2018 [zagraniczne płyty, bez których rok nie byłby gorszy ani lepszy]

A Perfect Circle – Eat the Elephant (BMG)

[notka]
Należę do stosunkowo nielicznego – jak podejrzewam – grona osób, które słyszały dotychczasowe płyty Tool i nie czekają na kolejną. Argument za tym, że moja postawa nie jest próbą bycia edgy, podsuwa sam Maynard James Keenan za sprawą “Eat the Elephant”. A Perfect Circle brzmi na niej jak późna Katatonia minus chwytliwe melodie, czyli smętnie, bez duszy i polotu.

Alternatywa: “Slow Motion Death Sequence” Manes.

Amorphis – Queen of Time (Nuclear Blast)

[notka]
Nie śledzę pilnie dokonań Amorphis, ale trudno nie odnieść wrażenia, że od dłuższego czasu zespół podejmuje udane próby nagrania po raz kolejny tego samego albumu co ostatnio, tylko gorzej. A nie był to album wybitny, więc na etapie “Queen of Time” staje się to z perspektywy słuchacza uciążliwe i nieprzyjemne.

Alternatywa: Jeśli to musi być progresywny metal w symfoniczno-folkowej panierce, to może coś spoza katalogów największych wytwórni?

Candlemass – House of Doom (Napalm)

[notka]
Płytka mająca promować inicjatywę związaną z internetowym hazardem. Pal licho. Godny (?) odnotowania jest fakt, że zespół po raz pierwszy znalazł wokalistę, o którym można powiedzieć tylko, że nazywa się Mats Levén i jest wokalistą Candlemass. Sam zespół, by się dopasować, robi krok w tył. Może czas postawić za mikrofonem – jak go pieszczotliwie nazywa pewna bliska mi osoba – Tobiaszka?

Alternatywa: Któryś z wcześniejszych albumów Candlemass.

Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love (Anti-)

[notka]
[odsłuch]
Lubię “Sunbather”. Za (anty)kanoniczną okładkę. I pokazanie, że można wyjść z ciemnego lasu (nie żeby panowie z Deafheaven w nim byli), i patrzeć prosto w słońce. Ale przyjemność, jeśli spróbować samemu, byłaby z tego podobna co ta wynikająca ze słuchania “Ordinary Corrupt Human Love”. Metalowa groteska unurzana w postnej słodyczy.

Alternatywa: Naprzemienne słuchanie utworów z “Souvlaki” i “Transilvanian Hunger”. Jednoczesne też może być.

Death in Rome – V2 (SPQR)

[notka]
Nie. Po prostu. Nie.

Alternatywa: Dowolna płyta wydana w tej dekadzie z wyjątkiem “Hitparade”.

Dimmu Borgir – Eonian (Nuclear Blast)

[notka]
Lubię Dimmu Borgir. Nie jest może nawet w pierwszej dwudziestce najważniejszych moich zdaniem zespołów blackmetalowych, ale ma na koncie co najmniej dwie bardzo dobre płyty. I do tej pory nie mógł się “poszczycić” żadną bezsprzecznie kiepską. Do tej pory. O ile “Abrahadabra”, choć słabsza od wszystkiego, co zespół nagrał wcześniej, była tylko zwiastunem, że po “roszadach” w składzie zespół jest wyraźnie osłabiony, o tyle “Eonian” jest pełnym pokazem… niemożności. Nie wiem, kto w większej mierze decydował o sile Norwegów – czy Vortex, czy Simen “Vortex” Hestnæs, czy Øyvind Johan “Mustis” Mustaparta – ale ostała się z tego jakaś karykatura… Nightwish. Smutne.

Alternatywa: Bądźmy patriotami. Albo chociaż bądźmy poważni. Rozsądnym wyborem okaże się dowolny zespół o swojskiej nazwie w postaci brzmiącego złowrogo rzeczownika.

Judas Priest – Firepower (Epic)

[notka]
To jest taki metal do radiowej Trójki, w sam raz na porę obiadową w słoneczny wiosenny dzień. W pięciominutowej dawce może być zastrzykiem adrenaliny (takim, po którym nieprzygotowany odbiorca nie zejdzie), ale jako pełna płyta “Firepower” usypia. Z drugiej strony, mówimy o metalowym zespole z niemal pięćdziesięcioletnim stażem. A to już każe spojrzeć na Judas Priest z szacunkiem. Bo i tak są lepsi od setek kopistów.

Alternatywa: Może Visigoth?

King Dude – Music to Make War To (Ván)

[notka]
[odsłuch]
Mam uczulenie na gotyk. W przypadku “Music to Make War To” przez pewien czas nie daje ono o sobie znać, ale gdy się nasila, to reakcja jest naprawdę… alergiczna. To nie są złe piosenki i gdyby je przearanżować…

Alternatywa: Nick Cave. Chelsea Wolfe. Nergal z Porterem.

Ought – Room Inside the World (Merge)

[odsłuch]
Ought zawsze będę lubił. Za pierwszy utwór z pierwszej epki. Niestety przerysowane post-punkowe wokale to jedna z rzeczy w muzyce, które mnie przerastają. Przepraszam.

Alternatywa: Cóż.

Xasthur – Self Deficient / Upscale Ghetto (wyd. własne)

[notka]
Nie wiem, co stało się stojącemu za Xasthur Scottowi Connerowi, ale ta krótka epka mnie martwi. Z drugiej strony, należałoby się pewnie martwić o każdego muzyka, który reprezentuje nurt depresyjnego black metalu, no ale mało który z nich zaczyna grać gotyckie country.

Alternatywa: Zapętlmy się. King Dude.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *