2018 [polskie płyty] (40-31)

40. Daniel Spaleniak – Life Is Somewhere Else (Antena Krzyku)

Dopóki ta płyta nie traci orientacji (slowcore / gothic country, tylko proporcje się zmieniają, mieszają), jest tak świetnie, że człowiek duma nad tym, że polskie, że u nas można tak. Później rzecz nieco się rozmywa, rozchodzi w różne strony i nie do końca wiadomo, którędy podążyć z uwagą i zainteresowaniem. Nie jest to muzyka dla każdego, ale nie mam sumienia jej nie polecić.

39. kIRk – Ich dzikie serca (Fundacja Kaisera Söze)

[odsłuch]
Jeśli komuś nie podejdzie polecana wcześniej płyta Lounge Ryszards (miejsce 42.), to powinien spróbować “Ich dzikich serc”. Lot jest na niej nieco inny, choć równie nieskrępowany, a owa dzikość, wzmiankowana w tytule, zawiera się raczej w wyobraźni i wyobrażaniu. Pewne fragmenty mogą budzić niepokój, ale parafrazując myśl bliskiej mi niegdyś osoby, “to dobry niepokój”.

38. Xenony – Polish Space Program (Instant Classic)

[odsłuch]
Jeśli ktoś chce przebyć bezmiary galaktyk “na czysto”, to polecam Xenony, taką spuszczoną ze smyczy, po słowiańsku butną i rubaszną wersję Vangelisowskiego soundtracku do “Blade Runnera”. W tym programie kosmicznym warto bowiem wziąć udział.

37. Deszcz – III (wyd. własne)

[odsłuch]
Konkretne oberwanie chmury, burza z gradobiciem. Trudno znaleźć wyszukane metafory. Mówi się, że do trzech razy sztuka, tymczasem w przypadku Deszczu sztuka udała się po raz trzeci. Sztuka tak inteligentnego posługiwania się prostymi środkami, że w pozornej crustpunkowej sieczce mamy nie tylko mięso, nie tylko (gruchotany) szkielet, ale i serce (czyli w sumie też mięso), i duszę.

36. Nowa Ziemia – Holter (wyd. własne)

[odsłuch]
Bardzo przyjemne – i równie zimne – dronujące ambienty/ambientalne drony. Bez wychodzenia z domu można się poczuć tak, jakby się jednak w tym krótkim rękawie z domu wyszło (na termometrze minimalnie poniżej zera). Bliskie jest mi myślenie i obrazowanie statycznymi, ascetycznymi kadrami, więc ten rodzaj ekspresji wyjątkowo dobrze do mnie przemawia. “Holter” wprawdzie może wymaga nie tyle skupienia, ile oderwania myśli od czegokolwiek, czego mogą się chwytać, ale bez wątpienia wart jest uwagi. Chyba wrócę do tych rzadziej odtwarzanych albumów Paysage d’Hiver.

35. ehh hahah – netia genialna rozmowa z klientem (Audile Snow)

[odsłuch]
Jeśli płyta Calineczki (miejsce 45.) okaże się próbą cierpliwości, której nie sposób przejść pomyślnie, to bliższa sercu – bądź ciału, znów zależnie od ścisłości rozumienia – może okazać się propozycja ehh hahah, której nie sposób skwitować w sposób tożsamy do nazwy projektu. Podczas słuchania można naturalnie oddawać się czemu bądź, poza samą muzyką, ale nieśmiało sugeruję scrollowaniu feedów na wallu fanpage’a tego memicznego – a i godnego zapamiętania – artysty. I coraz częściej myślę, że by tworzyć rzeczy prawdziwie wartościowe, rzeczy wartościowe i prawdziwe, trzeba być i wartościowym człowiekiem. A forma wyrazu to tylko forma, bo można wykorzystywać dane środki mądrze, z szacunkiem. Z szacunkiem do odbiorcy. Trudno takiej postawy nie odwzajemnić.

34. Bruno Janiszewski – Wayfaring Psalmody (wyd. własne)

[odsłuch]
Nigdy za wiele zwróconego w stronę natury, kontemplacyjnego, instrumentalnego folku. “Wayfaring Psalmody” jest może płytą delikatnie baśniową, ciepłą, sam przywykłem zaś do przeszywającego niepokojem, ciemnego ujęcia i podejścia do grania takich dźwięków, ale Bruno Janiszewski jest w snuciu swojej równie przekonujący.

33. Koniec Pola – Cy (wyd. własne)

[odsłuch]
Jeśli wziąć wszystko, co było dobre na ostatniej płycie Licha (czyli ostatni utwór) i rozwinąć to w pełną wypowiedź, to wyjdzie coś takiego. Black metalu nie ma w tym zbyt wiele, ale jest dostatecznie dużo dobrej muzyki. Kibicuję, bo Koniec Pola pewne rzeczy robi sto razy lepiej niż mógłby taki Sars albo Nihil. W tym piekiełku nie ma pewnie nikogo z podobnym – i podobnie dobrym – piórem co Dominik Gac, a i cały Koniec Pola ma swoją, i to niezłą, jazdę.

32. Projekt Luty – Grzybnia (Underpolen)

[odsłuch]
Ku mojemu zdziwieniu, zza kotary wygłupu i szaleństwa wygląda nieśmiało muzyka. I wygląda – i brzmi! – bardzo przyjemnie. Fajnie, że panowie nie pozują, że ot, nagrali to dla siebie i w ogóle ich nie obchodzi, czy ktoś będzie tego słuchał (a raczej: że będzie tego słuchał), a to często artykułowana postawa, i że nie pozorują grania, tylko rzeczywiście grają. Nie powiem “jak umieją”, bo w ideę Projektu Luty wpisana jest nieumiejętność, ale czynią to jeśli nie zawsze z głową, to na pewno z sercem. Niech będzie, że to “pół-improwizowany transowy parakraut-grungotronik-postpunk-noiserock”, bo sam nic pojemniejszego nie wymyślę, “rozdygotany jesienną porą”, co gdy staje się słyszalne (“W skafandrze”, “Sowa” czy naprawdę piękne “Tak samo”), jakoś tak… przeszywa. Uczciwa dawka rozrywki i wzruszeń.

31. Wczasy – Zawody (Thin Man)

Wczasy przypominają mi o polskiej alternatywie ubiegłej dekady i choć jest to wspomnienie raczej palące niż ciepłe, to jak nie należy oceniać zespołu po zasadniczej grupie jego sympatyków, tak nie wolno skreślać z powodu entuzjazmu niepoważ(a)nej grupy krytyków. Dziesięć lat temu pewnie bym nie zdzierżył. Dziś po dwóch utworach nie czuję pustki (mnogiej) ani nie mam much w nosie (nawet jeśli mam je w nosie), a swoista trawestacja i rekonstrukcja klimatów, do których sentyment Wczasowiczów może być najwyżej “wtórny”, jest taka… autentyczna. Utwór tytułowy sprawdzić trzeba koniecznie. Przyjemny samoświadomy pop.

***

50-41
30-21
20-11
10-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *