2018 [polskie płyty] (20-11)

20. Raper Joozef – Dzikie psy (hh50+)

[odsłuch]
Próbowałem komuś dowieść, polecając uwadze takie postaci jak Sowa czy Green Grenade, że rap to nie jakaś tam gorsza muzyka. Skręciwszy w stronę rzeczy bardziej samoświadomych, raczej tezy, iż nieironiczny rap nie jest dobry, nijak nie obaliłem.Tutaj nie pomógłby nawet – znakomity wszak – raper Józef. Pisałem kiedyś o nim, przewidując spory hype, ale jeśli jestem rozczarowany, to kolegami niezalowcami. Jego pierwszy pełny album, “Dzikie psy”, to (pro)pozycja brawurowa i mądra jednocześnie, a przy tym jednoznacznie dowodząca – co sam podnosiłem w owej rozmowie – że rap potrzebuje przede wszystkim świetnych piór. Wielu ich nie widzę, więc Raper Joozef mógłby wziąć scenę szturmem.

19. Vysoké Čelo – Wzium! (Opus Elefantum Collective)

[odsłuch]
Jakże przewrotne jest to, że by rozkręcić taką imprezę, trzeba wypuścić się gdzieś hen w kosmos, i że tak pozytywne fluidy zespół dostarcza nam u progu jesieni. I mamy szczęście, że w ogóle dotarły one na Ziemię, bo jestem w stanie założyć, że “Wzium!” powstało w stanie nieważkości, nie mając przy tym wcale na myśli stanu (upojenia) muzyków. Nie da się być takim smutasem, o czym mogę zaświadczyć, by siedzieć przez te ponad pół godziny jak mruk i pozostać niewzruszonym na wdzięki tych dźwięków. Niejeden statek kosmiczny (nie tylko “Ścianka”) zabierał nas w nieznane. Ale podróż “Wzium” będzie czymś niezapomnianym.

18. Prąd – Lot (wyd. własne)

[odsłuch]
Nie wiem, czy to post-rock, post-hardcore, post-metal, czy może post-punk, ale na pewno lot. Zespół jednocześnie jest pod prądem (tj. w gazie) i trochę pod prąd, gdyż raczej nie śledzi trendów (a na pewno nie po to, by za nimi podążać). Psychodelia, narkotyki, oniryzm, poezja. Niedługo ta nazwa będzie elektryzować.

17. Melty – Melty (wyd. własne)

[odsłuch]
To mógłby być jeden z większych wyrzutów sumienia, gdybym przegapił tę płytę. Nieco przymglony i supermelodyjny noise pop, którego nie umiem nie polubić.

16. SKY – p r e y (Trzy Szóstki)

[odsłuch]
Cocteau Twins czy Dead Can Dance nie zaliczają się do grona moich ukochanych zespołów, choć oczywiście oba lubię i szanuję, ale zauroczenie SKY – nawet jeśli trochę zapomniałem o swoim uczuciu – nie mija. Rozmarzony, rozmazany rozmywającym się we mgle smutkiem darkwave. Nie tylko dla smętnych smutasów, naprawdę.

15. Bonson – Postanawia umrzeć (Stoprorap)

Nie wykluczam, że to jego najlepszy materiał. Zwyczajowo brutalny, wulgarny, przytłaczający, naturalistyczny, ale i brawurowy technicznie, świetny literacko, walący obuchem w łeb.

(tutaj pełna recenzja)

14. Grabek – Day One (Gustaff)

Nie wiem, czy to brak weny i inwencji, jakiś chwilowy kryzys intelektualny, ale czuję się dwojako bezsilny wobec “Day One”. Po pierwsze, nie umiem pisać o tej płycie. Po drugie, nie umiem nie być nią urzeczony. Rachityczne – wydawałoby się – elektroniczne szkielety obleczone neoklasycystyczną tkanką skrzypiec i partii klawiszowych pełne są życia, nowego życia, i rodzą w słuchaczu emocje podobnie silne do tych, z jakich same wydają się zrodzone. Mam tylko żal, że wokali jest tu jak na lekarstwo, bo wynoszą całą tę depresję… jeszcze wyżej.

13. Rycerzyki – Kalarnali (Thin Man)

Pierwsza myśl? Cocteau Twins. Tylko cudaczne. Przy drugim utworze człowiek zaczyna łapać (grunt? dystans? równowagę?). I wtedy jest już naprawdę dobrze, choć skojarzeń i tropów jest tyle, że jedne nachodzą na drugie, a tekstów słucha się tak, jakby to rzeczywiście było Cocteau Twins, wyłapując tylko pojedyncze słowa tak, jakby każda inna osoba mogłaby wyłapać inne, w innych miejscach. Ta muzyka istnieje poza czasem, poza świadomością, choć wydaje się przy tym samoświadoma (z zastrzeżeniem, iż nie mówiłbym o jakimś pastiszu) i zapuszczająca korzenie w czasie, w którym została zrodzona. A to, jak głęboko potrafią one sięgnąć, to inna sprawa. A gdy nie bawić się w takie jałowe gadanie, to trzeba zauważyć, iż skoro sednem popu są melodie, to “Kalarnali” jest (długimi!) momentami płytą wręcz wspaniałą.

12. Tomasz Mreńca – Peak (Nowe Nagrania)

[odsłuch]
Włączyłem sobie Celeste, wściekle trudną grę platformową, będącą ponoć metaforą depresji. Z jakichś względów pomyślałem, że rozgrywka będzie dobrym tłem dla “Peak”. No już nie wspominając o tym, że jeśli muszę podzielić uwagę, to wtedy łatwiej mi się skupić. W każdym razie, na wysokości “White garden” dałem sobie spokój. Oczywiście nie z płytą Tomasza Mreńcy. Zginąłem w tym czasie siedemdziesiąt osiem razy, więc myślę, że jeśli ktoś chce poczuć, czym jest nawet nie wspinaczka pod niedosiężną górę, a w zasadzie każdy krok w takim stanie, to się przekona. Wracając jednak do meritum, w tych dźwiękach również nie ma mowy o dosłowności. O pójściu na łatwiznę i ułatwianiu czegokolwiek słuchaczowi. Grając muzykę równie emocjonalną na płaszczyźnie ewokowania (każdy [d]opowie sobie własną historię) i oszczędną w środkach, równie łatwo zaliczyć podobną liczbę potknięć i skuch co ja podczas rozgrywki. A jednak “Peak” jest mniej więcej jak ten speedrun. Z każdym utworem, z każdym odsłuchaniem wciąga mocniej i skuteczniej, co należy traktować jako pełne troski ostrzeżenie.

11. Pchła – Album Fioletowy (wyd. własne)

[odsłuch]
Odautorski opis warstwy muzycznej, zawierający się w krótkim wyliczeniu instrumentów (gitara akustyczna, gitara elektryczna, dwa pianina – #metonimia), ładnie zamyka temat, bowiem nietrudno sobie wyobrazić, jak bogata w wyrazie i pełna ornamentów może być ta[ka] płyta. (…) Zastanawiała mnie specyfika tekstów, bo o ile odniesienia są oczywiste, a ich natura wydaje się łatwo przeczuwalna, o tyle sam sposób, w jaki udaje się (?!) spisać (właśnie: czy akt [s]pisania nie jest aby wtórny względem fonicznej rejestracji? czy to przypadkiem nie swoista transkrypcja [piekła]?) pewne stany rozproszenia ducha, pozostaje niejasny.

(tutaj pełna recenzja)

***

50-41
40-31
30-21
10-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *