2019: rozczarowania (zagranica)

5. LINGUA IGNOTA – Caligula (Profound Lore)

Pierwsze skojarzenie: Daughters. Okazuje się, że producent jest ten sam co w przypadku “You Won’t Get What You Want” (Seth Manchester), więc w podobieństwie brzmieniowym nie ma przepadku. Tylko że Daughters to była zagłada, chaos, zamieszki na ulicach, panika, płonące samochody, apokalipsa, a tutaj mamy patos i pompę, sztuczne ognie (a nie ogień z nieba) i postindustrialne Queen (feat. Florence Welsh) zamiast Swans. Pani Kristin Hayter jest utalentowana, nie przeczę, ale najbardziej stara się przyciągnąć uwagę, jednocześnie od siebie odpychając. Zapewne wywołanie części reakcji było zamierzone (jak sądzę, to się nie ma podobać – ma być brudne, obskurne, bolesne), ale i tak czuję się zbyt niewrażliwy na ten soniczny performance.

4. Whirr – Feels Like You (wyd. własne*)

odsłuch(Youtube)
Whirr istnieje w mojej pamięci głównie za sprawą wyciętego z „Oczu szeroko zamkniętych” Kubricka subtelnego kadru z Nicole Kidman, który zdobi okładkę epki „Distressor”. To długa, równie subtelna – i bardzo smutna – historia. Mniej subtelną – acz równie smutną – piszą sami muzycy, niestety głównie na Twitterze. Na „Feels Like You” nieobecny jest tamten pierwiastek magiczny (Byanca Munoz), więc gdyby Amerykanie chcieli opisać, co grają, mogliby powiedzieć – jak niegdyś Bela Komoszyńska [potrzebne źródło] – że szugejzują. Jest w tym więcej subtelności i romantyzmu niż we wspomnianych internetowych zaczepkach, ale i więcej wyrachowania niż wyrafinowania, a porywanie tłumów wychodzi muzykom tylko nieco lepiej od „podrywu”.

* Wydawca albumu, Run For Cover, odciął się od zespołu, więc…

3. Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell
(Interscope)

Przeszedłem okres “fanowania” Elizabeth Grant.

I mam go za sobą, może jak ospę czy odrę, choć ani się swego nie kryłem mocno ze swoim krótkim zauroczeniem, ani nie uważałem, by było czymś złym (fatalnym?). Kreacja mi się podobała, nawet jeśli od początku było jasne, że to nic więcej. Ot, dziewczyna, upozowana na złą, śpiewa dobre piosenki. Oczywiście po sięgnięciu po całą płytę “Born to Die” okazało się, że tych dobrych piosenek nie ma tak wiele, że nie jest ich więcej od tych niedobrych, i że “amerykański sentymentalizm” trochę nie zgrywa się momentami z zakorzenieniem w muzycznej współczesności (nowoczesny hip hop), ale nadal nawet jeśli nie chwytało to za serce, to przynajmniej trzymało się kupy. Po drodze odkryłem jeszcze cudne demówki z lat 2005-2006 (“Sirens” nagrane jako May Jailer), które do dziś wydają mi się najlepszym materiałem wokalistki. “Norman Fucking Rockwell!” niczego nie zmienia i nie zmieni.

To muzyka tak ładnie zrobiona, tak wysmakowana i subtelna, tak starannie wyprodukowana, że… staje się tłem. Muzyczną fototapetą. Zdjęciem, sam nie wiem, zachodu słońca nad autostradą wśród amerykańskich bezdroży, na które nałożono blur. Jest miękka i przyjemna w taki sposób, jakby chciała pozwolić sama o sobie zapomnieć. Jest art popem, który zapomniał o byciu popem. Do tego okraszonym self-publishingową poezją, która w pobieżnym zetknięciu nie szokuje, gdy jest obliczona na wywołanie małego szoku, nie wzrusza, kiedy ma wzruszyć i nie imponuje, gdy idzie o (pop)kulturowe odniesienia. Pewnie dlatego, że nie dostrzegam w tym nic, czego nie widziałbym wcześniej.

Chyba wolałem Lanę, gdy była bardziej smutna i pretensjonalna? Kiedy postać, w którą się wcielała, była nakreślona jako postać skazana na zatracenie. Ale zatracenie nie nadeszło, maksymy “żyj szybko i umrzyj młodo” nie udało się zrealizować (mam na myśli POSTAĆ!), a pewien pomysł, który wyjściowo był wyrazisty, trzeba było rozmyć i rozszerzyć, wskutek czego czuję się tak, jakbym słuchał artystki, która jest duchową spadkobierczynią własnej twórczości. Ciągłe autoreferencje (głupie słowo, ale co zrobię) dodatkowo nie pomagają w nieodnoszeniu takiego wrażenia.

Jeśli ktoś naprawdę potrafi postawić tę płytę obok “Songs of Love and Hate” Leonarda Cohena czy “Blue” Joni Mitchell, to… być może ma rację. Czas pokaże, czy “Norman Fucking Rockwell!” będzie znaczył równie wiele dla amerykańskiej muzyki/tradycji, ile znaczą te albumy, ale tu i teraz, tysiące kilometrów od USA, ani ta muzyka ziębi, ani grzeje. Jedynie delikatnie usypia, otulając delikatnym ciepłem. I myślę, że spośród wcześniejszych czterech płyt Lany Del Rey co najmniej dwie były bardziej udane.

2. Opeth – In Cauda Venenum (Nuclear Blast)

Kiedy (u)znany metalowy zespół postanawia odciąć się od korzeni (albo chociaż mocno, jak to się mówi, złagodzić brzmienie), reaguję na to zrozumieniem. A często wręcz z radością, jeśli czuję, że wyrósł ze stylistyki – być może niedojrzałej – z której… wyrósł. Tak samo było w przypadku Opeth. Osiem lat po “Heritage”, i trzy płyty później, mogę podkreślić jedno: było.

Album z 2011 roku jest może nieco pokracznym zlepkiem pomysłów, ale po pierwsze, panowie nie bali się… pomyśleć i pokombinować, a po drugie, to były często pomysły dobre, warte rozwinięcia (te wszystkie subtelności, wycieczki w stronę folku czy nawet jazzu). A tymczasem w jakim miejscu znajduje się Mikael Åkerfeldt z zespołem? Cóż, można powiedzieć, że gdy wówczas zrobili odważny, acz niepewny krok naprzód, to teraz postawili ją z powrotem w dawnym miejscu. Przy czym Opeth gra teraz Opeth, ale w wersji pozbawionej tego, czym Opeth jest dla fanów Opeth, jakby zawierając jej esencję bez zrozumienia tego, czym ona jest. “In Cauda Venenum” to album rockowy nagrany przez metalowy zespół, który nie umie ani przekonująco wcielić się w grupę z epoki (lata 70.), ani odegrać samych siebie. Więc sobie gra. Jakby grał wierząc, że coś się z tego wyklaruje, że z tych bezbarwnych riffów i solówek (“bezbarwny” to naprawdę mocne określenie w kontekście tej retrostylizacji), z okropnie męczących wokali (ej, facet kiedyś CHYBA potrafił śpiewać, albo przynajmniej próbował, zamiast… nie wiem… piszczeć[?]), z melodii, które ani na chwilę nie chcą pozostać w głowie, z tego, powstanie coś, co nie zabrzmi jak uporządkowany zapis nieinspirującego jam session (względnie jakiejś próby). Jak to możliwe, że mają na swoim koncie “Damnation” (2003), czyli płytę pełną ładnych, sprawnie skomponowanych progrockowych ballad, które w sprzyjających okolicznościach mogły nawet poruszyć – nie wiem.

Oczywiście gdybym chciał napisać pochlebną recenzję (pewnie kilka takich przeczytam – choćby w “branżowej” prasie), to mógłbym wspomnieć, że od razu słychać, kto gra. Że wystarczy dowolny krótki fragment dowolnego utworu. Że mają niepodrabialny styl. No dobrze, już nawet pomijając to, że ów styl nie musi się podobać, i że to trochę zjadanie własnego ogona, mogę tylko zauważyć, że ten styl jest tak niepodrabialny, że sam Opeth tworzy kopię, podróbkę, taką półamatorską i bez większego postarania. Dopiero co wyszła płyta Diagonal, “Arc”.

