10/10: Tomasz Turski (Foghorn, Bysikiewicz/Turski, Widziadło)

(o ile pierwsza piątka to moje stałe i zdecydowane top życia, o tyle pozostałe pięć wydawnictw to zestaw płyt, które dokładnie w tym momencie stanowią dla mnie największe źródło inspiracji i na tę chwilę kwalifikują się do mojego top 10; pewnie za parę miesięcy ta lista będzie wyglądała zupełnie inaczej…)

1. Ścianka – Pan Planeta (2006)

Chyba nie byłbym w stanie zliczyć momentów ze swojego życia, które wracają do mnie wraz z pierwszymi dźwiękami ostatniego jak do tej pory regularnego albumu Ścianki (nie licząc ścieżki dźwiękowej do „Niezwyciężonego”). Miłość do niego rosła we mnie długo. Za pierwszym razem, w 2006 roku, grzecznie pokiwałem głową do „Boję się zasnąć, boję się wrócić do domu” ale tego, co zdarzyło na płycie później, za nic nie potrafiłem zrozumieć. I właściwie do dziś nie wiem, kiedy nastąpił moment odblokowania i zrozumienia, że to nie jest zwykły album muzyczny, tylko rodzaj specyficznego, psychodelicznego słuchowiska, gdzie wspomniane „Boję się zasnąć…” to nic innego jak koń trojański, który eksploduje zaraz na wysokości „Pęknięcia 1”. Umówmy się tak – grzecznie informuję, że „Pan Planeta” to od lat mój numer jeden i mógłbym na temat tego albumu napisać jeszcze dobrych parę stron tekstu, jednak z szacunku dla czytelników – w tym miejscu postawię kropkę.

2. Have a Nice Life – Deathconsciousness (2008)

spotify
Styczeń 2008. Pamiętam, jak na już dawno nieistniejącym blogu „7 Kettles” ukazała się recenzja tego albumu. Opis zachęcił mnie na tyle, że choć nigdy nie byłem fanem podwójnych albumów, to chyba jeszcze w ten sam dzień udało mi się zdobyć mp3 (w momencie wydania albumu Have a Nice Life mieli status „jakichś dwóch gości z USA, co właśnie nagrali i wydali płytę za mniej niż 1000 dolarów”- zapomnijcie o jakimś YouTubie czy innych streamingach). No i chyba byłem kupiony już od pierwszych dźwięków. Duet „A quick one Before the eternal worm devours connecticut” + „Bloodhail” spowodował, że nawet jakby reszta albumu okazała się mizerna, to i tak bym nie dawał jej spokoju, na siłę doszukując się tam choćby pierwiastka z dwóch pierwszych utworów. Na szczęście nie było takiej potrzeby. I nawet jeśli nie byłem od początku świadomy dziejowości tego materiału i jego znaczenia w moim życiu, to w tym momencie „Deathconsciousness” to dla mnie dzieło skończone i w stu procentach idealne. Jestem dumny, że od samego początku mogłem brać udział w tym zjawisku.

3. Grouper – Ruins (2014)

spotify
Największą siłą tego albumu jest jego niepozorność. Czteroślad, pianino, głos, trochę ambientowych soundscape’ów, nagrania terenowe przyrody, a nawet dźwięk mikrofalówki w tle. Tylko tyle i aż tyle potrzebne było Liz Harris do nagrania albumu idealnego, do którego każdy powrót wiąże się z przeżywaniem przeze mnie tych samych emocji. Tak właściwie to całe „Ruins” jest czymś w rodzaju nagrania terenowego z Aljezur (album nagrany został w Portugalii), na którym po prostu zarejestrowane są również kompozycje i szkice zagrane na pianinie. Nie zawsze da się rozróżnić słowa, w tle cały czas słyszalny jest lekki szum, niekiedy dźwięki przyrody niemal zrównują się z pierwszym planem, a całość prowadzi do przepięknej 11-minutowej ambientowej cody. Właśnie tak brzmi album, który być może jest dla mnie tym najważniejszym, tylko jeszcze o tym nie wiem.

„Dlaczego każda płyta Grouper jest nagrana co najmniej 3 lata przed jej wydaniem?” – takie (bardzo ważne!) pytanie zadał kiedyś ktoś w nawiązaniu do „Ruins” właśnie. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale Liz doskonale wie co robi i dopóki każdy z jej albumów oddziałuje na mnie w ten sposób, niech tak zostanie.

4. Current 93 – Soft Black Stars (1998)

spotify
Po powyższym opisie nie wiem, czy ktoś uwierzy jak powiem, że nie przepadam za albumami napisanymi i nagranymi w większości na samym pianinie. Może inaczej – mam do takich płyt słabość, jednak rzadko kiedy któraś utrzymuje moją uwagę przez cały czas trwania. Powyższe „Ruins”, i właśnie „Soft Black Stars”, to chlubne przykłady na to, jak to pianino, głos i zaledwie delikatny zarys tła potrafią idealnie zadziałać na długości całego wydawnictwa i ani na chwilę nie schodzić z arcywysokiego poziomu. Poziomu czego? No właśnie – o ile „Ruins” odbieram bardziej jak field recordings, o tyle na „Soft Black Stars” prym wiedzie charakterystyczny songwriting Davida Tibeta, tworzący klimat tak gęsty, że aż można go kroić nożem. Co ciekawe, po latach słuchania zauważyłem, że we wkładce płyty, oprócz wokalu Tibeta, pianina Mai Elliott i Michaela Cashmore’a, jako instrumentarium wyszczególnione są również ghost violin, ghost viola i ghost vocals. I rzeczywiście – ledwo co zarysowane, bardzo subtelnie wmiksowane instrumenty smyczkowe przewijają się na drugim (trzecim?) planie, niczym zjawy w tle starych, pożółkłych fotografii. David Tibet w tym czasie snuje piękne, mroczne i miejscami upiorne historie, których od lat słucham z takim samym zainteresowaniem, szczególnie w okresie jesiennym.

5. Talk Talk – Laughing Stock (1991)

spotify
Albumy Hollisa z, odpowiednio, 1988, 1991 i 1998 roku (tak, podmieniam „The Colour of Spring” na solowy „Mark Hollis” z 1998 roku) to jedna z najważniejszych trylogii w historii muzyki. Najbliższym mi w danym momencie elementem tej cudownej historii jest jej środkowa część. Jak wiadomo, już „Spirit of Eden” było „innym”, uduchowionym i mistycznym Talk Talk, jednak jego następca jeszcze śmielej postawił krok w nieznane. Już samo rozpoczynające „Myrhhman”, w którym żaden raz zagrany motyw później się nie powtarza (!!!), pokazuje, że poprzedni album nie był przypadkiem i czasy „It’s My Life” (nie żebym nie lubił oczywiście) bezpowrotnie minęły. Odważę się stwierdzić, że nikt później nie nadał już post-rockowi takiej duszy, jak zrobili to Hollis, Friese-Greene i Harris na „Laughing Stock”. No i jeszcze to przepiękne, „New Grass”, które nie tylko jest moim ulubionym utworem Talk Talk, ale i jednym z ulubionych w ogóle. Jak dla mnie, bez wątpienia najdoskonalsze dzieło Talk Talk / Marka Hollisa.

