2019: polskie płyty (5-1)

5. Fantomowa Erekcja – Koniec Mięsa (wyd. własne)

Zróbmy to klasycznie (zamiast zachwycać się erudycją, intertekstualnością, poczuciem humoru, konsekwentnym offbeatem i fałszowaniem każdej melodii, tym, że refren i tytuł trzeciego utworu przekracza wszelkie granice żenady i dobrego smaku, i jest poza zasięgiem polskiej sceny hh w obecnej kondycji, i ogólnie nudzeniem, że to najlepszy materiał Fantomowej Erekcji, i dlaczego).

10. mówią: >>z każdego dnia wyciągnij, ile możesz<< / każdego dnia próbuję wyciągnąć nogi
9. nie przepiłem jeszcze nikogo prócz wszywki
8. kocham ludzi i zwierzęta, a z tych zwierząt tylko ciebie / kocham ludzi i kobiety, a z tych kobiet tylko ciebie
7. przyjechał braciak z Grecji, by mi pomóc z rapem / i chyba widzisz, k***. że ledwo dojechał
6. tylko jak zdejmą mnie z liny, będę offline
5. chcę być w twoim oku solo / jestem w twoim oku solą
4. szukam pomocy / F1 jak Robert Kubica
3. popełniam samobójstwo w samoobronie
2. miałem żyć ponad prawem, a leżę pod zlewem / osiągam szczyty tylko dla zjazdów
1. Opowiem wam dziś niesłychaną historię. Pewnego dnia – niedzielnego, słonecznego poranka – rodzina wybrała się na spacer z dzieckiem. Nieniepokojeni wędrowali sobie chodnikiem między krzyczącymi, bawiącymi się dziećmi. Wtem, ku ich zdziwieniu, naprzeciwko zjawił się wielki celebryta. Był to Paluch. Ojciec dziecka, zafascynowany postacią Palucha, zapytał, czy jego dziecko może zrobić sobie z nim zdjęcie. Paluch odpowiedział, że dziś wyjątkowo pojawił się na osiedlu bez swojej rodziny, dlatego zgodzi się, by wykonać sobie fotografię z dzieckiem. Gdy tylko wziął małego na ręce, mały złapał Palucha za szyję, zaczął mocno dusić, bić po twarzy i krzyczeć “Paluch, wypie*dalaj”.

Dziękuję.

4. Zaumne – Contact (BAS)

Z tą płytą jest trochę jak (ponoć) z moim opowiadaniem o czymś: zanim przejdzie do rzeczy, można albo zwariować, albo zasnąć. Więc zanim “Contact” stanie się najsmutniejszym ASMR do spania, można już… spać. Ale już (?!)  utwór tytułowy, czwarty na liście, to – uch! – banger (do bujania głową ułożoną na poduszce). Potem mamy pięć minut na to, by obrócić się na brzuch. Po to, by w tę samą poduszkę płakać przy “Black Tourmaline” (i końcówce “Shut/Rose Petals”).

3. Zguba – Potwarz (Opus Elefantum Collective)

Zguba raz brzmi tak, jak mógłby brzmieć The Caretaker, gdyby jego twórczość była czymś innym (czymś więcej?) niż sprawnym kuglarstwem (“Sybir”), raz jak Ulver w swoim być może najlepszym momencie, czyli na “Lyckantropen Themes” (“Potwarz”), jednak z zastrzeżeniem, że zabiera nas na nocny spacer nie po spokojnej, znajomej okolicy, a po podłych zaułkach obcego miasta, gdy sami jesteśmy w stanie upodlenia. Stanisław Staszewski śpiewał o mgle wódki pełznącej jak duch wokół głów. I to też tutaj pasuje (szczególnie że kolejny wers brzmiał “jaki zły, jaki pusty jest cały świat”). Nieprzetrawioną pustkę, wraz z nieprzetrawionym alkoholem, czuć w powietrzu. I w tym, którym oddychamy, i w tym wydychanym. Ono nas dusi. Foghorn wnosi trochę światła (“The toll of the sea”), ale jest to odbicie bladej pomarańczy ulicznej latarni w płytkiej, brudnej kałuży. O swoich oczach (naturalne skojarzenie z “płytką, brudną kałużą” – podobny kolor i głębia) słyszałem, że to czarne dziury (nawet nie są czarne, ale co tam), w których każde światło ginie w nich momentalnie i bezpowrotnie. Podobnie jest z “Potwarzą”, i może być z Waszym świat(ł)em, jeśli sięgniecie po tę płytę. Z jednej strony, nie radzę. Z drugiej – zachęcam jak rzadko kiedy.

2. D A V I C I I – 2009 (Trzy Szóstki)

Pisanie o muzyce czasem wydaje mi się już nawet nie pisaniem obok niej, a wręcz mimo muzyki. Tak jak ona niektórym artystom nie przeszkadza w śpiewaniu, tak mi temat nie przeszkadza w jego realizacji. Jednakże to, iż zbieranie myśli przypomina łapanie ryb gołymi rękami (a trzeba dodać, że jestem bardzo… niezgrabny), w dodatku z zastrzeżeniem, iż każde schylenie się sprawia ból, staje się problematyczne dopiero wtedy, gdy pojawia się taki D A V I C I I, i nagrywa taką płytę jak “2009”, przez co nie tyle jest mi głupio trzymać się pewnej (cienkiej) linii programowej, ile ono samo staje się głupie.

<uwaga do siebie: Się to Nikt #Heidegger>

Jednak zgodnie z tym, co usłyszałem ubiegłej wiosny od kolegi, który gdzieś między pozytywną uwagą o blogu a refleksją “głupi nie zrozumie” (słyszałem ją jeszcze raz, od kogoś innego, tylko w wariancie “pisz tak, żeby ci ludzie chociaż rozumieli”) wplótł wyrażony łagodnie (z bojaźnią?) pogląd, że pewną dominantą stylistyczną (no tak tego nie nazwał, ale…) jest to zaczynam od siebie, zacznę od rzeczy, zanim do rzeczy przejdę. I przytoczę dwie prywatne – i ważne! – uwagi, których przytoczenie wydaje się na miejscu (i o czasie!). Nie były złośliwe (prędzej troskliwe, zatroskane), więc choć wziąłem je sobie do serca, to mnie nie zabolały.

1) “Zawsze mówisz takimi metaforami, wyszukanym słownictwem, że czasem mam wrażenie, że nic nie rozumiem, bo zamiast prosto przekazać… błądzisz. Nawet w zwykłej rozmowie”.
2) “Czasem ze zwykłego zdania robisz zdanie, w którym jedynie rozumiem interpunkcję. Szczególnie kiedy o czymś opowiadasz i temat jest Ci w jakiś sposób bliski albo wywołuje silne emocje”.

A więc, krótko:
1) proszę jeśli nie zrozumienie, to o wyrozumiałość;
2) sam zrozumiałem, że pewne zabiegi brzmieniowe w twórczości kwartetu Panowie (D A V I C I I jest jego częścią) stanowią część nie konceptu (/konwencji, patrz: hypnagogic pop), a idei.

Nie chcę mówić, że definicja terminu “metafora” w Słowniku terminów literackich pod redakcją Janusza Sławińskiego zajmuje dwie i pół strony (+pół strony bibliografii) i z pewnością jest mi cokolwiek obca, a w dodatku nie znam żadnych słów ze Słownika wyrazów obcych, więc i moje słownictwo nie może być wyszukane. Wolę zacząć o szacunku. O uszanowaniu. Tego, że za serce chwytają poszarpane frazy, pojedyncze wyrazy, które uda się wyszarpać (choć to zależne od woli, dobrej woli, artysty), a resztę należy (i powinno się) dekodować na poziomie pozaleksykalnym. Słyszymy więc to, co autor chce nam powiedzieć. Że ona pachnie całkiem jak on w 2009 (niezapomniany czas), że mógłby oddać jej [te] wszystkie noce, że był w piekle i był w niebie (szukał jej), i że nic już nigdy nic nie będzie takie samo, a on chce zapomnieć. Układa się to w pewną opowieść, zresztą świetnie skomponowaną (naprawdę jestem pełen uznania dla sposobu ułożenia tracklisty). Jakby zaczynało się od łagodnych wspomnień, które już nie palą, bo dotyczą tego, co już się wypaliło [w sercu], i nie ma w tym ani wiele żalu, ani żaru (“2009”, “Zawsze po sobie”), przetykanych tym, co nadal potrafi przytkać, przytłoczyć, na chwilę zatrzymać puls, oddech (“Strzępy wspomnień”, “Lord Blaterhard Osmo”). Środek ciężkości, chwila prawdziwego ciężaru, jest położony w samym środku albumu, we fragmencie bezwstydnie przebojowym (“Dla Ciebie”, “Oderwany”). Nie wiem, jak określić późniejsze wybrzmienie. Jako beznamiętne echa? Od “Tajemnicy doświaczeń” opowieść osnuwa mgła. A może, zważywszy na (p)referencje (referencja -> odniesienie) dym.

Pytanie o teksty jednak, nie idąc za Kazikiem, byłoby nietaktem. Postawione powinno pozostać bez odpowiedzi. Poeci nie tłumaczą [się z] wierszy. A przynajmniej nie powinni. Zresztą osobna publikacja liryków z “2009” stanowiłaby wręcz odebranie możliwości indywidualnej interpretacji dzieła jako całości, nadaniem prymatu odczytaniu autorskiemu. Tutaj sam zapis linijek równa się ich wykładni. Zresztą zabieg doskonale oddaje to, że pewnych uczuć zwyczajnie nie sposób oddać.

Urzeka mnie nieprzystępność – nie tylko na opisanym poziomie – tej muzyki. Albo inaczej: to, jak niewiele zawiera się w nich prostej kokieterii. Próg wejścia nie jest jednak wysoki. Jest znacznie niższy niż próg… wyjścia. To przecież nadal pop. Niech będzie, że gromadzący wpływy, które ktoś nazwie niezbyt szlachetnymi (wszak mowa choćby o piosence chodnikowej, a po taką trzeba się schylić, by ostatecznie ją – jakże fortunne określenie – podnieść), ale piękny. Piękny i osobny. Istniejący gdzieś całkiem na uboczu, jakby nie miał w sobie wewnętrznego przekonania, że ktoś powinien go zauważyć i wysłuchać. A to przecież nadal pop – tak powtórzę.

Nie wiem, ile razy słuchałem tej płyty. Nie raz i nie dwa. Nie pięć i nie dziesięć. Nie ma czegoś takiego jak przepisowa liczba odsłuchań. Odbiór, oczywiście mówię tylko o sobie, jeśli się zmienia, to stopniowo. I w czasie. Dlatego większy sens miałoby pisanie recenzji po kilku miesiącach, czasem nawet latach, niż po sztucznie (/sztywnie) narzuconej liczbie podejść. Najlepiej będzie po prostu zauważyć, że tak jak w przypadku epki (“W sercu pozostaje tylko to, co wypalone ogniem”, 2018) słucham tych nagrań “prywatnie”. Kiedy zastanawiam się, po co sięgnąć dla siebie, a nie by móc o czymś napisać. Albo dlatego, że wypada coś znać.

Choć z drugiej strony, nie znać “2009” trochę jednak nie wypada, co?

1. baṣnia – No Falling Stars and No Wishes (wyd. własne)

“No Falling Stars And No Wishes” brzmi jak płyta z innej epoki, nie będąc przy tym ani wymuszoną próbą modnej retrostylizacji, ani żadną osobliwością. Jest w dodatku czymś więcej niż sumą inspiracji (za autorką: cold wave, melodyjny post punk, ethereal wave, brzmienia powiązane z 4AD). Nie wiem, jak duża w tym zasługa zasłużonego producenta, Waldemara Sorychty, ale baṣnia uchwyciła coś nieuchwytnego, czego nie jestem w stanie oddać. Boję się, że równie łatwo ten album zlekceważyć co przegapić lub potraktować jako rzecz skierowaną do bardzo specyficznego grona odbiorców (stereotypowo: dla bywalców Castle Party), ale… Jeżeli uważasz, że to muzyka zupełnie nie dla Ciebie – przekonaj się, że nie masz racji. Jestem urzeczony.