2019: zagraniczne płyty (25-21)

25. Ian Noe – Between the Country (wyd. własne)

Gdyby Townes Van Zandt miał syna, to… A nie, chwila, przecież ma. I nie jest nim, co ciekawe, Ian Noe. Ale jego country jest moim country. A że takie granie i tak #nikogo, to nie będę pisał o tym, że wszystko jest tutaj zrobione i zrealizowane po bożemu, zgodnie z tradycją.

24. Uboa – The Origin of My Depression(wyd. własne)

Album dla wszystkich. A przynajmniej dla wszystkich tych, którzy nawołują do nieromantyzowania schorzeń psychicznych. Cóż, według mnie nawet w naturalistycznym ujęcie będzie jakiś romantyzm, ale tutaj jest go możliwie niewiele. Taką płytę mógłby nagrać Furtek, ale mam nadzieję, że nigdy nie będzie potrzebował.

23. Art of Fighting – Luna Low(Remote Control)

odsłuch (Bandcamp)
Dwanaście lat czekania na płytę, na którą czekało jakieś dwanaście osób. Australijczycy z Art of Fighting grają slowcore, który już przed tą przerwą był anachroniczny, niemodny, ale jeśli potrafią po niemal ćwierćwieczu na scenie nagrywać tak bezpretensjonalne i urokliwe płyty jak “Luna Low”, to niech robią to dalej. Tylko prosiłbym, żeby trochę częściej. Jeśli niedawna metamorfoza pewnego zespołu, którego nazwa sprytnie skrywa się w tytule tego albumu, nie wydała Ci się zajmująca, to tym bardziej polecam.

22. dråsa – Open Your Hand 
(wyd. własne)

odsłuch (Bandcamp)
Z pewnym dystansem podchodzę zwykle do notek traktujących o tym, jaki to ważki temat – dla autora, dla społeczności, dla świata – podejmują ambientowe plamy dźwięku. Jeśli chodzi o “Open Your Hand”, nie musiałem czytać, by nie tylko wierzyć, że tutaj naprawdę o coś chodzi, że ta muzyka coś wyraża, i że jest to równie głębokie co głęboko smutne, a wręcz być tym szczerze przejętym. Dråsa rozprawia się z przemocą domową bez… przemocy, agresji i brutalności. Gest otwarcia (dłoni) to początkowo otwarcie rany, która wraz z trwaniem pierwszej kompozycji powoli się zasklepia, ból i żal ustępują powoli miejsca pogodzeniu się z tym, co było. Bowiem co się stało, to się nie odstanie. Jednak z tego, co się stało, z tego zła, nie musi ostać się zło. Kanadyjka Sarah Nawotka, która jako tworzywo i narzędzie wykorzystuje głównie głos (nie dźwięk, nie słowa), i jest to głos anielski, powinna zostać usłyszana. Jeśli oceniać samą realizację, to jest ona mi o wiele bliższa od tej dokonanej przez Linguę Ignotę (“Caligula”). Wstrząsająco piękna muzyka. I zasmucająco nieznana.

21. Sarah Davachi – Pale Bloom (W.25th)

Ambienty, drony, jakieś rozlane plamy wokali, leniwe tła organów (?) i plumkanie, plumkanie, i plumkanie… Zakochałem się. Nie umiem pisać o miłości.