2018 [zagraniczne płyty] (10-1)

10. Spiritualized – And Nothing Hurt (Bella Union)

Lubię myśleć, że “A perfect miracle” to “Ladies and gentlemen…” dwadzieścia (jeden) lat później, taka peryfraza statusu (stanu?) “to skomplikowane”, ponowne otwarcie tej samej rany. Zabrzmi to może śmiesznie, ale nie wiem, czy “And Nothing Hurt” nie wypada jako całość minimalnie lepiej niż tamten kosmiczny, porozstaniowy lament. Jest wyciszona, ale przeszyta na wskroś niepokojem i bólem tak, jakby stały się żywą, niemożliwą do wycięcia naturalną tkanką. Wymaga uwagi i zaangażowania, za które potrafi wynagrodzić. Jeśli pogodzenie się z czymkolwiek można utożsamić z pogodą, to jest również pogodna. Jak moja reakcja na to, że to prawdopodobne pożegnanie ze sceną. Piękne pożegnanie.

9. Anna von Hausswolff – Dead Magic (City Slang)

Gdyby Jarboe była istotną częścią ostatniej inkarnacji Swans, to właśnie tak mogłoby to brzmieć. Na mnie, osobie nastawionej do gotyku w najlepszym razie sceptycznie, która uważa tę muzykę za smutną, a i owszem, ale w odniesieniu do jej poziomu (śmieszności), “Dead Magic” wrażenie robi spore. Coś się na “Dead Magic” czai, nie ma tutaj koniunkturalnej pozy, jest wrażenie uczestnictwa w okultystycznym rytuale, a nie jakimś teatrzyku, w którym wymizerowane, blade postaci w strojach nadający się raczej do sypialni albo na bal przebierańców snują się smętnie. Anna von Hausswolff uwodzi, niepokoi i przeraża. Równie cudne rzeczy działy się na “Older Terrors” Esben And The Witch, choć tam to była raczej baśń. A tutaj wszystko jest tak prawdzie, że nie daje się poznać ani pojąć.

8. GAS – Rausch (Kompakt)

[odsłuch]
Przypominam sobie niezbyt barwną historię, której bohater, zmorzony wycofanym już ze sprzedaży w pewnym dyskoncie tanim piwem w ciemnej puszce, spożytym w dużej ilości w niedługim czasie, zmuszony był poniechać powrotu do domu przez gęsto zaludnione osiedle i udać się na spoczynek w paśniku. Podejrzewam, że ta płyta by mu podeszła z rana, gdy-by się już zebrał do drogi. I nawet mgła z okolicznych łąk nie wstawałaby zbyt głośno, i słońce sunęłoby ciszej po niebie. Świetna, na wpół magiczna, na wpół fantasmagoryczna muzyka.

To samo co na “Narkopopie”. I super.

7. Tim Hecker – Konoyo (Kranky)

[odsłuch]
Poszukujących wiedzy odsyłam do recenzji Bartka Chacińskiego. Od siebie, i od serca, mogę dodać, że dołączam do szalikowców Tima Heckera, jeśli takowa frakcja istnieje. Późno, ale powiadają, że lepiej późno niż wcale. Może dlatego, że nie będąc wytrawnym znawcą muzyki japońskiej, a jedynie zwykłym słuchaczem ceniącym sobie tamtejszą melancholię, wyczuwam istnienie jej wpływów jedynie jako urozmaicającego dodatku.

6. Daughters – You Won’t Get What You Want (Ipecac)

[odsłuch]
Dawno, dawno temu wydawało mi się, że to, jakie premierowe płyty są wychwalane, to kwestia umowy jakiegoś elitarnego grona, które z kolei wybiera dany album w drodze losowania. Nadal bardziej wierzę w spisek – lub go wietrzę – niźli uważam, by istniały opiniotwórcze jednostki piszące o muzyce. Jednak w przypadku Daughters to żaden pic, nawet jeśli wcześniejsze nagrania nie bardzo mi podchodziły. “You Won’t Get What You Want” to muzyka na koniec świata, na czas masowej paniki i totalnego chaosu, wręcz opresyjna w swym charakterze. Proszę mi jednak nie ufać, ani nie zawierzać [się] widzącym w tym albumie jeszcze więcej, tylko posłuchać.

5. Low – Double Negative (Sub Pop)

[odsłuch]
Low nie gra najbardziej ekscytującej (czy może: ekstatycznej) muzyki na świecie, a że zaraża apatią już ćwierć wieku, to każda zmiana nie tyle klimatu, ile środków jest potencjalnie dobrą zmianą. „Double Negative” na tej płaszczyźnie zrywa ze slowcore’em, oferując pełen efektów (ale nie efekciarski i nie efektowny) pop, w przypadku którego nietrudno o afekt. Niemałą zasługę ma w tym producent albumu, BJ Burton, odpowiedzialny za „22, a Million” Bon Iver, który ponownie zrobił świetną robotę. Niewiele by jednak wskórał, gdyby przyszło mu jedynie maskować filtrami niedostatki kompozycyjne zespołu, a nie próbować wydobyć pełnię jego możliwości. Świetna, hipnotycznie wręcz angażująca rzecz.

4. Marianne Faithfull – Negative Capability (BMG)

Nie myślałem, że Marianne Faithfull, która i tak zajmuje szczególne miejsce w moim sercu (za sprawą “File it under fun from the past”), jeszcze raz znajdzie do niego drogę. Ale tak się stało. Mam nadzieję, że “Negative Capability” nie jest jej ostatnią płytą (klimat panuje na niej taki, jakby miała być ostatnią), choć trudno nagrać coś jeszcze bardziej poruszającego.

3. Tord Gustavsen Trio – The Other Side (ECM)

Tord Gustavsen – już bez mojej ukochanej Simin Tander – nagrywa wraz z dwójką muzyków towarzyszących (Sigurd Hole, Jarle Vespestad) taką płytę, jaką mógł nagrać już bez mojej ukochanej Simin Tander, czyli pełną cudnej urody łagodnego jazzu, który mi, zupełnemu ignorantowi, wydaje się zawieszony gdzieś między nagraniami Jana Johanssona a tym, co prezentowało trio Esbjörna Svenssona.

2. Grouper – Grid of Points (Kranky)

[odsłuch]
“Grid of Points” to taki antytetyczny sequel “Ruins” – wprawdzie dostajemy to samo, ale wszystkiego jest tu mniej. Tam udały się rzeczy, które udać się chyba nie miały prawa, a teraz… Dwadzieścia minut zlatuje jakby to była jedna krótka kompozycja, zresztą całość tak się w nią zlewa, w taki łagodny szum, i właściwie trudno znaleźć powód (czy w ogóle go szukać), by nie włączać nowego dzieła Elizabeth Harris raz za razem. Więc to nic, że rzecz jest tylko bardzo dobra, a nie wybitna jak poprzednio.

Poprawka: bardzo, bardzo dobra.

1. The Innocence Mission – Sun on the Square (Bella Union)

[odsłuch]
“Sun on the Square” jest płytą tak uroczą, ujmującą i śliczną, a przy tym podszytą jakimś oswojonym głębokim smutkiem, że zupełnie nie wiem, co napisać. The Innocence Mission istnieje od 1982 roku, w co za nic nie mogę uwierzyć, bo jest w tej muzyce tyle jak najlepiej rozumianej uczuciowej naiwności, że… Niejednego pewnie zemdli, ale w moim przypadku było to natychmiastowe zauroczenie – mimo nieufnego podejście do nienistrumentalnego folku – które może przerodzić się przerodzić w miłość.

No i… przerodziło się. Może to właśnie to, czego potrzebowałem, by w moim sercu zabliźniła się rana po nieodżałowanym wczesnym múm. Muzyka inna, ale wrażliwość podobna.

***

50-41
40-31
30-21
20-11

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *