2018 [polskie płyty] (30-21)

30. Welur – cały ten senny stuff (Crunchy Human Children)

[odsłuch]
Nazwa zespołu może okazać się myląca, bowiem sama faktura tych dźwięków pozostaje szorstka. Mimo kierujących upraszczające skojarzenia w stronę “miększego” Evvolves wokali Wiary Wojtaszczyk i ła(go)dzącej melodyjności. Skoro Łódź można kojarzyć z włókiennictwem, to tym bardziej powinno się wiązać Pabianice z Welurem. Cenny senny stuff.

29. Nagrobki – Portret trumienny (T.A.P.)

[odsłuch]
Z gówna bata nie ukręcisz – mówią. Jednak Nagrobki, postawione trochę – nomen omen – na grobie znanej punkowej formacji o tej wdzięcznej nazwie zadają kłam znanej mądrości. Jeśli “Pańskie wersety” nadal są raczej ponurym żartem, to z perspektywy czasu można go… zrozumieć. Bo na “Portrecie trumiennym”, sporządzonym do tekstów Brunona Jasieńskiego jako ilustracja spektaklu “Rzecz o Jakóbie Szeli”, obaj panowie wyszli bardzo korzystnie i… żywo. Może jeszcze czas, by postawili sobie pomnik trwalszy niż że spiżu – niekoniecznie grzebiąc kolejny zespół – ale to chyba najlepsza ich płyta. Taneczna, hipnotyzująca i ilustracyjna zarazem. Warto ją mieć. I to też ponury żart (bo nakład).

28. Faxada – Paraa (Darling)

[odsłuch]
Gdy słucham takich płyt jak „Paraa”, próby pisania o muzyce wydają mi się porywem romantycznym, który z zewnątrz mogą zostać poczytany w najlepszym razie jako uroczo straceńczy. Słowa bowiem nawet w rękach wprawnego rzemieślnika, którym jednak wolałbym nie być, są narzędziem prymitywnym i zupełnie niezdatnym do tego celu. Banał. Faxada ma tyle pomysłów, że właściwie każda z tych glitchowych (zglitchowanych?) miniatur to osobna wielowątkowa historia, w której zgubienie pojedynczej frazy skutkuje źle rozumianą dekonstrukcją całej opowieści. Ze względu na to, jak jestem (pre)dysponowany, szukam raczej repetycji, bliższy od chaosu jest mi niepokój, ale warto podjąć postawione wyzwanie. Świetna, osobna rzecz.

27. Ur Pale – Water Tombs & Crimson Horizons (Dark Age Productions)

[odsłuch]
Fantastyczna przygoda. Przy zastrzeżeniu, że epitet ten ma charakter wartościujący, nie systematyzujący. Wreszcie mogę odetchnąć z ulgą, że jedyną bardzo dobrą polską (pro)pozycją z nurtu dungeon synth nie jest postmodernistyczny żart osoby, którą znam niemal całe życie. Tym bardziej że następca “Misterium upadłego bastionu” pewnie nie powstanie, a na Ur Pale także w tej kwestii będę liczył.

26. Palmer Eldritch – Sidereal (Trzy Szóstki)

[odsłuch]
Powiem tak: “Natural Disaster” było ok, “Sidereal” jest bardzo ok. Jeśli tak chce wydawca, to niech to będzie najlepsze downtempo w kraju. Choć mimo wszystko jestem z tych, do których silnie mówią czucie i wiara (nawet jeśli sam nie odznaczam się takimi cechami), zaufam jego wiedzy. Czerpać przyjemność ze słuchania będę we własnym zakresie.

Co mogę dodać po czasie? Bardzo odprężająca płyta o lekkim rytualno-plemiennym posmaku, która w trans nie wprowadzi, ale spędzone z nią nieomal trzy kwadranse to czas miły i przyjemny, w dodatku obcowanie z “Sideareal” może złagodzić nieprzyjemne dla nastroju i psychiki skutki zdarzeń, jakich byliśmy uczestnikiem przed sięgnięciem po nią. Jeśli nie chcesz słuchać złej (kiepskiej) muzyki, to warto sięgnąć po propozycję duetu Palmer Eldritch.

Odsyłam do listy (Mystic Art, nr 6 (38) / 2006). Większość “warunków” – tak wprost to tylko poza ostatnim – zostaje spełniona.

25. Jachna / Mazurkiewicz / Buhl – God’s Body (Audio Cave)

Druga płyta tria Jachna / Mazurkiewicz / Buhl dowodzi, że awangarda jest dla ludzi, a nawet jeśli jazzu nikt nie kuma, man, to wystarczy go czuć. Rozpisane na trąbkę, kontrabas i bębny kompozycji, zaciemnione elektroniką, bliższe są w takim niewprawnym odczytaniu, no nie wiem, “Ascenseur pour l’échafaud” Milesa Davisa (tzn. wydają się raczej ilustracyjne) niż jakimś snobizującym improwizacjom, mimo że “rozpisanie”, o którym mowa wcześniej, odnosi się głównie do użytych środków formalnych. Ocenę można więc przyjąć za nieśmiało zaniżoną.

24. Nanook of the North – Nanook of the North (Denovali)

Nie wiem, jak to się stało, że nie wspomniałem do tej pory o projekcie Nanook of the North, tworzonym przez Stefan Wesołowskiego i Piotra Kalińskiego (Hatti Vatti). Filmu (proszę odgadnąć jakiego!) nie widziałem, zapewne rzecz nie ulegnie zmianie, ale sama muzyka, jakże… islandzka, bardzo chłodna, oszczędna w środkach, za to szczodra w ewokowaniu emocji, z miękkimi podbiciami ambient/minimal techno, potrafi przekonać i zatrzymać przy sobie.

23. Remek Hanaj – Wysiadywanie góry (Requiem)

Słowiański folk zostaje tutaj poddany dostatecznej rekonstrukcji, by “Wysiadywanie góry” nie było płytą dostateczną. Zresztą nigdy bym nawet nie pomyślał, że mógłbym pomyśleć, że… Wszelkie głosy, śpiewy i echa są naprawdę piękne, czasem piękne przenikliwie i boleśnie (“Elegia ormiańska / Armenian elegy”), a całość – dzięki temu, że nieskażona złą intencją lub instrumentalnym potraktowaniem tradycji, która przecież zachowuje się w ludziach – robi wrażenie jak najlepsze. Choć uczciwie przyznaję, że gdzieś w środkowej części robi się nieco abstrakcyjnie, co nie oznacza, że dzieło Remka Hanaja traci na atrakcyjności. A o to, że to znów (patrz: “Nagrania terenowe snów”) nie nowe utwory Księżyca, nie mogę się przecież obrażać.

22. Lemiszewski/Olter – Post Refference (Trzy Szóstki)

[odsłuch]
Gdybym miał za zadanie spisanie notki, która promowałaby “Post Refference”, albo nie wiem, stworzenie jakieś hasło, to wystarczyłyby nazwiska. One same zdołałyby zapewnić bardzo szerokie – także pokoleniowo – grono zainteresowanych płytą. A nie jest tak, że ktoś tu osiada na laurach – albo właśnie na owym nazwisku “jedzie”, kolokwialnie rzecz ujmując – bo propozycja ta jest naprawdę konkretna. Duszna i przestrzenna zarazem, jednakowo hałaśliwa i wyciszająca, w równym stopniu konkretna i poetycka, zdolna pochłonąć i pozwalająca skupić się na własnych myślach jednocześnie. A w tych najdłuższych fragmentach, jak w moim ulubionym repetytywnym “Zostaję”, bezsprzecznie świetna.

21. Panowie – Full Automatik (Trzy Szóstki)

[odsłuch]
“Full Automatik” to płyta zamglona, a owa mgła prędko może okazać się nieprzenikalna i dusząca. Bardzo wymagające – tak percepcyjnie, jak emocjonalnie – pół godziny, podczas których nasze możliwości poznawcze i tak najpewniej okażą się niewystarczające (bo pewnie nie zrozumiemy tekstów w całości), a owa aura może nam autokratycznie nakazać włączenie sobie czegoś normalnego. Z perspektywy zespołu to z pewnością wyraźny krok w JAKIMŚ kierunku. A może to, że na pewno nie w stronę światła, jest wyłącznie jak najlepszą dla niego wróżbą.

(tutaj pełna recenzja)

***

50-41
40-31
20-11
10-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *