2018 [polskie płyty] (50-41)

50. Resina – Traces (130701)

[odsłuch]
Dziwna sprawna. Sięgnąłem po “Traces” dzięki opowieściom osoby, z którą pisałem o epce Noona. Odnosiły się one do samej artystki, nie do jej twórczości (nie wydaje mi się, aby to były znane fakty), ale zawierało się w nich wiele szacunku i uznania, co w przypadku mojej szanownej znajomej jest wydarzeniem równie częstym co u nas zamiecie śnieżne w maju. Z drugiej strony, z powodu owego skojarzenia miałem obawy, że z czystej przekory spojrzę na “Traces” nieprzychylnie. Ostatecznie stanąłem tak pośrodku, w rozkroku, nie eliminując tej płyty podczas ostatecznej, bardzo ciężkiej i bolesnej selekcji. Mimo że w zestawieniu jest kilka podobnych(?) pozycji.

49. Sunnata – Outlands (wyd. własne)

[odsłuch]
Kolejny nudny sludge/stoner – sądziłem. Dlatego byłem na “nie”, gdy szło o samo sięgnięcie po “Outlands”. Później, gdy uczyniłem to trochę dla spokoju sumienia, tylko przez chwilę utrzymało się moje chłodne nastawienie. To naprawdę jest… coś innego. Może dzięki jakby grunge’owym wokalom. Może dlatego, że dużo tu powietrza – nawet jeśli to unosi co rusz tumany piachu. I płyta ma tę zaletę, że wciąga mocniej z każdą minutą. Jakbyśmy gubili się gdzieś na pustyni, ale było to nam coraz bardziej na rękę.

48. złota jesień – w tobie nie jestem sobą (Lado ABC)

[odsłuch]
Początkowo myślałem, że gubię wątek, bo choć to przykre, to niestety częste, ale wygląda na to, że wątki – w pełni intencjonalnie i świadomie – porzuca sam zespół, jakby chcąc udowodnić, że udowadniać nikomu niczego nie musi, co dowodzenia według mnie nie wymaga. I na przykład taka “kraina dni” (z klipem, który jest dla mnie zbyt bolesny, by go oglądać) to nieco tylko rozmyty konkret, syntetyzująca naturalność, swoiste granie formą zbliżające się do jakiejś piosenkowości, reszta – może poza “dwiema osobami patrzącymi na ten sam neon” – to już igranie z nim.

Cała recenzja tutaj.

47. Gołębie – Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy (Trzy Szóstki)

[odsłuch]
Pierwsze wrażenie było takie, że pełnowymiarowy debiut Gołębi jest pewnym powieleniem tegorocznej płyty innej bohaterki tej notki, złotej jesieni, czyli albumem, który stanowi taki wyraz artystycznego nieskrępowania, że słuchacz wydaje się wręcz zbędnym – a przynajmniej niezakładanym – elementem/uczestnikiem chaosu. Lepiej podchodzą mi piosenki, takie jak na ubiegłorocznej epce, ale i w tym szugejzowym hałasie można się – z pewnymi problemami – odnaleźć. A Gołębie nadal są jedną z najciekawszych nazw w nowym polskim rocku.

46. Grupa Etyka Kurpina – Lessons (tmrw>)

[odsłuch]
Glitche, szumy, trzaski i echa, zza których majaczą ślady postrzępionych melodii, urywających się, gdy tylko podchwycimy trop – tak pisałem o płycie “Wendy”. “Lessons” dałoby się opisać podobnie, choć tutaj urywają się kolejne głosy, a melodie nie tyle majaczą, ile dezorientują, wyłaniając się z tego kolażu wypowiedzi. Pochodzące z różnych źródeł sample zlewają się w jeden może nie rwący, ale porywający potok.

45. Calineczka – Wydatek neutronów podczas pobudzonej wybuchowo kompresji deuter?-?tryt w układzie cylindrycznym z warstwą o dużej inercji (Szara Reneta)

[odsłuch]
Moje rozumienie tej muzyki nie jest… ścisłe. Czuję ją, czuję w kościach, choć gdybym chciał być złośliwy, to powiedziałbym, że podobne dźwięki słyszałem, gdy system operacyjny postanowił się nieodwołalnie zawiesić, a w owym czasie była odtwarzana jakaś muzyka. Zaliczyłem jednak przesiadkę na nowszy. Teraz raczej ja się zawieszam. Niemniej przy “Wydatku neutronów…” jest to zawieszenie przyjemne.

44. Guiding Lights – Not Much War (Instant Classic)

[odsłuch]
W moim odczuciu Guiding Lights to zespół grający wciąż tę samą piosenkę, już od dwóch płyt, ale że ta piosenka bardzo mi się podoba, to proszę mnie nie przezywać, nie bić i nie wyprowadzać z błędu. Zresztą powiem, teraz już nieco prowokując, że to chyba najciekawsza – i cóż, że najbardziej… konwencjonalna? – z propozycji Instant Classic na rok 2018.

43. Bukowicz – Dyskomfort w głowie (wyd. własne)

[odsłuch]
Nie wiem, z czego to wynika, ale jest coś bardzo paraliżującego w tej płycie i być może właśnie dlatego nie umiem napisać, iż takie w gruncie rzeczy gotyckie granie to nie dla mnie (“Ostroga” -> “Fascination street”), i że wers o opuszczaniu deski nie pasowałby prawie nigdzie, a na pewno nie pasuje tutaj, i że myślałem, iż choć przez chwilę pośpiewa pani, bo okładka taka ładna, i… No i w pierwszym odruchu, jakże serdecznym, słysząc utwór tytułowy, pomyślałem o kimś, kto zwykł nie znosić tego, co mi się podoba, i jakoś okazywałem w tym wzajemność, że “jej by się Bukowicz [albo lepiej “Dyskomfort w głowie”, bo zazdrośnik ze mnie] spodobał”, i chyba się nie myliłem. Jednak póki nie mam absolutnej pewności, doceniam ten materiał. Może nawet bardziej niż bym chciał (przyznać?).

42. Lounge Ryszards – Polish Jazz vol. 420 (Szara Reneta)

[odsłuch]
Gdy artysta lub wydawca odbiera mi – jakże hipotetyczny – chleb, opisując muzykę w sposób, w jaki sam i tak bym nie umiał, to nie bardzo wiem, co mogę zrobić. Najpierw odruchowo sprawdziłem, czy na pewno album nie ukazał się 20 kwietnia (skoro vol. 420, a utwory trwają po cztery minuty i dwadzieścia sekund każdy, wyłączając “Diabła”, którego trzy części, co zrozumiałe, zamykają się w minutach trzynastu), ale widać dowcip nie jest tak oczywisty, bo jednak to było później. Lounge Ryszards są w swoim graniu nieco bardziej konsekwentni, serwując muzyką, która mogłaby – tak sobie teraz myślę – grać Apteka, gdyby… No gdyby wszystko było inaczej. Te dźwięki są wolne, ale nie dlatego, że muzyków nie krępuje… rozum. Taki psychodeliczny jazz. Niewykluczone, że tytuł nie jest megalomańskim żartem, a znana seria Polskich Nagrań Muza dojdzie do takiego miejsca przy okazji czterysta dwudziestego wydawnictwa.

41. Brzoska/Marciniak/Markiewicz – Brodzenie (Fundacja Kaisera Söze)

[odsłuch]
Warstwę literacką podsumuję konstatacją, że to JEST poezja, co trudno nazwać wnioskiem jakkolwiek odkrywczym, a więc ciekawsze byłoby utrzymywanie, że Wojciech Brzoska poezji nie pisze, choć np. chciałby. Nie grzęźnie w bełkotliwości, przez którą zatracałaby wymowę, pozostaje na tyle klarowna, by o czymś mówić, a nie nakazywać innym jakieś nadpisywanie sensów nieuświadomionych. Większy wysiłek muszę podjąć, by nie pomylić pana Brzoski z panem Brzóskiewiczem, również poetą. Właściwie “Brodzenie” jest mi bliższe niż twórczość poety Świetlickiego, co nie wynika wcale z faktu, że pływać umiem niespecjalnie i byłbym się w latach odległych nieomal przez to utopił. Chociaż to nie jest płytkie dzieło. Łukasz Marciniak na gitarze i Marcin Markiewicz na trąbce odpowiednio oprawiają te wszystkie obrazy. Pewnie z tej, jak to się ponoć określa, waty słownej wynika niewiele, więc odsyłam tam, gdzie materia słowna jest gęstsza i głębsza (link powyżej), a sam cicham.

***

40-31
30-21
20-11
10-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *