2019: rozczarowania (Polska)

5. O.S.T.R. – Instrukcja obsługi świrów (Asfalt)

Chciałem zacząć tę recenzję od zdania, że lubię Adama Ostrowskiego. Jednak gdy patrzę na to, jak oceniłem jego wcześniejsze płyty, to widzę, że tylko jedna dostała ode mnie notę wyższą niż 3 w pięciopunktowej skali. Mogę zatem wprowadzić małą korektę – skoro nie użyłem ksywki – że nic do niego nie mam, więc w sumie gościa lubię. Nie zmieniają tego kolejne nagrywki. Z drugiej strony, czy z “Instrukcji obsługi świrów” można się… naigrywać?

Zaczyna się od “fabularyzowanej” wrzuty na hip-hop, który kiedyś trzeba było odzyskać, a dziś należy ratować. Abstrahując od tego, czy się zgadzam (no dobrze: tak, po części). Wersy o tym, że teraz to kodeina, gender i rurki, przypominają raczej wpisy z jakiegoś forum (na metalowych widywałem podobne, rurki to się całkiem zgadzają), ale cały ten podział na “prawdziwych” i “fałszywych” (?!) jest dość słaby. A właściwie bardzo, bardzo słaby.

Może inaczej bym spojrzał na ten zbiorowy diss, gdyby nie O.S.T.R. nie walił ogólnikami w ogół. Właściwie czemu nie po ksywkach? Wystarczy każdemu wcisnąć wers w pysk, personalnie, i czekać, aż ruszy lawina. Naprawdę lepiej przedstawić wroga (?!) jako agresywnego troglodytę, a siebie wcisnąć najpierw w trykot superbohatera, by potem rozedrzeć na siebie szaty w Rejtanowskiej pozie.

Ale cały wątek stosunkowo szybko się urywa*. Pewna ciągłość zostaje zachowana, ale to tak, jakby jedno krótkie opowiadanie się skończyło (źle, ale dobrze, że już…), a drugie zaczęło. Widocznie trzeba wrażliwości kogoś, kto ma rap w sercu, by porównać brzydotę miasta do urody kobiet pewnej narodowości, po czym od razu przejść do… przelatywania. Logiczne, zgrabne, dowcipne, pełne klasy i błyskotliwe językowo.

Tekst o dobrych genach i żonie (zapewne w notatkach zapisanej wielką literą), która zachodzi równie łatwo jak słońce (!!), od razu przywołał końcowy fragment recenzji pióra Filipa Szałaska (przedmiotem była książka „O muzyce się nie gada” Macieja Geminga) i zapalił w głowie lampkę jeśli nie czerwoną, to ciemnopomarańczową. Pewnie o konwencji mam większe pojęcie niż miłości, ale… stop.

O ile same pojazdy po “kolegach” ze sceny byłyby jeszcze neutralne, gdyby inaczej sformułować uwagi i odnieść je do muzyki, o tyle podobne w naturze (bo również pełne uprzedzeń) wersy ociekające seksizmem są nie do przyjęcia. A wydawało mi się, że O.S.T.R. zmądrzał. I że wcale nie był – w powszechnej opinii – głupi. Boję się sięgnąć teraz po jakąś jego płytę sprzed kilkunastu lat.

Trochę przesadzam. Gdy sięgnąć po niemal dowolną nową polską płytę rapową, to podobnych treści będzie więcej, o wiele więcej, ale ściek to ściek, a śmieci wrzucone do strumienia, z którego ktoś może chcieć zaczerpnąć, to jednak co innego, więc… Na tej samej zasadzie zwraca się uwagę komuś, kto z reguły nie popełnia błędów, nie zaś wytyka je osobie popełniającej je notorycznie.

O.S.T.R., gdy wracał do zdrowia, był rzeczywiście jak ktoś, kto się odrodził, dostał drugie życie, a więc jest swoją inkarnacją. Teraz wrócił do siebie, dosłownie, ale wolałem, gdy rozczarowywał tym, że nie do końca sobą jest. W końcu kogoś, kto stał się półprzezroczysty, prościej przejrzeć, szczególnie gdy trudno nazwać go bezkresną tonią. A teraz mąci. I właściwie prosi słuchacza, by ten liczył rozchodzące się kręgi.

“To ja – ostatni bitels” – słyszymy w “20/20”. A że The Beatles to jeden z ostatnich wielkich zespołów, których nie trawię w najmniejszym stopniu (mam tylko sentyment do utworu “When I’m sixty four”, ale nie muszę go słuchać), to wiele tłumaczy. Podzielmy zatem pierwszą liczbę przez samą siebie, a drugą przez cztery (by w rezultacie zgadzała się z przyjętą tu skalą), a otrzymamy notę końcową.

* Powracają, w formie ech. I można tylko westchnąć.

4. PRO8L3M – Widmo (Agora)

Czy lubię PRO8L3M? Nie wiem. Trudno powiedzieć. To taka rapowa Mgła. Chłopaki z podziemia wyprzedający na pniu koncerty, płyty. Rozpoznawalni, choć półanonimowi. Nawet część publiki oba składy mają pewnie wspólną. A ja mam deja vu. Jakbym już kiedyś pisał ten wstęp. Ale nie czyni to zadania łatwiejszym.

“Offbeat od linijki”. To był mój komentarz do “Interpolu”. Rzucony w prywatnej wymianie zdań. W takich [okolicznościach] jeszcze zdanie miewam. Bardziej humor słowny. Literacko nieco lepsze jest porównanie rzucone w drugim singlu (“wódki zmrożone / jak Disney”). Tylko ten bit… Mandaryna? Gintrowski?

Można przelecieć wszystkie utwory. Ale tak się nie robi. Spisywałem sobie teksty. Bolało. Męskie rymy (do spójników?!) nie są męskie. A na takich stoi pierwszy track. Podziały są słabe, a seksizm jest jeszcze słabszy (“my to kokaina, gouda i auta / wy to Ewelina, Monia i Marta”). Pojęciem konwencji można się posłużyć w literaturze. Tutaj to niepojęte. Umawiają się dwie strony.

Dlatego porzućmy tę pretensjonalną manierę.

Dziwnie patrzeć, gdy mamy przełom lutego i marca, na fonograficzną nowość tak, jakby była ostatnią w roku nadzieją na to, że w przedmiotowym gatunku pojawi się jeszcze dzieło mające istotne przymioty, i że da się to dzieło opisać ładnymi przymiotnikami, nie zaś kląć pod nosem, którym się na to dzieło będzie kręcić.

Jeśli najciekawszym momentem albumu wydaje się bardzo oszczędny – i zasługujący na równie oszczędne pochwały – występ Artura Rojka w utworze będącym zupełnie niezrozumiałą i nieszczególnie przekonującą próbą reinterpretacji singla Myslovitz sprzed dwudziestu jeden lat, to… Wypadłoby pewnie lepiej, gdyby oprzeć to na jakimś samplu (choćby z tytułową frazą: “to nie był film”), a tak to zmontowane jest to średnio, a sam feat wydaje się dyskretnym ukłonem w stronę nierapowej części potencjalnych słuchaczy. Choć nie dopatruję się w tym ruchu kalkulacji i cynizmu. Tyle tylko, że do oryginału nie ma to startu. Szczególnie jeśli chodzi o tekst. A nie jestem – delikatnie mówiąc – entuzjastą talentu literackiego byłego lidera owej mysłowickiej formacji. Ale może to jest zrozumiały ruch w kontekście oskarowego sposobu obrazowania. Bo choć żaden z jego obraz(k)ów Oscara pewnie nie doczeka, to jest w jego nawijce specyficzny dynamizm, choć bardziej przypomina to wszystko kadry z zaimprowizowanego teledysku niż hollywoodzką produkcję z wielomilionowym budżetem.

Tylko dlaczego ofiarą (śmiertelną) jest w tamtej historii kobieta?

Rzecz w tym, że tych nagrań (wróć: wcześniejszych!) słucha się dobrze do momentu, w którym nie zacznie się zwracać uwagi na fakt iż tekst powinien mieć sens, a nie tylko dobrze brzmieć, być rytmiczny i mieć względnie dobrze rozłożone akcenty. Kiedy bowiem przyjrzeć się tym seriom wyliczeń i porównań, przyozdobionych – nie po raz pierwszy – odwołaniami do mniej zajmującej części “popkultury” (czyli choćby branży porno), pełną czytelnego slangu i słownych zapożyczeń (ok, spora część to bezinteresowny product placement), to wychodzi pewne pustosłowie. Albo brak mi wrażliwości, by docenić linijki w rodzaju “ny snują się po mieście jak p*zdy po Luwrze” czy “leżymy nago, patrzymy na siebie, się nie dotykając / łzy moczą ciało, więc wyłączam myśli, łzy je oczyszczają”. Jednak naprawdę szaro i smutno robi się w chwilach rozkmin, które nie zawsze są jakkolwiek logiczne (“prawda jest kłamstwem, a kłamstwem jest prawda”), ale czasem przywołają za sprawą głębi refleksji i sprawności wysłowienia sentencje pewnego pisarza rodem z Brazylii (“największym zbrodniarzem we wszechświecie jest niestety człowiek”).

O innych linijkach, wskazujących na pewne uprzedzenia  – czy to typowy seksizm (“my to kokaina, gouda i auta / wy to Ewelina, Monia i Marta”), czy seksizm doprawiony ejdżyzmem (“typ i jakaś dupa / (…) / spoko, ale (…) za stara”) – nie chcę mówić. Bo zawsze ktoś, jeśli sprawa okaże się słuszna, zrobi to lepiej, bardziej wnikliwie i dla szerszego grona czytelników.

Na osobną (nie)uwagę zasługuje utwór “112”, który nawet jeśli nie jest drwiną z zaburzeń psychicznych (ew. problemów emocjonalnych – nie nadinterpretujmy), to i tak pozostaje najgorszym utworem duetu. Pozbawiony sensu refren, zupełnie absurdalne wersy o tym, w jaki sposób odebrać sobie życie (takie odwrócenie kapitalnego “Gdyby miało nie być jutra” Pezeta)  i ta “wyluzowana” nawijka… Brrr…

Najciekawsze materiały duetu (czyli oba mikstejpy) były najciekawsze dlatego, że Steez pokazywał, jak dobrą ma rękę do bitów (i sampli). Tutaj, trzymając się tego sformułowania, jest trochę jak pianista grający jedną ręką na tanim keyboardzie. Jeśli brać pod uwagę głównie ostatnią epkę (“Hack3d by GH05T 2.0”) i pierwszą płytę (“PRO8L3M”), to “Widmo” jest pod tym względem jakimś logicznym następstwem, krokiem w przód (?) w twórczości. Logicznym, ale i zbrutalizowanym. Podkłady są bowiem bardziej wulgarne od najbardziej mięsistych wersów, jakie na nie położone. I trochę kładą cały materiał. Całość brzmi tak, jakby panowie poszli z szerszym gronem słuchaczy na kompromis. A jak mówił jeden z moich profesorów, “kompromis to najgorsze z możliwych rozwiązań, bo obie strony na nim tracą”.

“Widmo” to materiał, do którego chyba nie będę miał ochoty wracać. Już teraz chcę móc go zostawić. Zapomnieć będzie łatwo. Włączę sobie “Art Brut”, a tutaj zostawię dodatek w formie wyimków tekstów utworów. Tak, by wyklarować z nich wypowiedź, której sam chciałbym być autorem. Żeby wyłuskać z tej płyty – bez drwiny – coś dla siebie. I by konieczne było scrollowanie do stopki z oceną.

Czekam na trzeci mikstejp.

3. Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi – Marynistyka suchego lądu(Devoted Art Propaganda)

Widziałem niedawno błyskotliwą jednozdaniową recenzję, która brzmiała mniej więcej tak: “to najgorsza płyta, jaką przesłuchałem dziesięć razy z rzędu”. “Marynistyka suchego lądu”, idąc tym tropem, jest najlepszą płytą, której w połowie miałem dość.

***
Weźmy pierwsze 87 sekund utworu “…”, rozciągnijmy je trzydziestokrotnie i otrzymamy jeden z topowych polskich albumów tego roku. Albo nie! Wykoślawmy wszystko, poskręcajmy w jakichś chorobliwych spazmach – niech będzie cudacznym teatrem osobliwości, muzycznym “Santa sangre” (chyba przez przypadek wyszedł mi sporego kalibru komplement). Wtedy dostaniemy “Marynistykę suchego lądu” W teorii składowe są naprawdę dobre. Nadal jest w tym więcej brudu, zepsucia, zgnilizny i choroby niż na większości metalowych wydawnictw. Tylko że o ile debiut intrygował (jeszcze wcześniejsza epka również była ok), o tyle od pewnego czasu intryga za bardzo jak na mój gust gmatwa się i wikła [w] wątki niezrozumiałe i niezbyt frapujące. Teksty są bardzo udane* (żadne większe zaskoczenie, zważywszy na osobę autora), a wokale – wyjątkowe, melodie potrafią urzec, klimatu nie da się podrobić, ale… Nie no, nie, po prostu. Nie i koniec. Niech nawet ta ocena będzie wyrazem uznania, bo to postpunkowe słuchowisko to dla mnie zbyt osobliwa osobliwość.

*Właściwie określenie “udane” jest dość dwuznaczne, ale niech będzie, że jego użycie wynika z tego, że słów znam naprawdę bardzo niewiele.

2. Pezet – Muzyka współczesna (wyd. własne)

Pezet ma u mnie kredyt zaufania. A jednak “Muzyki współczesnej” słucha się na raty, z zawahaniem, myśląc sobie: czy on wciąż to ma? I choć w tych ratach nie spłaca długu, bo i żadnego nie zaciągnął, to swoista prolongata (o tym, ile to już lat, za chwilę) powoduje tylko przeciągłe westchnienie.

Dobrze, dość tej ekwilibrystyki. Choć za sobą mam właściwie nie wstęp, a konkluzję.

Dziwne. Dziwne jest to, jak mocno można wierzyć w wizję i talent kogoś, kto ostatnią dobrą płytę nagrał w poprzedniej dekadzie (według mnie dziesięć lat temu, ale nie będę się kłócił z powszechnym przekonaniem, że piętnaście, by z kolei moje przekonanie nie wydało się przekorą). I że nie pamięta mu się tego, o czym sam – zakładam – sam by chętnie zapomniał. Dziwne jest to, jak mocno można wierzyć w wizję i talent kogoś, kto błądzi po omacku i jest nie tyle samorodnym talentem, ile zwykłym chłopakiem z bloków, którego ku sukcesowi powiódł przed laty świetny producent. Tutaj z kolei brakuje zdania, które pozwoliłoby płynnie przejść do następnej myśli, więc właśnie takie piszę; skończyłem.

Nie odmówię Kaplińskiemu sprawności – technicznej, intelektualnej – ale na przykładzie “Muzyki współczesnej” więcej można mówić o jego sprawności marketingowej. Płytę umiał sprzedać – przed premierą – sprytnie grając nie aż tak mocnymi kartami. Jedna rzecz: ujawnianie kolejnych gości. Ze wskazaniem, którzy z nich pojawią się jedynie na limitowanej wersji albumu. I tutaj mamy zestaw dla truskulowców, którzy mogli na nowy materiał czekać, wręcz go wyczekiwać (KęKę, Paluch, Sokół, Mes), i dla tych, którym Pezet może się jawić jako postać wręcz historyczna, niekoniecznie pomnikowa, ktoś z dawnej epoki (Zdechły Osa, Oki, Otsochodzi, Jan-Rapowanie). Oczywiście okazuje się, że Pezet nie dorzucił sążnistej porcji bonusowych i ekskluzywnych ścieżek-odrzutów, a jedynie dwa “remiksy” jednego z singli (konkretnie “Gorzkiej wody”). Poza tym jeszcze przed wysyłką albumu do preorderowiczów każdy mógł się z tymi nagraniami zapoznać. Jakimś cynicznym chichotem jest to, iż pretekstem była… dobra sprzedaż (złota płyta). Do tego goście z zestawu podstawowego, wybrani nie pod kogoś, kto nosi w sercu hasło o kupowaniu polskich rappłyt, a pod kątem szerszej, poszukującej widowni: Taco Hemingway, Syny, Oskar z PRO8L3M-u (Steez83 też się pojawia, acz w innym tracku). Tutaj brawa należą się za wyczucie. Marcin Flint podpowiada, komu się owe brawa należą, więc niech będzie, że przyklaskuję temu, kogo wskazał. Druga rzecz: single, szczególnie “Intro”. Plus celowe sprowokowanie sugestii, jakoby płyta mogła być częściowym powrotem do korzeni, a wręcz – być może – do współpracy z Noonem (tutaj ponoć zaszłości na to nie pozwolą, ale nie wiem, plotek słucham z pewną rezerwą). Zabrakło może tylko modelu sprzedaży znanego z festiwali, kiedy kolejne pule biletów – coraz droższych  – trafiają do ludzi wraz z ujawnianiem szczegółów wydarzenia. A przecież “Muzyka współczesna” jest/była wydarzeniem.

Można pisać po kolei o utworach, tym bardziej że o tym, co istotne, jeszcze się w zasadzie nie zająknąłem. Jest to nieszczęsne “Intro”, szczęśliwie (fartownie?) dobre, szczególnie gdy wziąć pod uwagę zakładaną formę Pezeta. Tutaj dygresja. Pamiętam, że prowokowany do tego, by się wypowiedzieć, wręcz by się nie zgodzić, wyrażałem się zdecydowanie krytycznie o pojedynczych utworach z niewydanej (potencjalnej!) “Muzyki reklamowej”. Choć akurat przeznaczenie tych nagrań przeszkadzało mi najmniej. Ale gorzej, że były… niepotrzebne. Zresztą pewne odpryski, być może z braku weny, znajdziemy i tutaj (“Nie zobaczysz łez”, “Piroman” – proszę nie czepiać się wskazania tego pierwszego, dla mnie to jedna pula). Ale wróćmy. “Czas to iluzja” (prod. 1988, feat. Piernikowski). Track niczym ze “Snu”. Szkoda, iż Pezet sprawia wrażenie, jakby dogranie się było koszmarem, podczas którego pyta siebie: “co ja tu robię? kim oni są?”. Zresztą to, że choć gość generalnie trafia w bity (nawet jeśli kładzie na nie nietrafione wersy), to już z klimatem często się rozmija. Ale skoro sam nie wie, czy jeszcze coś czuje, to mogę go zrozumieć. Przynajmniej dobrze, że nie próbował tam oddać maniery gościa-gospodarza (tj. Piernikowskiego). Bo kiedy we wspomnianym “Piromanie” zaciąga po oskarowemu, staje się to… no co najmniej problematyczne.

Ale PzU wciąż jest sprawnym konceptualistą. Do tej pory mnie to zastanawiało. Czy to wszystko szczere, czy też przemyślane do tego stopnia, że choć proste i dość płytkie, to jednak starannie wykoncypowane. Za najlepszą charakterystykę postaci (teraz wiem, że “postać” to bodaj najwłaściwsze słowo) uznałem taką, której przed laty dokonała moja znajoma, nazywając Pezeta “tym chłopaczkiem w okularach”. Wprawdzie chciała się w ten sposób upewnić, czy osoba, którą kojarzy, jest tą, o którą mi chodzi, ale… Zresztą może w kreacji/postaci tkwi obecna siła Pezeta. Skoro na płytę zaprosił osoby, które traktują rap jako konwencję w rozszerzonym i uwspółcześnionym rozumieniu (trochę ironicznie, literacko, filmowo – jakkolwiek), to… No wiadomo, jak to jest, gdy się wejdzie między wrony.

Inna sprawa, że ten koncept Muzyki (od tytułów albumów) jest muzycznie i tekstowo najmniej interesujący, pełen niewyrazistych kalek, niepełniących funkcji poetyckiej powtórzeń (te różowe włosy głównej bohaterki kobiecej) i bardzo męczy. Można przyjąć, że to taka podróż w czasie, do czasu sprzed “Muzyki klasycznej” (lata 90. – przynajmniej muzyczna, same wspomnienia są nieco… płytsze), w której używa się nie tylko praesens historicum, bo są w tym opowiadaniu także modne dystopie (“2k30”), mówienie o tym, co tu i teraz (ale nie “na zewnątrz”, a “w sobie”) i ciągłe, wymagające raczej skreśleń podkreślenia, że przeszłość jest przeszłością.

O dwójce bohaterów – ludzkich, choć niekoniecznie pogłębionych – wspomniałem. Trzecia bohaterka to Warszawa. Mogliśmy ją poznać już z tekstów Taco (gościnny występ, kiepski nawet jak na niego, w “2k30”), a Pezetowi wyszło… tak o. Po prostu. Jest to Warszawa nocna, acz kolorowa, przepuszczona przez instagramowe filtry; miasto, które nie śpi, miasto, w którym się nie śpi, a jedynie sypia (z kim? po czym?), Warszawa niebezpieczna. Ale znów: nie ma w tym obrazie choćby najdrobniejszego interesującego (czyt. niezaobserwowanego przez nikogo wcześniej) szczegółu.  Znów nic w nim nie ma. Pewną kwintesencją tych obserwacji bez obserwacji jest “Gorzka woda”, która nie będzie przefiltrowaną przez “Muzykę rozrywkową” (co to za filtr, co zbiera brud?), nową, małoojczyźnianą wersją “Szóstego zmysłu”, bo tylko razi krótkowzrocznością, a refren budzi (nie)lekkie zażenowanie. Bitu ma się dość po minucie, góra półtorej (nie jest zły, tylko właśnie ciężki). A odnalazł się na nim – mimo aż dziewięciu śmiałków (dwa bonus tracki!) – tylko jeden raper: Mes. Nawinął zwrotkę, która nie ma pewnie większego sensu, ale jest to bez-sens narkotyczny, trip report, technicznie i konceptualnie jedna z najlepszych zwrotek, jakie słyszałem w tym roku. I pasująca do podkładu. Zaznaczam, że nie przepadam za gościem.

Można wyłowić więcej dobrych momentów. I to chyba dobry moment, by dobre momenty wyłowić. Piernikowski pojechał po swojemu, co może się nie podobać, ale mnie podoba się od czasu drugiej płyty Synów bardzo. W “Domie” Pezet ma coś do powiedzenia, ale to coś takiego, czego albo nie da się powiedzieć, albo sam nie potrafi. Wychodzi więc trochę taki hermetyczny strumień wspomnień(?), trochę zbiór komunałów. Plus refren, który pasuje dobrze do polskiego rapu z 2019 roku, ale jaki jest w tym roku polski rap – nie chcę (znów) mówić. No i “Outro”, ze świetnym bitem i nawiniętym na do widzenia bodaj najlepszym wersem na płycie, rzuconym jakby rzeczywiście z serca “nie zwariować, jakoś żyć, nie zwariować”. Jako bonus zwrotka Bryndala. Jeśli wyłączyć syno(w)ski track – być może najlepsza w zestawie podstawowym. Acz tylko dobra (takie cztery z dwoma).

Czyli tak: 2-3 bardzo udane numery, 2-3 bardzo nieudane (jeśli nie liczyć “Magenty”, bo ta ma sens kompozycyjny, jako ekspozycja), plus zbędne interludia (lepsze to niż skity, ale mimo wszystko), reszta na granicy takie sobie/ujdzie. Może jestem głupim truskulem, ale jakby wziąć (za wzór) “Intro” i “Outro”, pociągnąć temat, a nie tylko zebrać wszystko, co tam się uzbierało, i skle(c)ić z tego płytę, to coś by mogło z tego być. Ot, taka “Muzyka neoklasyczna”. A tak to mamy przelot przez wszystkie “Muzyki…” (łącznie z emocjonalną), ale jest to płytkie, nieciekawe i odtwórcze. Nie napiszę, że gościa stać na więcej. Sam wspominał, że to najlepsza płyta, jaką w obecnej formie jest w stanie nagrać.

Nie wiem, co myśleć. Mógłbym zażartować, że najbardziej rozczarował mnie brak obiecanych przez Pezeta sampli z black metalu (jest jednak możliwość, że ich nie wychwyciłem), ale w świetle tego, co usłyszałem, to… Trudno ocenić tę płytę. Trudno ocenić ją bez bólu serca. Ale trzeba to zrobić uczciwie, może dość surowo. A może właśnie nie dość? Sam nie wiem. Nie jest to jego najgorszy album, ale prawdopodobnie najsłabszy z tych, które w tytule mają wielokrotnie wymienione w tekście słowo “muzyka”. Chaotyczny, nierówny, niespójny, posklejany tak, że trzyma się tylko na słowo honoru. Niedbały, także gdy idzie o bity (choć co smutne, ale i typowe, to Pezet zwykle jest tutaj w duecie producent-MC elementem mimo wszystko słabszym). Nie powiem, że niepotrzebny, ale chyba nie był konieczny. A przynajmniej – cytując słowa piosenki Tomasza Budzyńskiego – jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.

Szkoda. Ale niech Pezetowi wyjdzie na dobre. Albo niech chociaż dobrze na tym wyjdzie.

1. Blindead – Niewiosna

Wprawdzie by to stwierdzenie nie było przesadne, trzeba poczynić kilka zastrzeżeń (choćby terytorialne, a więc ograniczyć się do Polski, a także gatunkowe, czyli dodać formułkę “mający cokolwiek wspólnego z metalem”), ale Blindead jest jednym z moich ulubionych zespołów. Dwie poprzednie płyty, “Absence” i “Ascension”, to osobisty top dekady (z naciskiem na “osobisty”, także w znaczeniu emocjonalnym). Teraz trio muzyków występujące pod tym szyldem nagrało album “Niewiosna”.

Do nagrań zaproszony został Nihil, znany znany z wielu zespołów i projektów, a z kolejnych kojarzony. Istotna jest jedna, mniej znana nazwa: Seagulls Insane and Swans Deceased Mining Out the Void, czyli mający na koncie wydaną przed ośmioma laty imienną płytę duet Nihil-Havoc. To nie tylko kontynuacja współpracy między panami (Havoc jest gitarzystą Blindead), ale i jak się okazuje, także obranej wówczas muzycznej drogi. I może inaczej bym spojrzał na te nagrania, gdyby zostały opatrzone tą właśnie długą i dziwną nazwą, ale…

To Blindead. I jednocześnie to nie Blindead. Niby można powiedzieć, że to plus, kiedy zaproszony do nagrań artysta umie odcisnąć swoje piętno na powstającej muzyce (tę zresztą współkomponował), ale tutaj urasta do rangi absurdu, bowiem odnosi się wrażenie, że to zespół towarzyszy gościowi, starając się nie mieszać i nie przeszkadzać zbyt mocno, podczas gdy frontman Furii wysuwa się na pierwszy plan.

Początkowo – nie sądziłem, że tak pomyślę – jest nieźle. To zabrzmi riff, który brzmi trochę jak próba (nie)zagrania “Noregsgard” Storm (albo “Quintessence” Darkthrone – do wyboru), później, gdy cichnie, słychać, iż ktoś tu bardzo lubi starą Katatonię, tekst – mieszający “obrządek” z profanum codzienności – można określić jako nawet interesujący, kiedy pominąć kilka źle brzmiących fraz i samo wybrzmienie (memiczna “niekokaina”), ale później nawet jeśli nie jest tylko gorzej, to raczej nie bywa już lepiej. Wszystko się snuje, Nihil czasem coś pogada, czasem pokrzyczy, sensu zbyt wiele ani w mówieniu, ani w krzyku, ani w samych słowach zbyt wiele nie ma, a całość wydaje się osobliwym słuchowiskiem, które niczego nie ilustruje i nie jest w stanie wzbudzić żadnych emocji, wrażeń czy uczuć. Taki postny post-metal, jakiego należało się spodziewać. A właściwie obawiać.

W dodatku jeśli utwór ma już pewną dramaturgię, stara się ją budować (tytułowa “Niewiosna”), to w momencie rozwiązania wszystko się sypie. Brak jakiejś puenty, chwili katharsis, jest tylko przecięcie snutych (a właściwie snujących się wątków). Cytując słowa piosenki, “dlaczego? po co?”. O kolejnych dwóch utworach trudno mówić, jeśli nie chce się mówić źle (i tak się lubi sam zespół), więc powiedzmy, że są ostrzejsze. “Ani lekkomyślnie, ani bezboleśnie” to prawie black metal. Przynajmniej wokalnie, bo tak to określiłbym to raczej jako hałas.

Ładna jest za to “Wiosna”. Brzmi tak, jakby zaczynała się w momencie, w którym skończyło się “Ascension”. Nawet Nihil jakoś mocno nie smuci ani nie drażni. Niestety to “Niewiosna” wygrywa, a ten fragment to koniec.

Mam nadzieję, że nie koniec wszystkiego (cóż), w ogóle czegokolwiek. Rozumiem, że poprzednie płyty nie odniosły takiego sukcesu, na jaki były obliczone i na jaki moim zdaniem zasługiwały, więc sama zmiana kierunku jest zrozumiała. Nadal wierzę, że Blindead przebije się do pierwszej ligi, jeśli chodzi o markę, i będzie rywalizować z Behemothem czy Riverside. Może właśnie Nihil jest tym kluczowym, brakującym elementem. Niestety dla mnie cała układanka się posypała. Niemniej, życzę jak najlepiej.

I nie chciałbym, żeby tak brzmiało moje pożegnanie z tym zespołem.