2019: zagraniczne płyty (15-11)

15. Bruce Springsteen – Western Stars (Columbia)

Bruce Springsteen nie musi się z nikim ścigać ani nikomu niczego udowodniać, co owocuje takimi płytami jak “Western Stars”. Niewymuszoną, bezpretensjonalną, momentami wręcz popową, w duchu zaś amerykańską w najlepszym sensie. Wzruszam się przy tej muzyce, co oczywiście nic nie znaczy z perspektywy drugiej osoby, jedynie sygnalizuje mój emocjonalny stosunek do twórczości artysty, ale jeśli prawie siedemdziesięcioletni facet potrafi nagrywać takie rzeczy, to pozostaje mi pokłonić się z uznaniem.

14. Weyes Blood – Titanic Rising (Sub Pop)

odsłuch
Bardzo ładny, i ładnie niemodny, pop. Weyes Blood brzmi trochę jak Julie Byrne, a w samej muzyce słychać podobną melancholię – sam się dziwię i zastanawiam – co w Abbie.

13. The National – I Am Easy to Find (4AD)

Najlepsza płyta The National? Tak, odpowiedź brzmi “nie”, wiem. Ale mam poważne wątpliwości, czy nie. To może chociaż “Not in Kansas” jest ich najlepszym utworem? Też nie? To jak jest z “I Am Easy to Find”? Nuda i rozczarowanie? A jeśli kogoś, jak mnie, nie oczarował żaden z wcześniejszych albumów? Jeśli po raz pierwszy w zestawie zmieścił się więcej niż jeden utwór, który wywołuje jakieś emocje? No ok, niech będzie, że to zwykły chamber pop, którego koncept opiera się na tym, by zaprosić kilka wokalistek (Lisa Hannigan, Sharon Van Etten, Mina Tindle, Gail Ann Dorsey, Kate Stables), ale po raz pierwszy mam ochotę – a nawet potrzebę – wracać do nagrań zespołu.

12.Misþyrming – Algleymi (Norma Evangelium Diaboli)

odsłuch
“Algleymi” pokazuje, jak ważnym dla współczesnej sceny blackmetalowej zespołem jest Mgła, ile znaczą choćby jej dwie ostatnie płyty. Nigdy bym nie pomyślał, że okres oczekiwania na kolejną uprzyjemni właśnie Misþyrming. Jest to może Mgła w wariancie nieco mniej… mglistym, z wyraźniej nakreślonymi melodiami i nie tak olśniewająca wykonawczo, ale kiedy bardzo dobry zespół – a o takim bez wątpienia mówimy – czerpie od najlepszych, nie zatracając przy tym siebie, to wystarczy, by odstawić resztę stawki.

11. Swans – Leaving Meaning. (Young God)

Załóżmy taki scenariusz. Michael Gira nagrywa ze Swans płytę, którą mógłby nagrać z Angels of Light, i jest nią “zaginiona” trzecia część gotycko-neofolkowej trylogii sprzed niemal trzydziestu lat (“White Light from the Mouth of Infinity” / “Love of Life”). Albo nie zakładajmy. Tak się stało na “leaving meaning.”.

Zacznijmy od końca, czyli od kropki. W tytule. Jest zachwycająca (choć wolałbym średnik). Sam tytuł jest cudowny, jego zapis (małe litery), symetria, (współ)brzmienie słów, to, gdzie został umieszczony na okładce… Wszystko to było zapowiedzią… ładu, spokoju, harmonii; koiło. Bardzo trudno jest mi czytać, szczególnie poezję, gdy widzę nieuporządkowanie, przypadek, rozedrganie; odpuszczam*. Łabędzie kupiły mnie zatem na etapie, na którym nie zaczęła się jeszcze… sprzedaż.

To byłoby zupełnie nieważne, gdyby nie to, że wrażenie, jakie wywołało te czternaście liter (2×7 -> nawet mnożenie siódemki jest mi tak bliskie…) i kropka, nie jest bez związku (pełnego spokoju, ładu i harmonii) z tym, co usłyszymy przez większość czasu trwania tej półtoragodzinnego albumu. A co usłyszymy – napisałem już we wstępie.

Znajdziemy tutaj również ślady trylogii niedawnej. Lubię myśleć, że kończy się ona na “To Be Kind” (nie na “The Glowing Man”) i zaczyna na “Soundtracks for the Blind” (nie na “The Seer”). Całość brzmienia przywołuje właśnie wspomnienie poprzedniej płyty Swans, która ulatuje mi wciąż z pamięci. Jest takie… przyjazne, przystępne… Gdyby nieco okroić ten dwupłytowy zestaw, zostawić tak po cztery utwory z obu krążków, to można by podrzucić je właściwie każdemu jako “przyjemne nudy”. Większość tych “porzuconych” fragmentów to echa “To Be Kind”, który mogłyby już wybrzmieć. Szczególnie że tam, w drugiej połowie finalnej tytułowej kompozycji, wybrzmiało wszystko.

Nasuwa się też – być może odległe, być może bliskie – skojarzenie z wydaną ledwie trzy tygodnie wcześniej płytą Nicka Cave’a, “Ghosteen”. Odrębna stylistyka, nie ten ton i ciężar, ale tożsamy pierwiastek… niebiański. Oszczędność środków; wyrazu. Michael Gira rzadziej jest szalonym szamanem, a częściej lirycznym… pieśniarzem? Nie ma tutaj wielu kulminacji, wybuchów; szaleństwa. Jest “The hanging man”, jest “Sunfucker”, ale ci, którzy metodycznego szaleństwa poszukują, nie znajdą tutaj dla siebie wiele więcej.

Mają za to czego szukać fani The Necks (meldujących się na “leaving meaning.” w komplecie) czy sióstr von Hausswolff (również są obecne). Takie “The nub” brzmi jakby na płycie Swans znalazło się przypadkiem, ale jest to jeden z tych przypadków najzupełniej pięknych. Anna i Maria w całkowicie – niemal nie do poznania! – odświeżonej “Amnesii” robią niemal takie wrażenie, jakie przed laty robiła Jarboe. Czyli niemałe. Obecność Bena Frosta jest bardziej subtelna i nie tak oczywista (przynajmniej dla mnie), ale nie sposób samego faktu pominąć i przemilczeć.

Pewnie trudno w tym wywodzie o konkrety, ale zmierza on do konkluzji. Nie jest to łabędzi śpiew Swans (choć śpiewu tutaj – o dziwo! – niemało), nie jest to też album znajdujący się – no nie wiem – w trójce najlepszych, jakie ten zespół stworzył (ale w piątce być może już tak). Nie jest przełomowy, nie jest w pełni nowym otwarciem, ale jest… piękny. Jak wspomniałem. Ważne, że “leaving meaning.” rzeczywiście coś po sobie pozostawia, i że to coś ma znaczenie.


* Ponoć mnie czytać co najmniej równo trudno. Bo widać to, jak z nerwów… porządkuję. Ale nie wiem. Choć wiem, że tak robię. Także tutaj, teraz.

***

miejsca 25-21
miejsca 20-16