2018 [zagraniczne płyty] (50-41)

50. David Attias – Elephant (wyd. własne)

[odsłuch]
Sypialniany slowcore, zawieszony między lo-fi a no-fi, którego słuchanie może być bolesne niekoniecznie z powodu bezkompromisowości formalnej. Apetyczna apatia. Codeine na benzodiazepinach.

49. Marissa Nadler – For My Crimes (Sacred Bones)

[odsłuch]
Nie jest to płyta z coverami utworów Townesa Van Zandta, a z reinterpretacji jego twórczości kojarzę Marissę Nadler najmocniej, ale “For My Crimes” daje radę i tak. Rok 2017 należał do smutnych folkowych wokalistek. Za sprawą takich albumów jak ten również w 2018 były mocną “frakcją”.

48. Wolvennest – Void (Ván)

[odsłuch]
Psychodeliczny occult doom w ciemnych barwach. Wolvennest załapał się na listę w ostatniej chwili (podsumowania najlepiej byłoby robić latem kolejnego roku), ale jak najbardziej zasłużenie. Tylko ostrzegam, że może się wkręcić, a następnie opętać, bo kto wie, jakie siły stały za tą muzyką.;)

47. Golgothan Remains – Perverse Offerings to the Void (wyd. własne)

[odsłuch]
Było w zeszłym roku kilka płyt deathmetalowych, które spotkały się z cieplejszym odbiorem, ale jako osoba, która nie jest entuzjastą gatunku, uznałem, że to właśnie “Perverse Offerings to the Void” warto wyróżnić. Może dlatego, że brzmi tak, jakbym jej słuchał z przegrywanej kasety? Może dlatego, że jest to muzyka jednocześnie pomysłowa i konkretna? A może po prostu ma duszę? Sam nie wiem. Niemniej, warto.

46. DJ Healer – Nothing 2 Loose (All Possible Worlds)

Odprężający house. Skojarzenie z Burial ma sens, tyle że “Nothing 2 Loose” lepiej puścić sobie w domu, zamiast wypuszczać się nocą w miasto.

45. Funeral Mist – Hekatomb (Norma Evangelium Diaboli)

[notka]
[odsłuch]
Można się wyzłośliwiać, że to Marduk, a nie Funeral Mist, że się Hansowi Danielowi “Mortuusowi” Rosténowi mylą zespoły, w których śpiewa, ale pewne jest to, że Marduk tak dobrej płyty w minionym roku nie nagrał. A nie wiem, czy i Funeral Mist się zdarzyła się w karierze bardziej udana pozycja. Kiedy trzeba, furiacko rozpędzona, zaś innym razem pełna obrzędowej dostojności. Z niemal mruczącymi chórami i okazjonalnym klawiszem, które wystarczają do wykreowania całej tej “religijnej” atmosfery. Plus kapitalne wokale. Niby zwykły black metal, jak się tak zastanowić, a jednak mało kto tak potrafi.

44. Svartidauđi – Revelations of the Red Sword (Ván)

[notka]
[odsłuch]
Kilka(naście?) lat temu nie skojarzyłbym Islandii z ekstremalną sceną metalową, a już na pewno trudno by mi było sobie wyobrazić, że w chaotycznym blacku mogą wystawić jedną z najsilniejszych reprezentacji na świecie. Nadal wolę, gdy taka muzyka przychodzi z lasu, nie z czeluści piekieł, ale Svartidauđi grzech przeoczyć i pominąć.

43. Lucy Dacus – Historian (Matador)

[notka]
Skojarzenie młodej Amerykanki – za sprawą barwy głosu – z Julie Byrne jest skojarzeniem jak najmilszym. Przede wszystkim dla mnie, słuchacza. Podejście Lucy Dacus jest bardziej rockowe (niż folkowe), ale równie ujmujące.

42. Sarah Davachi – Let Night Come on Bells End the Day (Recital)

Powiem tak: ścieżka czwarta, “Buhrstone”, chciałem wrzucić w środek rocznej playlisty z piosenkami, a to przecież ponad osiem minut repetytywnego grania na przecięciu, jakże modnym, ambientu i modern classical. Pozostałe pasaże są bardziej rozmyte, ale jest się na czym zawiesić – tak bym to streścił.

41. Death Fortress – Reign of the Unending (Fallen Empire)

[odsłuch]
Okładka przywodząca na myśl schyłek lat dziewięćdziesiątych, szwedzki melodyjny black metal, nie nastrajała wybitnie optymistycznie, a pierwsze kilka minut spędzone z “Reign of the Unending” utwierdzały w poczuciu, że to niekoniecznie będzie pozycja, która w obecnych czasach zdoła się wyróżnić i zdobyć nawet nie serce, ale chociaż uwagę. Trudno nadążyć za premierami, nawet jeśli zawęzić obszar zainteresowań, a co dopiero wracać do pozycji najwyżej lekko wyrastających ponad przeciętność. Jednak optyka dość szybko zaczęła się zmieniać. Wraz z kolejnymi instrumentalnymi pasażami, którymi wybrzmiewają poszczególne utwory. Spodobała mi się specyficzna produkcja, charakterystycznie (dla death metalu, tak to odbieram) przybrudzona, ale staranna. Dużo w tym melodii (Mgła naprawdę nie jest tutaj absurdalnym skojarzeniem) i takiej nieoczywistej melancholii. Dobrze, że mogłem sobie przypomnieć, iż Fallen Empire wydaje naprawdę dobre rzeczy. Bo jakoś straciłem ten label z radarów.

***

40-31
30-21
20-11
10-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *