2018 [zagraniczne płyty] (20-11)

20. Holy Fawn – Death Spells (Whelmed)

[odsłuch]
Jeśli kogoś odstraszy(ła) kombinacja głównych tagów w portalu RateYourMusic (post-metal, shoegaze, post-rock), to nie mogę się dziwić, tylko współczuć. Bowiem traci o wiele więcej niż należałoby przypuszczać. Nie do końca wiem, jak to działa. Mimo że “Death Spells” trwa ponad godzinę. Ultraprzyjemna nuda.

19. Wrekmeister Harmonies – The Alone Rush (Thrill Jockey)

[odsłuch]
Michael Gira i Jarboe grają Dead Can Dance. To nic, że duet Wrekmeister Harmonies (muszę w końcu obejrzeć ten film, zabieram się od kilku lat) tworzą inne osoby, i że “The Alone Rush” to zestaw autorskich utworów. Ważne, że ten – bardzo upraszczając – gotycki post-rock brzmi naprawdę przekonująco.

18. Tribulation – Down Below (Century Media)

[notka]
Melodie, solówki, klimat czarno-białych horrorów, tony cudownego kiczu… Super.

O kilka pozycji wyżej niż “Prequelle” Ghost. Dlatego, że Tribulation nie zawodzi, mimo pewnej stagnacji, i nadal jedyne, co nie pozwala temu zespołowi osiągnąć takiego statusu komercyjnego co ich zamaskowani krajanie, to wokalsta, który nie próbuje śpiewać. Ale panowie przeszli już długą drogę, bo zaczynali od death metalu, więc już i tak dotarli bardzo daleko.

17. The Thing With Five Eyes – Noirabesque (Svart Lava)

[odsłuch]
Istnieją takie muzyczne stylistyki, które są mi wyjątkowo bliskie, ale odnoszę wrażenie, że trudno w ich obrębie o dzieła, którymi bym się zachwycił. Jedną z nich jest dark jazz. Często rzecz sprowadza się do tego, by nie kombinować, bo chcąc dobrze, przedobrzyć jest łatwo. Na “Noirabesque” tym, co nadaje muzyce wyjątkowości, a przy tym nie pozbawia jej potrzebnej prostoty, takim subtelnym ozdobnikiem podkreślającym urodę, są wątki arabskie. Przez kogoś, kto ich nie śledzi, odbierane jako równie naturalne co oniryczny szkielet.

Informacja uzupełniająca: za projektem The Thing With Five Eyes stoi Jason Köhnen (m.in. The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, The Mount Fuji Doomjazz Corporation), więc poziom “Noirabesque” nie powinien zaskakiwać.

16. Pharaoh Overlord – Zero (Ektro)

[odsłuch]
Dwaj panowie z Circle plus pan z Demilich (!!) w charakterze wokalisty. Chcesz tego posłuchać, uwierz. Tych bulgotów, które brzmią zupełnie nadrealnie w całym tym odlocie. Tych piosenek, w których nic nie jest tak, jak być powinno, a zarazem wszystko się zgadza. Tej naturalnej cudaczności. Nie można nie chcieć.

15. Urfaust – The Constellatory Practice (Ván)

[odsłuch]
Holenderski duet Urfaust, jedno z najciekawszych zjawisk na współczesnej scenie blackmetalowej, musiał wyjść poza własne piekiełko, by pełniej objawić nieprawdopodobny wręcz potencjał. Teraz, serwując rytualny doom, wprawdzie ponownie wysyła nas w kosmos, może nawet w te rejony, w które możemy wybrać się na przykład z Darkspace, ale w cenę biletu wliczone są substancje odpowiednio ubogacające lot. Nie będę zaskoczony, jeśli nic lepszego z ciężkich klimatów już się do końca roku nie pojawi.

Właściwie pojawiło się (notkę pisałem w maju), ale tylko…

14. Scorched – Ecliptic Butchery (20 Buck Spin)

[notka]
[odsłuch]
Surowy, brutalny, a momentami wręcz swingujący (no tak, tańczyć się chce) death, który z racji mojego nierozeznania przywodzi na myśl równie urocze i cudne Mental Horror.

Nie wiem, na czym polega magia Scorched, dlaczego “Ecliptic Butchery” wyróżnia się spośród setek innych płyt deathmetalowych, ale wszystko tu gra. I to tak, że trudno w ogóle pomyśleć, iż cokolwiek dałoby się zrobić lepiej.

13. Lonnie Holley – MITH (Jagjaguwar)

Jestem za cienki w uszach, by pisać o “MITH”. Ograniczę się do refleksji, że to zaangażowany jazz. Zachwycający wokalnie i niejednorodny muzycznie.

12. Félix Blume – Death in Haiti: Funeral Brass Bands & Sounds From Port au Prince (Discrepant)

[notka]
Piękna muzyka. O tym, jak ją klasyfikować i skąd pochodzi – zarówno gdy chodzi o przeznaczenie, jak i zakątek (za)świata – informuje sam tytuł. Jako że zebrało się tu trochę – cóż za niefortunne określenie – nagrań terenowych, rzecz nie jest ani lekka, ani łatwa, a już na pewno nie przyjemna. Ale warto wysiedzieć, bo i wyjść choćby z własnego pokoju przed końcem ceremonii raczej nie wypada.

11. Boy Bjorn – Mistaken Animals (Communion)

Połowa mojego ukochanego duetu Foreign Fields nagrała płytę, o którą początkowo byłem zły, bo wolałbym, żeby panowie stworzyli coś razem, a kolejne single – po złości chyba – wyłączałem po minucie. Ale jak już sięgnąłem po “Mistaken Animals”, to z każdym kolejnym odtworzeniem mi przechodziło. Może miałem problem z tym, że podejście jest tutaj mniej organiczne niż w przypadku macierzystej formacji (choć “Take Cover” też flirtowało mocniej z elektroniką), może nadal się z tą muzyką oswajam, jednak wiem, że zostanie ze mną na dłużej. Takie smętne indie jest chyba najbliższe memu sercu.

***

50-41
40-31
30-21
10-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *