2018 [polskie płyty] (10-1)

10. PRO8L3M – Ground Zero (RHW)

Fajny mikstejp. Chyba fajniejszy niż pierwszy. Na pewno fajniejszy niż pozostałe materiały duetu. Bardzo gęsty, ale człowiek nie grzęźnie w tej opowieści, nie gubi się w slangu, w slajdach, które wyświetlają się w tekstach, chłonie.

Słuchanie “Ground Zero” w całości jest pewnym wyzwaniem, ale to raczej problem niewynikający ze słabości któregokolwiek z elementów układanki (teksty, nawijka, bity). Tak to już ze mną jest, że PRO8L3M mocno doceniam, lubię, ale potem rzadko wracam do kolejnych wydawnictw. Jednak nie mam wątpliwości, nawet jeśli będę odosobniony w swej opinii, że to jest spośród nich najlepsze.

9. SIKSA – Stabat Mater Dolorosa (Antena Krzyku)

[odsłuch]
Gdyby skrzyżować pastiszowe muzyczne wcielenie Doroty Masłowskiej z zaangażowaną wersją Marii Peszek, to wyszłaby Siksa. Ale jak w matematyce: minus i minus dają plus. “Stabat Mater Dolorosa” to czterdzieści minut natchnionego lewackiego bełkotu, który może doprowadzić do szału zbyt dużą liczbę osób (“Alper Sapan Forever”), bym tego nie doceniał. Jak punk, to punk.

Wreszcie dostałem na płycie taką Siksę, na jaką może nie zasłużyłem, ale jakiej pragnąłem. Może drapie, irytuje i wcale nie chce, by ją lubić, ale wrodzona złośliwość każe mi się ekscytować “Stabat Mater Dolorosa”.

8. Katie Caulfield – Mutual Dreaming (Music Is the Weapon)

[odsłuch]
W czasach gimnazjalnych miałem wątpliwą – raczej nie ze względu na apodyktyczną naturę – przyjemność kolektywnego, bo z dwójką kolegów, reprezentowania klasy w drugim i jednocześnie finałowym etapie konkursu matematycznego. Pierwszy szczęśliwie przechorowałem, ale mój zastępca widać był tylko zastępcą, bo ostatecznie nie udało się z tego wyłgać. Wygrać również się nie udało. Zespół Katie Caulfield w podobnej potyczce miałby znacznie większe szanse. Najważniejsze jest to, że nie kalkulują. Klamra, która spina całość (pierwsza i trzecia część utworu tytułowego) jest wspaniała, a cała reszta nie rozłazi się, jest spójna i przyjemna, choć dla mnie panowie mogliby przez czterdzieści pięć minut grać równie intensywnie jak przez ostatnie trzy minuty.

Nie wiem, czy można samego siebie zaskoczyć, układając taką listę, ale obecność “MUtual Dreaming” w pierwszej dziesiątce jest dla mnie pewną niespodzianką. Niemniej to wyróżnienie w pełni zasłużone. Pewnym problemem są jedynie wokale, ale tylko dlatego, że i bez nich jest to muzyka pełnowartościowa i angażująca. Nie dostrzegam pewnie tutaj takiej dawki emocji jak inni, ale widzę, że w szeroko pojętej polskiej muzyce rockowej (wyjąwszy wariant pozbawiony pazura) nie pojawiło się w Polsce w ubiegłym roku nic równie ciekawego.

7. SqrtSigil – Lost In (Szara Reneta)

[odsłuch]
Ostatnio muzyka znów służy mi do wywoływania duchów. Dlatego słucham płyt, które znam na pamięć, by z pamięci przywołać te same utracone obrazy. Nie jest to forma komunikacji, ani komunii, bowiem to, co stanowiło rytuał – autoagresywny, owszem – dawno zatraciło swój religijno-magiczno-poetycki charakter. I nawet nie tyle, by nie tracić ducha, bo ten był uleciał, ale by podsycić wewnętrzny niepokój, w którym wciąż zawiera się jakaś tajemnica, i nakarmić świeżą strawą swoje demony (one trwają wiernie), sięgam z właściwą dotkniętą anhedonią jednostce przyjemnością po “Lost In” SqrtSigil. Znany m.in. z 30 kilo słońca Maciej Jaciuk proponuje muzykę, która w istocie – tu bezsensowne skojarzenie – mogłaby towarzyszyć podczas przechadzki przez Miasto Drzwi z uniwersum Planescape. Nie ma w niej momentów zawahania, są zaś chwile zwątpienia, a wszelkie glitche nie wynikają z pomyłek twórcy. Gdzieś w tej ambientalnej ciemności kryje się – a właściwie czai – fieldrecordingowe życie. Przechadzam się przez nią z większą ochotą niż mógłbym przypuszczać.

Mam zastrzeżenie jedynie do przywołanego w notce skojarzenia. Do “Lost In” przyczepić się byłoby zadaniem nawet nie karkołomnym, a wręcz niemożliwym. Świetna płyta, taki negatyw tej z miejsca trzeciego. I obie, jak zauważam, przeszły trochę bez echa. Może chociaż w zupełnie minimalnym stopniu uda mi się na to wpłynąć.

6. Janusz Jurga – Duchy Rogowca (Opus Elefantum Collective)


[odsłuch]
Przypomina mi się, gdy lata temu sformułowanie “do natury” było w kręgach koleżeńskich hermetycznym żartem, którego – nomen omen – natury nie ma sensu tłumaczyć. Zbyt często powroty są niemożliwe, ale być może Janusz Jurga nigdy nie odwrócił się od tego, co istotne i prawdziwe, dzięki czemu potrafi zawrzeć istotną prawdę we własnej muzyce. Techno we wszelkich swoich odmianach kojarzy się bowiem bardziej – uwaga, modne określenie – z przestrzenią miejską, niejako będąc wpisane w jej tkankę. Gdy prezentowałem komuś pewien zupełnie inny utwór, konkretnie ten, padło stwierdzenie, że “tylko powiesić kulę dyskotekową w środku lasu”. “Duchy Rogowca” wymagają wprawdzie użycia bardziej subtelnych środków, czy raczej powstrzymanie się przed użyciem jakichkolwiek, ale na jakiś after po Nocy Kupały, na skąpanej w poświacie księżyca polanie, środ sosen i świerków, byłyby jak znalazł. A naturalny puls jest przecież… naturalny.

Nie zabrałem do tej pory “Duchów Rogowca” na leśny spacer. Niech to będzie usprawiedliwiem niskiej pozycji albumu w zestawieniu.;)

5. Zaumne – Emo Dub (Czaszka)

[odsłuch]
“Przeżycia” dostarczały… przeżyć i nie będzie jakimś nadużyciem, jeśli po młodzieżowemu zauważę, że i tym razem Zaumne… dostarcza. Po transferze z MAGII do Czaszki to być może jeszcze lepszy zawodnik. Jak widać, także z wojaży po Youtubie, nawet jeśli przemierza się neutralne terytoria nagrań ASMR, może wyniknąć coś dobrego, coś tak dobrego. Tytuł dobrze oddaje nastrój, klimat i stylistykę tych łagodnie pulsujących, wzbogaconych szeptaną ornamentyką nagrań.

Nie wiem, czemu nie zwróciłem na to uwagi pierwotnie, ale “Emo Dub” jest – prócz tego, o czym wspomniałem – płytą przenikliwie smutną. Takim manifestem-szeptem, który gdy się go dosłyszy, w jakimś sensie przeraża. Dobrze, że w nurcie młodej polskiej elektroniki jest również miejsce na nieironiczne podejście.

4. julek ploski – Tesco (wyd. własne)

[odsłuch]
Bałem się, że to jakaś postmuzyka (choć ponoć sam piszę postrecenzje), żart doby późnego internetu, zrozumiały dla osób urodzonych już w XXI wieku, ale jeśli ktoś z drugiego bieguna pomyśli, że oto coś dla niego, to jego rozczarowanie materiałem – czy może uczucie dezorientacji, jakie wywoła – będzie pewnie proporcjonalne do mojej ekscytacji tymże. Nawet ro rozumiem, całą tę otoczkę, i tak myślę, że jakbym pospacerował po Tesco nad ranem (teraz to pobliskie zamykają na kilka nocnych godzin, niestety), to klimat byłby podobny. No a jeśli miałbym wówczas ten materiał w słuchawkach, to mógłbym zeschizować. To, ile podskórnego niepokoju można wszyć w ambientową tkankę, jednocześnie zachowując puls, ile duszy zawrzeć w mechaniczności, wydaje się momentami wręcz nieprawdopodobne. Podium pierwszego kwartału, jeśli chodzi o polską muzykę 2018 roku. Korzystny odsłuch.

najlepsza muzyczka do posłuchania sb

3. Tomasz Bednarczyk – Music for Balance and Relaxation Vol.1 (Somewhere Nowhere)

[pdsłuch]
Przy pierwszym kontakcie pod koniec płyty zacząłem przysypiać. Zanim więc udasz się do lekarza (równie[ż] pierwszego kontaktu), by na rozszarpane nerwy i sen, co sobie wziął i poszedł, przepisał coś zdecydowanie zbyt mocnego, lepiej – co powinno być szczególnie interesującą propozycją dla Pań – pójść do łóżka z Tomaszem Bednarczykiem. A ściślej z jednym z jego tegorocznych dzieł. Bo wcale nie jestem złośliwy, gdy wspominam o przysypianiu. Po prostu podszedłem do tytułu z rezerwą, wręcz z chęcią dowiedzenia (się), iż ta muzyka nie ustabilizuje mnie choćby na chwilę ani nie wyciszy. Bo jakieś przejrzyste ambientowe tonie, z których wynurza się nieśmiało, znacząc delikatne kręgi new age, to przecież nic takiego. A tymczasem napięcie – jak najlepiej rozumiane – z każdą sekundą rośnie, zaś ja czuję się spokojny.

Spowiadałem się niedawno z tego, że układając facebookowe ankiety na polską płytę roku, nie umieściłem w gronie płyt nominowanych “Music for Balance and Relaxation Vol.1”. Nominacji było szesnaście. Cztery – uznałem z automatu – pewne. Na każde z pozostałych dwunastu miejsc miałem po trzy kandydatki. Zwiodła mnie niepozorność muzyki. I to, że jednym z kryteriów – oprócz przekrojowości ujęcia – powinno być danie szansy takim albumom, które nie wydają się… bez szans…

Cóż. Byłem urzeczony albumem Tomasza Bednarczyka. Po kilku miesiącach jestem urzeczony jeszcze bardziej. I czekam na część drugą.

2. Foghorn – Corona (Opus Elefantum Collective)

[odsłuch]
Przede wszystkim (nawet to wyłuszczę, dla dobra sprawy będę konformistą), znalazły się tutaj jedne z najpiękniejszych momentów w całej tegorocznej muzyce. Nawet bym chciał, żeby ktoś mi zapłacił za takie zdanie, ale wtedy bym go nie napisał, ani tym bardziej nie miał, bo nie da się opłacić wzruszeń i uniesień.

(tutaj pełna recenzja)

Często gdy chciałem sobie zwyczajnie posłuchać muzyki, a sięgam w takich chwilach po pozycje emocjonalnie angażujące i ze wszech miar udane (czyli z reguły choćby po Grouper), mój wybór padał na “Coronę”. Niechby ta płyta była głównie mieszanką szlachetnych wpływów. To, co powstaje z miłości do folkowych i ambientalnych dźwięków, tworzy pewną nową jakość, przefiltrowane przez wrażliwość autora i doprawione jego talentem.

1. Syny – Sen (Latarnia)

[odsłuch]
Wrzucę całą recenzję, bo krótka.

„Orient” był eksperymentem językowym, „No Fun” Piernikowskiego to galeryjny rap. „Sen” jest tomem poezji.

Poezji chodników – rzekłbym. Całość, naturalnie na poziomie, nie unosi się nad nie nawet na przepisowe trzydzieści centymetrów. Więcej tu braku niż bruku, prawdy niż prawilności. Są to bez wyjątku wiersze miłosne („mamy w ch*j, w ch*j dużo miłości w ch*j, dużo miłości w ch*j”), rytm dyktuje najsroższy dyktator („wiem, co to dudni, to k*rwa serce dudni”), w czym pozostaje nieprzejednany („teraz siedzę, piszę wiersze / o miłości wiersze / a ty j*b się”). Owa postawa przejawia się zresztą szerzej, jako prosta i wyprostowana, a dzięki niej można kroczyć przed siebie, nie oglądając się na to, co pozostaje poza naszym wpływem („ch*j nas obchodzi, co leci z góry / na głowach czapki, daszki, kaptury” – tak oto pozorna i nieżarliwa dyskusja z kanonem, nie tylko ubioru, przemienia się w świadomą deklarację ideową). Miłość bywa miłością braterską, ponad podziałami („jak zwykle z białasami / walczymy z naszymi demonami / nie j*biemy się z ch*jami, wrogami”), bywa zmysłowym zachwytem nad zastanym („na mieście witam krzywe gęby / tramwaje robią spring reverby / czesze mi to głowę / j*bane nagrania terenowe”) i poetyckim („każdy wers / j*bany Mercedes Benz” – czyżby samozachwyt?). Bywa konretnie adresowana (Antari M-10 w „Nag champa”), bywa utopią („zabierz mnie nad morze, białasie, nad morze / tu ch*jowo, znaczy coraz gorzej”), bywa reaktywna („białasie, ja się w domu bawię ciszą / kiedy na ścianie ch*je na mnie wersy piszą”), bywa destruktywną siłą („ulica białasa ciągnie w dół / przyjaciele ciągną w dół / j*bani artyści ciągną w dół”), a także refleksją… nad nią samą („poj*bane w ch*j są te proste wartości”). Ale jest, wszechobecna i wszechmocna, i daje nadzieję. Surowe w formie – przy czym nie jest to uwaga krytyczna – wiersze Roberta Piernikowskiego zyskują za sprawą 1988 (wł. Przemysław Jankowiak) należytą i godną oprawę muzyczną, dopełniając obrazu swoistej nędzy i rozpaczy, którą jednak może przełamać i rozświetlić rzeczona miłość. Jest to prawda, a że prawdę cenię najwyżej, także w sztuce, to i „Sen” jest moją ulubioną polską pozycją fonograficzną w trwającym roku.

Dwa słowa komentarze. Nie podobała mi się ani pierwsza płyta Synów (była takim pełnym sympatii żartem z muzyki, którą uważam za okropną) ani solówka Piernikowskiego (to bardziej jak samoświadoma poza, mająca przekonać osoby, które do rapu nie chcą się przekonywać), więc gdybym wtedy wiedział o istnieniu frakcji, które w aktywny sposób wyraża nieprzychylność Synom obecnie, tobym przynajmniej ją rozumiał. Nie wiem, jak miałbym komuś, kto jest taki jak ja wcześniej, wytłumaczyć, skąd neofickie podejście. Po prostu dla mnie “Sen” jest naprawdę tomem poezji. Ciemnej, pełnej prawdziwej wrażliwości, romantycznej i (nad)zwyczajnie pięknej. Bity 1988 zawsze robił kapitalne, w dodatku zalicza ciągły progres. Piernikowski nawija… specyficznie, ale w przypadku tej płyty nie wyobrażam sobie, by dało się te linijki podać inaczej. Primeshit.

***

50-41
40-31
30-21
20-11

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *