2019: polskie płyty (25-21)

25. Piernikowski – The Best of Moje Getto (Asfalt)

Syny są problematyczne. Piernikowski jest problematyczny. Pisanie wstępów jest problematyczne.

Może spróbuję usystematyzować.

Debiut Synów wydał mi się żartem, żartem językowym, ironicznym odniesieniem do początków polskiego rapu, może inteligenckim przekładem wczesnego Kalibra 44, który nie wydawał się konieczny, ale był zrozumiały. Zrozumiały i męczący, bowiem po kilku kawałkach żart przeradzał się w tłumaczenie żartu poprzez opowiadanie go raz za razem w taki sposób, by każdy pojął, o co w nim chodzi. “No Fun” w istocie nie dostarczył funu, mówiąc językiem młodzieżowym (a może [już] wcale nie?), zaś szufladkowanie tej muzyki jako “galeryjny rap” miało sens. I to, że chodziło o galerie sztuki, nie o galerie handlowe, nie było dla nobilitujące dla Piernikowskiego. Dziś nie zmieniłbym zdania, ale zmieniłbym pewnie ocenę (wówczas: 1/5), bo to jednak była sztuka. “Gruda” 1988 to dobra rzecz, ale czegoś (a właściwie kogoś) brakuje. “Sen” to dla wielu płyta… filmowa, z takim skojarzeniem często się spotykałem. Dla mnie poetycka, piękna. Naprawdę nie wiem, co decyduje o jej wyjątkowości. I potrafię zrozumieć liczną frakcję jej przeciwników (kiedy robiłem na Facebooku ankiety na polską płytę ubiegłego roku, to był jedyny album, przeciwko któremu głosowano, byle nie wygrał, co się owej frakcji nie udało). Jednak wtedy coś zaskoczyło, co było dla mnie… no cóż… zaskoczeniem. I to sporym.

Jeśli uprościmy, że mamy kolejno 1) żart, 2) sztukę współczesną i 3) tom poezji (zaliczam płyty z udziałem Piernikowskiego, “Się żegnaj” muszę jeszcze nadrobić), to powstaje problem/pytanie, jak nazwać “The best of moje getto”. Gdybym miał opisać, co czuję przy pierwszym (i drugim) podejściu, nazwać to uczucie, to byłoby to dość specyficzne zmęczenie, odpływ świadomości. Oczywiście mógłbym napisać, że płyta jest nudna, wtórna, trwa raptem czterdzieści minut, a można zasnąć w połowie, ale to by nie było ani uczciwe, ani do końca zgodne z prawdą. Tutaj znów dygresja (tak jakbym w ogóle przeszedł do rzeczy). Pamiętam, jak pytałem kolegę (nawijał, był całkiem sprawnym truskulowcem) o polskie rapowe płyty zbliżone klimatem do “Nocy” duetu Gres-Snatch. Działo się to albo jeszcze przed “Orientem”, albo tuż po (możliwe, że tę płytę również wskazywałem jako przykład, i że ona rozbudziła mój apetyt na takie nagrania).* “The best of moje getto” nie jest pomrocznym spacerem przez skryte w mroku – i kryjące w sobie mrok – osiedle. Nie jest też chłonięciem jego chłodnej, drażniącej melancholii z pozycji odrapanej ławki postawionej między szarymi blokami. To dość indywidualne, właściwie indywidualne zupełnie, ale kojarzy mi się stanem, w jakim jest się po przebudzeniu nad ranem, po góra dwóch godzinach snu, gdy każdy przejaw rzeczywistości wydaje się nierzeczywisty, nadrealny, niepokojący, dziwny. Jakby zwykłe wyjście z domu przed świtem, przejazd przez miasto komunikacją miejską, było doświadczeniem niemal magicznym, sceną z offowego filmu.

Może więc “The best of moje getto” jest właśnie offowym filmem?

Ktoś, kto nie przekonał się do osobnej jazdy Roberta Piernikowskiego, pewnie i tym razem nie wsiądzie do hype trainu, gdy ten będzie ruszał, a seans może opuścić w trakcie projekcji, uznając projekcje autora za majaki. To bardzo specyficzny album. Złapałem się na tym, że nie patrzę na tę płytę jak na płytę rapową, nie próbuję zestawić jej z innymi krajowymi produkcjami z gatunku, jakie pojawiły się w tym roku. To… abstrakcja, alternatywa. Część gości budziłaby (nie)mały szok, gdyby ją ujrzeć i usłyszeć na feacie u któregoś z weteranów sceny (Kacha Kowalczyk z Coals, Monika Brodka – obie wypadają tak, jak można było się spodziewać i oczekiwać). Z drugiej strony, sam artysta przez kontrakt z Asfaltem nie jest już – jak by to ujęli niektórzy – cosplayerem, a poważnym… graczem, który wszedł w raperskie buty. Ale raczej nie chce wejść z buta na scenę. Chyba że – mógłbym dodać – byłaby to scena OFF Festivalu. Ale tam już grał.

Wychodzi na to, że mój ciąg myśl – chaotyczny, dygresyjny, mętny, niejasny – szczęśliwie oddaje moje wrażenie związane z “The best of moje getto”. To muzyka nieco gorączkowa (ale taka, pod wpływem której po plecach może przebiec chłodny dreszcz), nagrana w pewnej konwencji, która jest jednocześnie autorskim mikroświatem – z własnym językiem, własną ekspresją, z nieobecnymi nigdzie indziej bohaterami i zdarzeniami. Teoretycznie bezpieczna, ale w tej bajce za rogiem nie stoją anioł z bogiem.

* Nieco bezwiednie porzuciłem wątek, a moje myśli podążyły w innym kierunku, więc by ów wątek dokończyć, dodam, iż nie wskazał nic takiego, o co mi chodziło. Ponoć jeśli czegoś chcę, to nie potrafię powiedzieć, czego konkretnie, więc przyjmuję, iż to właśnie dlatego.

24. Nac/Hut Report – Wszystko jeszcze jest (Crunchy Human Children)

Jeśli “Spirit of Eden” Talk Talk jest płytą, która do ostatniego dźwięku się zaczyna, to “Wszystko jeszcze jest” Nac/Hut Report od pierwszego dźwięku się… kończy. Przyjmując, że to noise pop, trudno byłoby orzec, czy to bardziej dekonstrukcja, czy destrukcja. Najlepiej słychać owo “jeszcze”. Bo że “wszystko”, i że “jest”, to już tylko kwestia wiary.

23. julek ploski – śpie (Gin&Platonic)

Pobliskie Tesco zamknięto. Zamknięto na noc. Tym samym zatraciło pewnie część nadrealnej aury, ale gdyby samemu zostać w nim zamkniętym i przejść się  – w półśnie, bez świadomości, gdzie się jest (i pod wpływem środków, które ową świadomość wcześniej z([a]burzyły) – pasażem nad ranem, to dałoby się zapewne przepisać przeżycie na taką muzykę. Debiut był niemal hiciarski, “śpię” zwyczajnie… uderza. Poszarpaną, zglitchowaną pikselozą dźwięków, pełną migoczących, nachodzących na siebie i przenikających się wzajemnie półprzezroczystych tekstur. Nic nie wczytuje się prawidłowo, każdy obiekt to zbiór artefaktów, ale wszystkie błędy i pomyłki w wykreowanym przez julka ploskiego (post)świecie to celowe zabiegi programistyczne.

22. Tomasz Kunicki – ROOMS (bypass squad)

“Rooms” dowodzi, że hip hop instrumentalny ma naturalną przewagę nad podejściem tradycyjnym, a generalnie nawet najlepsze zwrotki tylko kładą podkłady. Przechadzka po pokojach nie trwa długo, dzięki czemu jest przyjemna i nie nuży, autorowi zaś starcza talentu i pomysłów, by przez szesnaście minut takie zwiedzanie urozmaicić. Jeśli komuś podobało się to, co robi choćby Typol czy ka-meal, to powinien sięgnąć po epkę Tomasza Kunickiego, bo godzi tradycję ze współczesnością w sposób niebudzący dezaprobaty czy sprzeciwu.

21. Tryp – Trypolis (Requiem)

Zmęczenie, ekscytacja, irytacja. rozdrażnienie. Uczucie być lekko poruszonym i dotkniętym. Innym razem beznamiętna obojętność. Raz tak, raz nie, raz bardzo, raz nie bardzo, raz bardzo nie. Chwilami to jakaś zakonspirowana półpoezja, chwilami zaś jawna i pyszna grafomania. Trochę koncept dla konceptu, a jednak w pomyśle jest myśl, której może się nie spija, ale która spaja. Tło muzyczne, nawet kiedy rozchlapuje się na cały obraz, jest tylko tłem. Raz przyjemnie nieprzyjemnym, raz nieprzyjemnie przyjemnym. Album nie ukazał się w 2004 roku, bo gdyby tak było, dziś pewnie byłby klasykiem. I może to największa z jego wad, którą umiem nazwać.