2019: polskie płyty (15-11)

15. Pure Phase Ensemble 8 ft. Will Carruthers – Live at SpaceFest (Biodro)

Cytując wydawcę, Pure Phase Ensemble to międzynarodowy, shoegaze’owy kolektyw instrumentalny stworzony w ramach odbywającego się w Gdańsku festiwalu SpaceFest. Ósma inkarnacja tego projektu – pod duchowym i ucieleśnionym przewodnictwem Willa Carruthersa, basisty Spacemen 3 i Spiritualized – czasem przybiera formę dość swobodną, zyskuje wymiar wręcz towarzyski (głównie za sprawą “niespodziewanego gościa”, Piotra Kolendy, w “You suffer but why”), ale lot jest lotem, a dla biorących udział w projekcie (spotkaniu?) muzyków balastem nie jest ani wyobraźnia, ani ograniczenia warsztatowe. To mógłby być – mimo luźnej atmosfery – szkielet powrotnego albumu Spacemen 3, gdyby takowy kiedykolwiek powstał.

14. Ashes – Ashes (Malignant Voices)

Sięgnąłem tę płytę z powodu reklamy, która mi wzięła wyskoczyła nagle, a zanim wzięła zniknęła, to zdążyłem odczytać nazwę zespołu i coś o wczesnej Katatonii. No cóż, ktoś ewidentnie wiedział, jak targetować, bo trafił. No i wprawdzie nie jest to black metal, jaki znamy z “Dance of December Souls”, ale i tak dostajemy najciekawszą jak na razie krajową płytę z tych klimatów w tym roku. Im bardziej chłopaki z Ashes zwalniają, tym jest ciekawiej, a że dominują raczej wolne tempa… Dodatkowy plus za wyraźnie depresyjny klimat (ten klawisz pod koniec “Dissolve to Oblivion”…) bez uciekanie w szufladkę DSBM.

13. Adonis – W przyrodzie tkwi wróżba (zatarty w nas obłęd) (Trzy Szóstki)

Co powinno się pisać w pierwszym zdaniu recenzji? Jak powinien wyglądać wstęp? Komuś nie podoba się Adonis? Mam mówić, że mówić, że się nie podoba, mówić niepodobna?

No właśnie.

Najłatwiej oddać istotę małego fenomenu jego muzyki sformułowaniem “erudycyjny erotyzm”. Przynajmniej komuś o takim potencjale intelektualnym jak mój. Gdyby kręcono mądre filmy dla dorosłych, w których wątki zazwyczaj w takowych produkcjach dominujące potraktowano pretekstowo i umownie, a całość stanowiłaby rozmytą, filozoficzno-narkotyczną wizję, to ta płyta byłaby idealnym tłem miłosnych uniesień bohaterów i niekoniecznie miłosnych zjazdów*. Sama jest zawieszona. Poza jakąś dającą się określić rzeczywistością. Poza czasem. Nie chodzi o sentymentalizm ani nawet o to, że próby wyłapania choćby pojedynczych fraz są całkowicie bezcelowe (nawet jeśli kilka z nich skończy się “powodzeniem”). Uwodzi, nie kokietując. Miesza mnóstwo wpływów w taki sposób, że nawet fragmenty, które brzmią dla mnie post-punkowo (!!), nie wydają się oderwane od tego… oderwania.

Jasne, bardziej przekonuje mnie D A V I C I I, który przekłada pewne uniwersalia na bliski mi język i nie stosuje przy tym filtrów, a jedynie proste kody. Adonis to, co mi bliskie, przekłada na język uniwersalny. Nikogo przy tym nie wyklucza ani nie faworyzuje jako odbiorcy. Sam czyni siebie dalekim tłem opowieści o sobie i swoich uczuciach. Odwrotnie niż jego kolega z zespołu Panowie, u którego wszystko to, co w środku, jest na wierzchu i na pierwszym planie. A wracając do samej płyty… Trochę szkoda, że trudno tym razem z tej ciepłej hipnagogicznej-chillwave’owej magmy wyłowić piosenki (te były ogromną siłą “Wiosennej ofensywy…”), i że to taki półgodzinny, lekko tropikalny lot na jakimś kwasie, który jest jednak lotem niewątpliwie bardzo przyjemnym, i chce się jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Ale może po części dlatego, że bezpośrednio po wylądowaniu nic się z tego tripu nie pamięta. Mimo wielokrotnych powtórek. Prócz tego, co wyłania się “Z chmur konfetti”. I kilku “Korali z wyblakłych raf”. Żadnych więcej pamiątek. Choćby w postaci blizn.

Krótka ta “recenzja”, ale co więcej napiszę? Co więcej napiszę, to zaraz kasuję. Mogę tylko wspomnieć, że wczoraj, podczas jednego z odsłuchów, patrzyłem przez chwilę na zachód słońca. Cały dzień był szary, a na tę krótką chwilą niewielki wycinek nieba – zanim całe nabrało barwę popiołu – zapłonął. Widocznie w przyrodzie faktycznie tkwi wróżba. A w tej płycie jest coś z opisanego zjawiska właśnie.

Posłuchać można tutaj.

*Powiedzmy, że taka krzyżówka dwóch produkcji, których szczerze nie znoszę: “Antychrysta” i “Spring Breakers”.

12. Spopielony – Legendy (Opus Elefantum Collective)

Odnoszę wrażenie, że Spopielony wypełnia niszę, której wypełnienie nie pozwoli na to, by z niej wyjść. Brakuje dobrego dungeon synthu, właściwie jest go u nas w ogóle jak na lekarstwo, więc takich Spopielonych wypatruje się jak jaskółek na niebie. A że jedna wiosny nie czyni, to…

nic.

11. Obiekty – Czarne miasto (Instant Classic)

Jeśli czegoś brakowało mi w Obiektach, to jak się okazuje, chyba właśnie wokali. “Czarne miasto”, nawet jeśli zawiera muzykę uładzoną w stosunku do epek, to nadal nie jest to granie łagodne ani ładne. A przynajmniej nie dosłownie. Może ma się teraz wrażenie obcowanie nie z pewną strukturą obiektów, jakimś zarysem i koncepcją, takim planem architektonicznym, a rzeczywistą realizacją i reprezentacją wcześniej sformułowanych idei czy koncepcji. W dużym uproszczeniu – o które mogę się tutaj pokusić – “Czarne miasto” brzmi trochę jak “Stereo” wiadomo-kogo, ale w wersji przeznaczonej do słuchania w letnim miejskim skwarze. Oszczędne, hipnotyzująca, upal(o?)na muzyka.