2018 [zagraniczne płyty] (40-31)

40. Jonny Greenwood – Phantom Thread (Nonesuch)

Wszędzie tylko ten Yorke, więc u mnie będzie Greenwood, o!;) Cytując Grzegorza Skwarę, zasłużenie, no zasłużenie.

39. Haley Heynderickx – I Need to Start a Garden (Mama Bird Recording Co.)

[notka]
[odsłuch]
Jasne, że błędem poznawczym jest bazowanie na pierwszym wrażeniu, jakiekolwiek ono będzie, ale z jakichś powodów przyjęło się zaczynać płyty od potencjalnie jednego z najmocniejszych utworów w zestawie. No a “No face”… Dwie minuty w zupełności wystarczą, by dać się urzec. I rozciągać je sobie wielokrotnie. Haley Heynderickx brzmi niekiedy tak, jakby miała się rozpłakać, albo jakby śpiew służył powstrzymaniu się od płaczu, ale taka maniera nie powinna drażnić, bo to taki indie folk, o który nic nie robiło wielu fanów niezależnej muzyki. A że tej płyty – odpowiednio przefiltrowanej – nie nagrał Matt Elliott czy Bonny “Prince” Billy, to ich strata.

38. Anna Burch – Quit the Curse (Polyvinyl)

[notka]
[odsłuch]
Anna Burch na swojej debiutanckiej płycie proponuje muzykę, która może nie zachwycić, ale powinna się spodobać. Takie ładnie smutne indie. Delikatne skojarzenie z “Please Be Mine” Molly Burch nie ogranicza się do samego nazwiska od . Czasem przemknie także myśl o świętej pamięci Dolores O’Riordan. Świetny start.

Pójście na łatwiznę, ale dzięki temu nie ma potrzeby sprawdzania tamtej notki.

37. Deicide – Overtures of Blasphemy (Century Media)

[notka]
Dla wielu “Overtures of Blasphemy” to nic więcej niż kolejna płyta (niegdyś) wielkiego zespołu. Dla mnie, podobnie jak zeszłoroczna propozycja Obituary, to coś więcej. Naprawdę daleki jestem od entuzjazmowania się przeciętnym death metalem, bo niewiele rzeczy z tego gatunku nie zanudza mnie po kwadransie, więc jestem pewien, że nie ma mowy o spadku Deicide do drugiej ligi, w którym zespół w dodatku gra za zasługi. No chyba że ktoś jest uczulony na to, że muzycy potrafią skomponować dobre utwory, przemyślane i angażujące, które odróżnią się spośród tysięcy podobnych. Wtedy może postawić na Amerykanach krzyżyk. Niekoniecznie odwrócony.

36. Infernal Coil – Within a World Forgotten (Profound Lore)

[notka]
[odsłuch]
Bardzo nieoczywisty materiał, mieszający pozornie pokrewne gatunki w taki sposób, by powodować zawrót głowy, lekkie oszołomienie, a nie mdłości. Bo to tylko z pozoru siarczysty death(grind), a gdy spojrzeć wnikliwiej, ujawnią się związki z black metalem (naprawdę najbliższe jest skojarzenie z Funeral Mist) i oryginalność Infernal Coil. Bo to nie mieszanie wpływów czy zręczne poruszania się po wytyczonych szlakach. To świadome i pewne zbaczanie z nich, także w takie miejsca, w które wydawałoby się nie ma potrzeby chodzić, ale nawet jeśli krok bywa zyzakowaty, to nie ma mowy o zachwianiu i wszystko jest tak, jak ma być.

35. Spurv – Myra (wyd. własne)

[odsłuch]
Tak jak wielu nie uznaje określenia “indie” w nazwach gatunków muzyki, uznając je za bezznaczeniowe, tak mi nie podoba się przedrostek “post-” odniesiony do metalu (bo do rocka to rozumiem). No i Spurv uprawia sobie “postne” odmiany i rocka, i – niech już będzie – metalu. Jak wiele mamy takich zespołów? Granie podobnych dźwięków tak, by zakląć w nich piękno, zamiast bezdusznie smęcić, wydaje się niezwykle trudne. Sugerowałbym – nieco przewrotnie – ocenić tę płytę po okładce. I co za tym idzie, dać jej szansę.

34. Summoning – With Doom We Come (Napalm)

[notka]
Fan Summoning ze mnie taki jak zagorzały czytelnik fantastyki, czyli żaden, ale o sile tego zespołu zaświadcza w moim odczuciu to, iż grają muzykę na tyle odmienną od innych, by dało się łatwo wychwycić i odtworzyć pewne charakterystyczne właściwości, a w rezultacie koncertowo sknocić i nagrać muzykę niezdatną się do słuchania. Jak Summoning grać może tylko Summoning, co zresztą od dawna czyni. Czasem wypada mniej, czasem bardziej przekonująco. Na “With Doom We Come” bardziej. Z Tolkienowskiego metalu zostały właściwie tylko klawiszowe melodyjki, od których zapewne niejednemu robi się słabo, nawet te ekstremalne wokale kojarzą mi się z robieniem strasznych min z jednoczesnym porozumiewawczym puszczaniem oczka, ale dla mnie ten zespół to właśnie wszystko to, co nabudowane na metalowym fundamencie.

33. Liza Anne – Fine but Dying (Arts & Crafts)

[notka]
[odsłuch]
Myślę, że mógłbym z powodzeniem pisać o muzyce, skupiając się wyłącznie na twórczości kolejnych zdolnych wokalistek z pogranicza folku, rocka i popu w nieinwazyjnych odmianach, wszystkich jak jeden, ekhm, mąż smutnych, zadumanych, przepełnionych – jak to ktoś ostatnio ujmował, odnosząc się do innych emocji – pod korek melancholią. Nasi mogą się obrazić, że Liza Anne ucięła ze swojego “pseudonimu” nazwisko (Odachowski), ale innych powodów, by mieć coś – może oprócz łagodnego afektu – do zdolnej Amerykanki, nie widzę. A to, o czym nie umiem napisać, świetnie oddaje tytuł płyty.

32. Mount Eerie – Now Only (P.W. Elverum & Sun)

[notka]
Druga z kolei płyta Mount Eerie, o której powinno się wspominać i pamiętać, ale pisać to już jakoś niezręcznie. Dość ładnie swoje odczucia opisałem w linkowanej notce.

31. Vyva Melinkolya – Vyva Melinkolya (wyd. własne)

[notka]
[odsłuch]
Kiedyś wyczynowo poszukiwałem mało znanych zespołów, które zbliżyły się choćby na dystansie pojedynczego utworu do poziomu Slowdive. Gdybym nie odpuścił – mimo małych sukcesów – to Vyva Melinkolya byłaby jednym z najdonioślejszych odkryć. To taki lekko hałaśliwy według najlepszych wzorców. Można rzec, że to niewiele, ale właściwie czego chcieć więcej?

***

50-41
30-21
20-11
10-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *