2019: zagraniczne płyty (10-6)

10. Shannon Wright – Providence (Vicious Circle)
|
“Providence” to płyta – choćby w Chopinowskim duchu – romantyczna. Taka, z którą najlepiej byłoby się oswajać nocą, w odpowiedniej scenerii (nie wiem, jakichś leśnych zamkowych ruin). Ale nie sprawdzałem, czy rzeczywiście. Chciałbym, by podobnie brzmiała kolejna płyta Grouper – może wyłączywszy pewien element… grozy.

9. Black Cilice – Transfixion of Spirits (Iron Bonehead)

odsłuch (Bandcamp)
Album dla osób, którym przejadł się Burzum, a Paysage d’Hiver nigdy im nie podszedł. A tak naprawdę dla każdego. Teoretycznie to tylko szumy i wrzaski, wp(r)asowane w siebie i sp(r)asowane ze sobą, ale jest w tym magia, której próżno szukać na zdecydowanej większości blackmetalowych płyt.

8. Cloud Rat – Pollinator

odsłuch (Bandcamp)
Cloud Rat w swoim żywiole – żywiole ognia. Ognia, do którego oliwy dolewa dająca z siebie więcej niż wszystko (z serca, z wątroby) cudowna Madison Marshall, wokalistka zespołu. Zespołu, który tłucze swój grindcore/crust punk tak, jakby jutra miało nie być. Nie być… Nie, wróć! Nie będzie nic lepszego w naprawdę ekstremalnej – a przy tym ekstremalnie emocjonalnej – muzyce w tym roku.

7. planet space – The Sunshine Tapes (wyd. własne)

odsłuch (Bandcamp)
Liz Harris (aka Grouper) w trakcie nagrywania “A I A: Alien Observer” / “A I A: Dream Loss” przeżywa bliskie spotkanie trzeciego stopnia.

Tak bym opisał “The Sunshine Tapes”.

A tak naprawdę nie wiem, kim jest pani stojąca za planet space (ma cudny nick na IG: lofipain, bardzo pasujący do muzyki), a okładka krótkiej epki “The Sunshine Tapes” sprawiła, że nie było szans, bym po tę krótką epkę nie sięgnął. Drugi utwór to kosmiczny wyimek “Made of air”, zaś całość jest pełnowartościową, mimo że niezbyt pokrzepiającą mieszanką lęków, obsesji, bólu i wszystkiego, co powoli uśmierca w nas kolejne dobre i piękne uczucia. Dużo sampli, synthów, zniekształceń, przekształceń i osobliwości, ale najwięcej piękna.

6. Tim Hecker – Anoyo (Kranky)

odsłuch (Bandcamp)
Obawiałem się czegoś w rodzaju odrzutów z “Konoyo”, być może najlepszej płyty Tima Heckera, a tu proszę – dostaliśmy raczej pełnoprawny drugi krążek rozbitego na dwie części albumu. Logiczną i pełnoprawną kontynuacją, dopowiedzenie i zamknięcie wątków, finał elektroakustyczno-ambientalnej orientalnej opowieści. Na “Anoyo” nie ma… momentów. Jest trzydzieści pięć minut muzyki, której słucha się z zapartym tchem, a po złapaniu oddechu chce się ponownie zanurzyć w tych dźwiękach. Jakkolwiek głupio i banalnie to brzmi.