Nie jestem fanem “Sorceress” czy “Pale Communion”, ale da się z tych albumów wyłowić fragmenty, do których wrócę bez bólu (“Eternal rains will come”, “Era”). I choć raz mogę napisać z pozycji – powiedzmy – fana, że jestem nie tyle rozczarowany (bo to, co usłyszałem, mogę skwitować tylko krótkim “no tak”), ile smutny. Podobnie czułem się po usłyszeniu “Old Star” Darkthrone. I nawet jeśli nie mówimy o nagraniach beznadziejnych, to mnie nadziei pozbawiły.

Opeth to dziwny zespół. Lubię większość ich płyt – przynajmniej większość z pierwszych dziesięciu – ale do większości z tych lubianych nie mam potrzeby wracać. Może miałem miałem ochotę sięgnąć po “In Cauda Venenum”, ale nie wiem, czy po “In Cauda Venenum” będę miał ochotę sięgnąć po kolejne albumy.

1. Darkthrone – Old Star (Peaceville)

Nie będę pisał dużo i długo, mój głos jest cichy i słaby. Nie ułożę wstępu, nie zamknę wywodu logiczną i zgrabną puentą, w których podobno jestem świetny, szczególnie gdy przychodzi mi kogoś zgasić. Ale tutaj – wzdycham – wszystko spłonęło. Kult jest ciekawostką, dla wielu bajką o żelaznym wilku, mimo że ten duet otworzył przecież dekadę najlepszą płytą metalową, jaka się w niej pojawiła (“Circle the Wagons”*, 2010), a zamyka ją tak, jakby była ostatnim gwoździem do trumny. Znam osoby, które patrzą na Darkthrone może nie jak na trupa, ale na pewno jak na trupę. Taki cyrk, nawet nie obwoźny, bo Fenriz klubowe turnee zalicza najwyżej po pracy, i może chodzi w najlepszym (?!) wypadku o puby karaoke, w której to też – choć rzecz jest chyba nieaktualna – może najwyżej zawitać z nową muzyką, jeśli akurat mieszka się w jego stronach i zamówiło się “Old Star” w preorderze. Już o “Arctic Thunder” – pamiętam – pisałem, że weterani zmienili się w kombatantów, a nowa płyta brzmi jak formalny wniosek o przyznanie świadczeń z tego tytułu. Jeśli vintage black/doom brzmi jak rozmemłane, po czym wyplute i znów rozmemłane, i znów wyplute heavy, to deklaruję się niniejszym jako apologeta nowych form treści i treści w gatunku. Brzmi to jak double album, choć trwa niespełna czterdzieści minut. Sześć ciągnących się jak flaki z olejem utworów (z zastrzeżeniem, że to flaki sojowe i olej rzepakowy), nieskończony popis braku kreatywności, autokrytyki i elementarnej przyzwoitości. Czemu przed mikrofonem nie staje Fenriz, by coś prawdziwie zafałszować? Jak długo można słuchać riffów, które albo są pożyczone, albo takie, których po latach nikt nie pożyczy? “Old Star” nie jest hołdem słusznie minionej epoce, tylko rodzajem nieuświadomionej autoparodii, zjadaniem zębów na zjadaniu własnego ogona. No u licha, włączam sobie choćby “I am the graves of the 80s” jako odtrutkę. No hit taki, że od razu przestaje nosić mnie ze złości, a nosi z powodu nagłego zastrzyku energii. Dlatego gdy widzę jej, muzyki Darkthrone, obraz, to pytam, za Pezetem, o chłopaków: “k*rwa, co się z nimi stało?”. I tak samo odpowiadam: “nie wiem”.

* Tam trafił się riff zerżnięty z U2, kapitalny riff, proszę sobie odszukać. U2 to w sumie też półka wyżej niż AC/DC (“The hardship of the scots” -> “Let me put my love into you”).