2019: polskie płyty (20-16)

20. Mgła – Age of Excuse (No Solace)

W przypadku “Exercises in Futility” już przy pierwszym odsłuchu – mimo iż wcześniej Mgłę raczej doceniałem niż ceniłem – czułem aurę obcowania z przyszłym klasykiem. Jeśli chodzi o “Age of Excuse”, ta aura pojawiła się już w chwili, gdy dowiedziałem się o premierze.

Premierze ponownie niespodziewanej i zaskakującej, mimo że poprzedzonej ujawnieniem – niespodziewanym i zaskakującym – jednego z utworów. Marketing Mgły, polegający na braku marketingu, wydaje się niebywale skuteczny. Pozostaje w zgodzie z tak zwanymi ideałami black metalu (jeśli nie uznawać ich przez chwilę za rozkoszny mit), a przy tym koresponduje z wyświechtanym hasłem, iż wartościowa muzyka obroni się sama.

A że najlepszą obroną jest atak, to… Albo skończmy ten ciąg złotych myśli. Chciałem dopisać “pokrytych patyną”, ale musiałbym wtedy dodać, że złoto patyną nie zachodzi, jeśli jest prawdziwe. Z drugiej strony, mógłbym wtedy, wzorem nawykłej do skrótowości (nie mylić z ekonomią) wysłowienia i miłującej kalki słownej młodzieży, określić płytę M. i Darkside właśnie tym jednym słowem, pisząc, że to złoto. Zamiast tego ucieknę w inny banał i podkreślę, że “Age of Excuse” to rzecz (jeszcze) cięższa, (jeszcze) ciemniejsza i bardziej zimna od poprzednich, a przy tym nietracąca nic z charakterystycznej dla zespołu przystępności i melodyki, które najbardziej ortodoksyjnej części publiczności każą wyrzucać Mgłę poza obręb głównego nurtu, co wydaje się… zdumiewające. Po kilku sekundach słychać, kto gra, a niewiele więcej czasu potrzeba, że tak nie gra nikt – niezależnie od tego, jak wielu próbuje.

Jeśli “Exercises in Futility” było “With Hearts Toward None” 2, to Age of Excuse” jest “Exercises in Futility” 2.0 – tak bym to ujął jednym zdaniem. Na pewno wśród fanów zespołu jest grupa osób, która za jego największe dzieła uważa epki, ewentualnie jeszcze “Grozę”, i dla takich osób będzie to komercja i/lub zjadanie własnego ogona, ale dla mnie Mgła stała się Mgłą na drugiej płycie, a teraz – chyba właśnie w kontekście tego zespołu trafiłem gdzieś na to sensowne porównanie – niczym Syzyf – za poetą Adamskim – “wtacza swój wielki kamień pod niedosiężną górę”. Pasowałoby to idei/przesłania zespołu, do tych tekstów-esejów, umuzycznionej, nierymującej się prozy (życia? bezżycia? umierania? śmierci?). To ciągłe udoskonalanie, z bliskim mi nerwicowym pietyzmem, czegoś, co już wyjściowo jest tak bliskie ideału, by jednocześnie nim nie być i nie odrzucać (jest coś mniej interesującego niż ideał właśnie?). Pamiętam, jak sam w zmaganiach z materią – powiedzmy – twórczą zbierałem za to srogie cięgi (bo niby robię coś dobrze, a potem z uporem poprawiam, poprawiam, i poprawiam, co tylko szkodzi – na szczęście tutaj teksty idą zupełnie surowe), ale Mgła za to, że jest Mgłą, i że nagrała najlepszą w tym roku płytę Mgły (mimo silnej konkurencji w postaci “Algleymi” Misþyrming), obrywać nie powinna. Surową, hipnotyczną, repetytywną. Nawet jeśli skupia się na utrzymaniu przewagi nad zdecydowaną większością stawki, zamiast próbować ją za wszelką cenę powiększać.

Zarzuty? Słabe punkty? Brak elementu zaskoczenia. I przebojów. Na dwóch pierwszych pełnych albumach utwory oznaczone rzymską jedynką pełniły tę rolę, na albumie numer trzy była to kompozycja oznaczona rzymską cyfrą dwa. Tutaj ewentualnym hiciorem może być ponownie otwieracz, ale… może dobrze, że ewentualnym? Dzięki temu całość jest bardziej smolista, nieprzenikniona, gęsta, wręcz dusząca, nie pozwala na niczym skupić uwagi w ciemności (chyba że na tym, co na zestawem perkusyjnym ponownie wyprawia Darkside). Można jeszcze pomarudzić, że Mgła to prawie Kriegsmaschine, ale nigdy nie marudziłem – przykładowo – że obecnie Marduk to Funeral Mist, a Paysage d’Hiver to już właściwie Darkspace, więc i teraz nie będę. Choć takich charakter[ystycz]nych zmian tempa (czyt. przyśpieszeń) jak w w “Further down the nest II” trochę mi brakuje.

Ale naprawdę: to płyta, której lepiej po prostu słuchać, zamiast o niej pisać/czytać. 2 września był dniem wyjątkowo pochmurnym, zimnym, deszczowym, niebo miało od wczesnego poranka barwę zgaszonego popiołu, którego nie rozżarzył do zmierzchu choćby pojedynczy promień słońca. Jakby był pierwszą prawdziwą zapowiedzią, no ten, martwej polskiej jesieni. Lepszej pory na wypuszczenie “Age of Excuse” – może poza środkiem listopada – nie było.

19. Brzoska/Gawroński – Zapominanie (Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza)

Do tej pory znałem tylko “wodne” płyty tria Brzoska/Marciniak/Markiewicz, więc (od)czytanie poetyckiej twórczości Wojciecha Brzoski, jakiego autor dokonuje z Dominikiem Gawrońskim, stanowi dla mnie nowość. Nowość bardzo przyjemną i odświeżającą. Te wiersze brzmią bodaj jeszcze naturalniej, bardziej piosenkowo i swobodnie w elektronicznym ujęciu niż podane “na jazzowo”. Choć może to być zasługa tych wierszy – bardziej introwertycznych, intymnych, prostszych. Kilka wersów ukłuje i zaboli, kilka melodii i fraz wwierci się w głowę, a płyta pewnie przejdzie – albo już przeszła – bez echa. A jest tak nienachalnie hipnotyzująca, na swoje nieszczęście bardzo osobna, i smutna, ciężka, i tak tęskna…

18. Hania Rani – Esja (Gondwana)

Jestem fanem dwóch ostatnich epek Nilsa Frahma. Muzyka Hani może tak… nie rani (przepraszam za swego rodzaju poufałość i niewyszukany żart), ale nie sposób odmówić jej czaru i piękna. Wydaje się, że dla kogoś, kto umie grać na fortepianie/pianinie, zagranie kilku(nastu) dźwięków jest najprostszą rzeczą na świecie, ale aby każdy rezonował w słuchaczu, by rezonował choć jeden, potrzeba czegoś więcej. Potrzeba… tego czegoś. I Hania Rani, tak myślę, to ma.

17. Monika Wińczyk – Japoński Dystans / 日本人の距離 / Nihon no kyori (Szara Reneta)

Przytłaczają mnie wielkie miasta. Nawet gdy kontemplować zwykły ruch uliczny (i pieszy), wszystkiego jest za dużo. Spacer z Moniką Wińczyk – jeśli mogę pozwolić sobie na tak poufałe sformułowanie – to jednak czysta, niezmącona uczuciem niepokoju przyjemność. Wie, dokąd prowadzi, co chce pokazać i o czym opowiedzieć, choć sama mówi niewiele (tylko tyle, że “przyszła policja i piękną muzykę nam wyłączyli” – chyba że to nie jej głos, wówczas przepraszam). Słuchamy więc pikiety i beatboxera (ale i tradycyjnej pieśni), krążąc z Tokio do Sapporo i z Sapporo do Tokio, a to wszystko, co wokół, przepływa zdumiewająco łagodnie i powoli. Dlatego to magia i sztuka, nie sama prosta rejestracja.

16. Wiry – Łuna (Dreamland Syndicate)

Wiry, jak przekonuję się po raz kolejny, są nieprzewidywalne. “Łuna” to prawdopodobnie najciekawszy materiał zespołu. Z jednej strony, wydaje się luźnym darkjazzowym szkicem, ale z drugiej jest to szkic pełen frapujących szczegółów, a swobodne podejście do (odejście od?) struktur utworów tylko podkreśla oniryzm tych dźwięków. Najbliżej im – tak czuję – do Exit Oz. Idąc tym tropem, powiedziałbym, że “Łuna” to “Împământenit” po uczuciowej, ale i uczciwej redakcji.