2018 [zagraniczne epki]

10. Mopok – Carpathian Fullmoon Ritual (wyd. własne)

[notka]
[odsłuch]
No jak by to wyglądało bez black metalu… Ukraiński Морок nie trafi do piekła za grzech oryginalności, ale zdecydowanie wolę – może dlatego, iż nie wiem rzeczy, które są wiadome o podobnych ukraińskich zespołach – posłuchać “Carpathian Fullmoon Ritual” od różnych innych, bardziej znanych i cenionych płyt nagranych w owym kraju.

9. Dean Blunt – Soul on Fire (wyd. własne)


Dean Blunt nie jest artystą, za którym byłbym w stanie nadążyć, ale to nie może rzutować i decydować o tym, by jego twórczość pomijać i przemilczać. “Soul on Fire” to taki zbiór pozornie niedbałych szkiców popowych piosenek, z wyraźnie post-punkową kreską, ale niewysilona nonszalancja, z jaką Brytyjczyk potrafi je ukazać, budzi mój szacunek, nie irytację.

8. 揺らぎ (Yuragi) – Still Dreaming, Still Deafening (Flake)

{odsłuch]
Muzyczne postanowienie na 2019 rok: zainteresować się mocniej Japonią…

7. 이달의 소녀 yyxy [LOONA yyxy] – beauty&thebeat (BlockBerryCreative)

[odsłuch]
…a może i Koreą.

Z k-popem będzie trudniej (choć przy odrobinie cierpliwości, i mam na myśli cierpliwość do mnie, miałbym skąd dowiadywać się z rozeznanego źródła, jakież perły z owej krynicy osobliwości wyłowić), ale 이달의 소녀 yyxy zasługuje na choćby symboliczne wyróżnienie. 揺らぎ zaś, żeby nie pomijać, ujmuje shoegaze w sposób… ujmujący. Bardzo ciepły i taki (nie)typowo – jejku – orientalny. I na ten konkretny zespół niewątpliwie warto mieć oko.

6. Laurence Guy – All I See Is Her (Mule Musiq)

Właściwie czemu na liście miałaby się nie znaleźć deephouse’owa epka? Będzie różnorodnie, zawsze to jakaś wartość podsumowania pewnej całości przez kogoś, kto sam jest w stanie dostrzec i poznać tylko jej maleńki wycinek. “All I See Is Her” płynnie przechodzi od stanu łagodnie pulsującej, delikatnie rozedrganej melancholii do ciepłej jazzowej dialektyki, by oddać – zgodnie z tytułem – cały świat.

5. Susurrate – Snowstorm (wyd. własne)

[notka]
[odsłuch]
“Snowstorm” to materiał tak niejednoznaczny, godzący shoegaze z rockowymi i popowymi formami wyrazu, iż wydaje się niemal czymś na granicy eksperymentu/żartu. Jednak zespół jest jednocześnie bardzo świadomy i zdeterminowany w swoim niezdecydowaniu. W dodatku spina swoje wysiłki tak uroczą klamrą, że nie mogę tej epki pominąć. Nie miałbym serca.

4. André 3000 – Look Ma No Hands (wyd. własne)


[notka]
W latach świetności (czy wręcz: bytności) duetu OutKast moje zainteresowanie muzyką trudno byłoby w ogóle nazwać zainteresowaniem. Dla mnie to wciąż ci goście, których uporczywie chwytliwe utwory puszczano w telewizji zdecydowanie zbyt często. Trudno jednak winić o to któregoś z panów. Dlatego po epkę André 3000 sięgnąłem z czystą – lub jeśli ktoś woli, pustą – głową. To, że artysta z taką pozycją ma odwagę zachwiać nią, publikując materiał, który nie ma chyba w zamierzeniu schlebiać czyimkolwiek gustom, budzi szacunek. No facet tak wycina na tym klarnecie basowym, że mógłby to robić przez godzinę, a nie siedemnaście minut. Do tego mamy ładną i smutną balladę, ale szkoda, bym cokolwiek próbował oddać i opisać – toteż robię to dość niedbale – bo najlepiej po prostu posłuchać.

3. Daniel Avery – Slow Fade (Phantasy)


[notka]
[odsłuch]
Oczywiście pewną przekorą będzie powiedzenie, że moje najukochańsze techno to dwa utwory z ostatniej (czyli wydanej pół wieku temu) epki Slowdive, ale jest w tym sporo prawdy. Daniel Avery zasnuwa niekiedy obraz, jaki stara się malować, ambientalnymi mgiełkami, innym razem znów wyraźnie obrysowuje kontury, potrafi sprawnie operować kontrastem barw i nastrojów.

2. Nils Frahm – Encores 1(Erased Tapes)


[notka]
[odsłuch]
To banał, ale “Encores 1” stanowi dowód na to, że talent i wrażliwość są najważniejsze przy tworzeniu muzyki, która jakoś nas obejdzie. I zostanie z nami. Epka podoba mi się bardziej niż wydany w tym samym roku pełny album (“All Melody”), choć jeśli ktoś powie, że to nudne plumkanie, to nie będę mieć siły się kłócić.

1. Winter Aid – Halfland (wyd. własne)


[notka]
[odsłuch]
Kto wie, być może to jedyna taka lista, na szczycie której znajduje się “Halfland”, ale do tego, by tak Winter Aid wyróżnić, nie skłoniła mnie chęć… wyróżnienia się. Jasne, że to jeden z tych projektów, który darzę uczuciem ze względów nieprzekładalnych na język pisania o muzyce, w dodatku nie mogę spojrzeć na te nagrania tak, jak mogą spojrzeć inni, czyli bez patrzenia w przeszłość, z którą zrosła się pierwsza epka, więc jeśli to tylko nudny i wtórny indie folk, to przepraszam. Mnie nic innego nie wzruszyło i nie przytkało tak jak “Slumber”. Tyle “dobrego”, że akurat z tym jednak nie zostałem sam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *