły się sromotnymi klęskami – jednocześnie nie popadając w egzaltację ani moralizatorstwo? Kto inny jest na tej scenie tak prawdziwy, a jednocześnie nie musi ani raz wspominać o tym, że taki jest? Kto inny… Kilku utworów powinni posłuchać szczególnie koledzy (i “koledzy”) ze sceny. Nie tylko “Końca”, ale i takiej “Trucizny”.

“ReStart” ma swoje problemy (refreny, goście), ale w charakterze tych pierwszych pewnie widziałbym najchętniej sample, a sam Bonson jest tak charakterny, że gdy spojrzę z perspektywy odbiorcy, to nie dostrzegam braków czy niedopowiedzień, które ktoś inny mógłby uzupełnić. Outro też wydaje się zbędne, ale pełni określoną – i zrozumiałą – funkcję. Ach, i gdybym miał obstawić w ciemno, kto będzie najmocniej odstawał, tobym się nie pomylił (Holak, O.S.T.R. – dobrze, ze ten drugi rzuca w bardzo odpowiednim momencie kwitujące nie tylko ten, ale niemal każdy jego tegoroczny popis wymowne “yyy”).

I co, da się nie wychodząc poza obszar teoretycznie wyeksplorowany (miłość, rap, używki), powiedzieć coś interesującego w interesujący sposób, nie rażąc przy tym frustracją, uprzedzeniami i ogólną antypatią? Da się stworzyć z producentem wręcz symbiotyczną jedność, charakterystyczną dla naprawdę klasycznych albumów? Ano da się. Owszem, nie jest to tzw. “rap bez syfu”, nie mógłby być, ale Bonson wydaje się… czystszy (jakkolwiek to rozumieć) i jaśniejszy niż niejednokrotnie w przeszłości. Nie wiem, czy dojrzał. Ale na pewno zasługuje, by go dostrzec i docenić. Jeśli ktoś jeszcze jakimś sposobem wcześniej tego nie zrobił.

8. Janusz Jurga – Hypnowald (Opus Elefantum Collective)

Może różnica między “Hypnowald” a “Duchami Rogowca” (czy splitem z Docetism) polega na tym, iż to nie Janusz Jurga zabiera nas do lasu, który jest mu blisko, tylko my możemy zabrać do lasu, który jest bliski nam, Janusza Jurgę. A przynajmniej tę płytę. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego “Pop” jest najlepszą płytą GAS. Po prostu (tak) jest. Podobnie z “Hypnowald”. I wiem o tym, mimo że jeszcze na taki spacer – późnowieczorny, by zmrok nastał przed drogą powrotną – jeszcze się nie wybrałem.

7. Furtek – Gorzej (Trzy Szóstki)

Naprawdę to trochę tak, jakby Marcin Świetlicki próbował nagrać ostatnią płytę Nicka Cave’a, dając gdzieniegdzie wyraz sympatii do wczesnego Cool Kids of Death. Od “Gorzej” naprawdę robi się… no… gorzej. Tutaj nie ma czym się zachwycić, czego kontemplować czy zanucić. Owszem, można czymś się zachwycić (choćby subtelnymi nawiązaniami, jak to do “Dlaczego” Kur w utworze “Konstantynopolitańczykiewiczówna”), ale stwierdzenie, że takie zabiegi lepiej bronią się na papierze, wyjątkowo nie byłoby podszyte ironią. Takie teksty po prostu muszą się marnować w innej formie, no nie ma siły. Nie chcę przez to powiedzieć, że ktoś tu rozmija się z powołaniem. Raczej (że) musi ulegać formie. A czy dzięki temu można poczuć się lepiej? Nie wiem. I wcale nie sugeruję, iż na muzycznym polu, które jest polem bitwy, Furtek polega sromotnie. Prawda, polega głównie na orężu w postaci pióra, będącego zresztą mieczem obosiecznym (znów: nie jest to zawoalowana złośliwość), ale jako kompozytor i nie tyle wokalista, bo nie ma mowy o jakichś próbach śpiewu, ile ktoś, kto sprzedaje siebie własnym głosem, broni się sprawnie i bez wysiłku. Przy pojedynczych utworach miał wsparcia Adama Kempy, Kordiana Trudnego i Afrojaxa (który zalicza wspa-nia-ły występ), no a jeśli chodzi o wsparcie… we wszystkim innym… Cóż, nie trzeba się specjalnie zagłębiać w biografię autora ani czytać z wnikliwością i znawstwem jego tekstów, by wiedzieć, o czym jest ten album. I że nie jest to album, o raju, koncepcyjny.

Naprawdę mam nadzieję, że jego tytuł nie stanowi odpowiedzi na pytanie, które ktoś zadał mi chwilę przed tym, jak zasiadłem do pisania (brzmi ono “jak się czujesz?”). Choć niewątpliwie, gdybym miał brać po uwagę ów (między)czas, to mógłbym odpowiedzieć (czego jeszcze nie zrobiłem), że gorzej.

I lepszego komplementu już chyba nie wymyślę.

6. Foghorn – Thanatos (Opus Elefantum Collective)

Nie twierdzę, że by wypowiadać się o jakiejś płycie, trzeba jej posłuchać określoną liczbę razy. Nikt nie wys(n)uwa analogicznych twierdzeń odnośnie do literatury czy dzieł kinematografii. Jednak w przypadku “Thanatosa” sprawa jest o tyle ciekawa, że niełatwo do tych dźwięków dotrzeć, niełatwo dotrzeć się z nimi i one same nie docierają łatwo. Jeśli ktoś chce widzieć w tej płycie hołd dla debiutu Have a Nice Life, to pewnie się nie pomyli, ale to trochę tak, jakby w powieści dygresyjnej zwracać uwagę tylko na główny wątek. Złapałem się na tym – pamięć krótkotrwała wciąż mi się “regeneruje”, więc nie powiem, czy było to dziś, czy wczoraj, by nie skłamać – że budzę się, a pod czaszką grają mi niektóre melodie z tego albumu. Melodie długo skryte dla mnie za szumiącą (momentami hałaśliwie) mgłą. Jeśli “Thanatos” miał być antytezą “Corony”, to nie udało się może tak, jak w przypadku drugiej i trzeciej płyty Ścianki (które są – być może jedynie dla mnie – tak skrajnie różne od siebie, jak tylko możliwe, a przy tym oddają jedną wspólną i spójną myśl), ale są tutaj – co w polskim niezalu, delikatnie mówiąc, nieczęste – świetne piosenki. Podane może trochę tak, jakby piosenki były wciąż wstydliwym tabu w środowisku. Twierdziłem tak przy okazji debiutu i twierdzę nadal, że gdyby Foghorn zagościł w Trójkowej playliście – żadna złośliwość czy ujma – to mogłoby się okazać, że Polacy go pokochają. Właściwie cała pierwsza połowa płyty to potencjalnie alternatywne hity, a utwór tytułowy to wręcz potencjalny klasyk. Nie wiem, nie znam się, jedynie czuję, ale jeśli ktoś z dostrzeżonych niezalowych artystów naprawdę nie pasuje do reszty (co nie wyklucza, że może czuć się w tej niszy bardzo dobrze), to jest to właśnie Foghorn.

Ach, i dla mnie “Thanatos” to bardziej post-punk niż post-rock i bardziej lo-fi niż shoegaze, gdyby ktoś pytał, ale to też kwestia odczucia, nie znawstwa.