2019: polskie epki

5. Jan LF Strach – Trudne Energie, Proste Rozwiązania EP (BAS)

Mam satysfakcję. I dlatego, że od dawna mówiłem, jakie to dobre (ale mój głos jest słaby i nikły), i dlatego, że to, co jest takie dobre, w końcu zaczyna być słuchane. Twórcza energia Jana LF Stracha, sprzęgająca się z energią życiową (dawno nie-obecną w tak oczywisty sposób), odpowiednio skupiona dzięki szkiełku i oku produkującego materiał Julka Tarasiuka, musi się udzielić takiemu szaremu konsumentowi kultury jak ja. Feeria barw, milion pomysłów, całkowita osobność. Inny świat, który pozwolił się zamknąć i opowiedzieć w krótkiej epce.

4. SIKSA / Cssaba – Palemosty nielegal (wyd. własne)

Boję się tekstów. Im więcej słów, tym gorzej, bo któreś może mnie – okropne słowo – striggerować. Instynkt samozachowawczy każe mi się wyłączać nawet podczas lektury wiadomości sportowych, zaraz po leadzie, żeby nie przeszła przeze mnie kolejna lawina. Słuchanie Siksy jest zaś jak gra w rosyjską ruletkę. Z samym sobą.

Dla mnie zabawa zaczęła się więc już przed zapoznaniem się z płytą, bowiem autorka PROSI (caps lockiem), by najpierw przeczytać całe – to dopiero okropne sformułowanie – tło historyczne. Dowiadujemy się z tej notk o kulisach “współpracy” z Nihilem (CSSABA w pierwszej chwili skojarzyła mi się z Sarsem – jestem jak licealiści) i źródle pomysłu na podłożenie swoich nawijek pod industrialne bity (w postaci wziętej na żywca epki “Like a See e Ea Gull”), a także stajemy się bogatsi o porządkującą, wartą odnotowania informację, iż “palemosty nielegal” to “kryminał klasy B o mieście (…) oraz black metal”. No i fajnie.

Bardzo szybko zorientowałem się, że miejsce akcji, Gniezno, jest bardzo nieprzyjazne mojej podświadomości i pamięci. Jednak żeby dalszy odsłuch nie był karą, to zaraz sobie w duchu powtórzyłem, że nieważne, co i z kim mi się kojarzy, skoro to nie ma dla mnie znaczenia (a tym bardziej nie będzie mieć dla kogokolwiek). Siksa, bo o nią chodzi (nie, nie w skojarzeniu – w tym tekście), nadal jest Siksą. I nie nagrywa rapu. Nie czerpie też z niego garściami, bo rzadko rozluźnia pięści. Dla fanów gatunku ma tylko garść rymów – właściwie za każdym razem celowo okropnych – którymi sypie jak piachem w oczy.

I nie dlatego może z nich pocieknąć łza, może dwie łzy. Druga połowa albumu daje minimalne pojęcie, jak brzmi Siksa pokorna, Siksa uładzona, Siksa nie walcząca, tylko bezbronna, Siksa, która daje więcej (z) serca niż z wątroby. I to są momenty, z mojej mikrokosmicznej perspektywy, może nawet istotniejsze od wszystkich zaangażowanych społecznie linijek Alex Freiheit.

Skoro to jednak kryminał, to nie chcę zdradzać snutej intrygi, przytaczać wątków, wokół których osnuta jest historia miasta, mówić o bohaterach, którzy nie są żadnymi bohaterami. Podoba mi się to, że nie wyczuwam oznak czegoś, co przyjęło się chyba nazywać kompleksem prowincji, a co uniemożliwia obcowanie z dziełami kultury autorów, którzy owego kompleksu nie zaleczyli. A właściwie nawet obcowanie z takimi ludźmi, bo najmocniej kojarzy mi się…

A nie, miałem zostawić.

Gdyby pomyśleć o tym materiale jako o faktycznym nielegalu z rapowego podziemia, to należałoby podkreślić, że Siksa świetnie czuje bity. Potrafi błyskawicznie zmienić ton opowieści, gdy zmienia się ton dźwięków, a nie odnosi się przy tym wrażenia, że czyni to jej wypowiedź chaotyczną improwizacją. I jest tu bardziej… ludzka. Miło poznać ją od tej strony. Choć podejrzewam, że wróci do trącania kijem gruboskórnych istot nie całkiem rozumnych, to tym razem wytrąca argument (kij?) z ręki tym, którzy patrzą na nią jak na wariatkę, a na kolejne albumy – jak na performatywny bełkot. Ewentualnie odmawiają mocy i sensu samym rejestracjom… buntu.

Tym razem (?!) to jest pełnowartościowa muzyka.

3. kurkiewicz – Z całej EPy (Opus Elefantum Collective)

dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji
(…)
po co mi ten pociąg skoro ciebie nie ma na stacji
a melodia się urywa ni…
(Taco Hemingway, Deszcz na betonie)

2. Józef – Bycie z kłopotami (Ciche Nagrania)

Najintymniejszy pop.

1. Grabek – Humans (Gusstaff)

Staram się – albo starałem – czasem “promować” (cudzysłów z uwagi na skalę procederu) polską muzykę niezależną prywatnie. Osoba, której wrażliwość i serce są ogromne, zauważyła z właściwą sobie łagodnością, że gdy coś polecam, to choć nie zawsze jej się to spodoba, to za każdym razem myśli sobie, iż musi to być coś wartościowego, skoro ja [jej?] to polecam. Jednakże większość artystów i zjawisk dostrzeżonych i docenionych w – powiedzmy – środowisku, wyciągniętych niejako poza niezalowe piekiełko, nie robiło na niej wrażenia, wręcz ją odrzucało. Oczywiście wypowiadam się tutaj, na blogu, w swoim imieniu – nawet jeśli istotna część mojej wrażliwości tak naprawdę… jej wrażliwość – ale skwitowanie singla “Hope” przymiotnikiem “przepiękne” wydaje się wystarczająco głęboką i rzeczową analizą krytyczną zarówno tego utworu, jak i – tu przechodzę do refleksji autorskich – całej epki “Humans”. Nie wiem czemu, ale brzmi ona dla mnie – jeśli chodzi o samo ewokowanie – jak przepisane na skrzypce i elektronikę najlepsze nagrania darkfolkowe (Vàli, Musk Ox). Może przez to, że wszechobecna, wszechwybrzmiewająca w tych pięciu krótkich kompozycjach melancholia wydaje się nierozerwalnie związana z naturą (bądź jej stanem). Oszczędność, z jaką Grabek snuje swoją opowieść, nie pozwala na rozproszenie uwagi, a co za tym idzie, każdy dźwięk można poczuć, każdy potrafi zaboleć. Nie chcę używać etykietki “ambient/modern classical”, bo może kojarzyć się nie najlepiej, ale “Humans” robi jeszcze większe wrażenie niż nieprzeoczone w zeszłym roku płyty Resiny, Tomasza Mreńcy czy duetu Nanook of the North. I jest – tak myślę – ważnym krokiem dla samego Grabka.  A przy okazji jednym z polskich albumów roku.