2019: zagraniczne płyty (5-1)

5. Durand Jones & The Indications – American Love Call (Dead Oceans)

odsłuch (Bandcamp)
Ta płyta mogłaby pewnie powstać pół wieku temu, ale cieszę się, że powstała teraz, że w ogóle powstała, i miałem szczęście jej posłuchać. Żadna muzyka nie wywołuje we mnie ostatnimi czasy podobnych uczuć jak dobry soul. Jeśli ludzie mają zostawiać po sobie takie “pamiątki” w człowieku, to mogą przychodzić i odchodzić, choćby bardzo bolało. A jeśli Durand Jones wraz z formacją The Indications ma nagrywać takie płyty jak “American Love Call”, to niech robi to jak najczęściej.

4. Billie Eilish – When We All Fall Asleep, Where Do We Go? (Interscope)

Smuciło mnie, przed samym sięgnięciem po muzykę, to, jak odbierana jest sama Billie Eilish. Jako osoba. Przypominało to wręcz polowanie na czarownicę. Jedną. Posłuchałem. Słucham. I jeśli tak wygląda twarz mainstreamowego popu (mam na myśli oblicze muzyki), to wybaczcie, ale chciałoby się ją pogładzić wierzchem dłoni po policzku.

3. Funereal Presence – Achatius (Sepulchral Voice)

To, że pierwszy kwartał roku nie rozpieszczał fanów black metalu, w niczym nie umniejsza Funereal Presence. “Achatius” to najciekawsza (pro)pozycja z tego okresu. I to mimo tego, że odsłania wszystkie karty już w pierwszych kilku minutach. Rękę ma bardzo mocną. Do tego speedmetalowy szkielet i średniowiecznego ducha. Jednakże to coś więcej niż osobliwa ciekawostka. Warto się o tym przekonać.

Dopisek: to brzmi tak, jakby Tormentor (Węgry) w trakcie nagrywania “Anno Domini” zasłuchiwał się w Iron Maiden i debiucie Slayera,

2. Nick Cave and The Bad Seeds – Ghosteen (Ghosteen)

[tutaj miał płynąć egotyczny strumień]
Jeśli miałem wyobrażenia, najśmielsze, “Ghosteen”, to to, co usłyszałem, przerosło je. “Ghosteen” to “Skeleton Tree” trzy lata później, ten sam ból, który sprawia, że Nick Cave nie jest już taki sam, i śpiewa z bólu, i śpiewa ból – własną żywą tkankę; tka melodie łkań. Może to płyta ładna i nudna, może łagodna i pozbawiona niezgody, może nawet spokojna i kojąca, natchniona swoistym… wytchnieniem, ale to jak w zdaniu, które zapamiętałem, kontekst nieistotny: “czasem, chyba, bolało tak bardzo, że wydawało się, że już przestało”. Tutaj się nie wydaje. Boli tak bardzo, że… nie boli. To piękny album – nie mam pewności, czy muzyczny, ale to komplement – który jednocześnie nie estetyzuje żałoby, straty, cierpienia; koncept, który nie został wykoncypowany. O tym, co pozostało. W świecie, na którym musimy zostać. Dla mnie to jeden utwór, podzielony na dwie części, suita-lament, ambient pop grany w niebie, podany w takiej wersji, w jakiej słyszą go właśnie owi… pozostali, na Ziemi. Dla innych niech to będzie nie to samo. Co dawniej, przed “Skeleton Tree”. Dla mnie nie ma teraz nic innego w muzyce. Jedna z osobistych płyt roku. Być może – dzięki poprzedniczce / przez poprzedniczkę – zbyt osobista.

1. e.hillman – Ashen (Original Soundtrack) (Annapurna Interactive)

[a tutaj się rozpłynąć]
Eric Hillman (połowa duetu Foreign Fields) nagrywa trwającą dwie godziny i siedemnaście minut ścieżkę dźwiękową do niezależnej gry komputerowej typu soulslike. Grać nie grałem* (no dobrze, grałem z dziesięć minut – jak w każdą z trzech części Dark Souls), ale… Już pierwszy utwór podejmuje wątki przewijające się przez zdekonstruowaną wersję drugiej płyty zespołu Amerykanina (“Take Cover Dark”) i jako prawdopodobnie największy (względnie jeden z dwojga) fan formacji w promieniu wielu kilometrów mogę od razu rozpoznać, kto gra. Jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie płyt 2018 roku stała się moją ulubioną w roku 2019. Choć zdaję sobie sprawę, że muzyka ilustracyjna, stworzona przez półanonimową postać na potrzeby niekoniecznie interesującej fanów muzyki (niezalu?) produkcji, nie jest szczególnie atrakcyjna. Dla mnie to jednak soundtrack, jak by to ująć, do jakichś wewnętrznych… scenerii. Do krajobrazu po końcu świata, który jest refreniczny jak dryfujące w tym ciemnym ambientowym bezkresie plamy klawiszy. Miłość.

* Włączałem sobie jako tło kolejnych – nieudanych! – podejść do serca iglicy w Slay the Spire.