6. Hood – Rustic Houses, Forlorn Valleys (1998) / The Cycle Of Days and Seasons (1999)

spotify (Rustic Houses, Forlorn Valleys)
spotify
(The Cycle Of Days and Seasons)
Pozwalam sobie w tym miejscu na małe oszustwo, jednak szczerze mówiąc, nie potrafię wybrać jednego tytułu spośród dwóch widocznych powyżej. Wydane w 1998 i 1999 roku albumy brytyjskiej, mocno niedocenionej i zapomnianej formacji Hood przedstawiają jeden i ten sam obraz. Wspominałem już o jesiennych klimatach? „The Cycle of Days and Seasons” i „Rustic Houses, Forlorn Valleys” to kwintesencja jesiennej melancholii (widzicie te okładki?), ubranej w post-rockowe szkielety. Hood celowo nie nawiązują jednak do mistycyzmu Talk Talk – wspomniane albumy prezentują kompozycje mocno stonowane, zimne, miejscami okraszone delikatną elektroniką i samplami (szczególnie na „The Cycle of Days and Seasons”), rozwijające się bardzo powoli. Albo wcale. Być może właśnie dlatego dziś Hood (poza „Cold House”) pozostają praktycznie anonimowi? Zbliża się wrzesień – szczerze polecam seans z tymi dwoma tytułami. Szczególnie w okolicznościach przedstawionych na jednej i drugiej okładce.

7. Coil – The Ape Of Naples (2005)

spotify
Gdyby nie tragiczna śmierć Johna Balance’a w 2004 roku, „The Ape Of Naples” prawdopodobnie nigdy nie powstałoby w takiej formie. Sam już się pogubiłem, jak to było z tym legendarnym „Backwards” i na ile obecny kształt albumu z 2005 roku pokrywa się z oryginalnym materiałem, ale faktem jest, że w takim właśnie stanie jest on dla mnie tytułową dziesiątką. Może i są w dyskografii Coil wydawnictwa bardziej spójne i odważniejsze, ale to „The Ape Of Naples” stanowi kwintesencję późniejszego stylu grupy i zalążek tego, co mogłoby powstać, gdyby wszystko potoczyło się inaczej. Gdybym został poproszony o analogiczne zestawienie ulubionych utworów muzycznych, „Fire Of The Mind” z pewnością umieściłbym w pierwszej trójce.

8. Mount Eerie – Lost Wisdom (2008)

spotify
Dyskografia Elveruma posiada w swoim zbiorze tyle różnych pozycji, że praktycznie mógłbym tutaj wstawić mem w rodzaju „którym Philem Elverumem dziś jesteś?” i zaznaczyć powyższy album. „Lost Wisdom” – 25-minutowy, nagrany na setkę w trzyosobowym składzie materiał, to na ten moment najbliższe mi wydawnictwo Mount Eerie / The Microphones. Koniec ubiegłej dekady był okresem twórczej nadproduktywności Phila, ale na „Lost Wisdom” wszystko zagrało nawet bardziej niż idealnie. Niektóre utwory pokrywają się z wydanym w tym samym roku „Dawn: Winter Journal”, jednak w tym przypadku spójność i ograniczenie tracklisty do zaledwie dziesięciu krótkich utworów znacznie wyróżniły tę pozycję. I tak przez niecałe 25 minut Elverum osiągnął więcej niż niektórzy Indiefolkowi songwriterzy przez całą swoją karierę. Życzę Philowi wewnętrznego spokoju i jak najszybszego powrotu do takich klimatów.

9. Tom Waits – Alice (2002)

spotify
W mojej relacji z Tomem Waitsem „Alice” było momentem przełomowym, który zupełnie zmienił mój stosunek do – jak się okazało – nie do końca znanej mi wcześniej twórczości tego artysty. Absolutnie porwany jazzującymi, barowymi aranżacjami, jesienną atmosferą i głównie balladowymi kompozycjami wpadłem w wir tej płyty, i płyt kolejnych, powoli ustalając kolejność od tych, które najłatwiej zaserwować sobie na początek, do tych wymagających trochę więcej skupienia, uwagi i odporności. Mimo że od tego czasu minęło już ponad 10 lat, „Alice” (obok „Small Change”) to album, do którego wracam najczęściej. Tak się składa, że jesień już za pasem, tak więc zdecydowanie wyczuwam, że niedługo ponownie Tom Waits przywita mnie słowami „It’s dreamy weather…”.

10. Matt Elliott – Howling Songs (2008)

spotify
Moje 10/10 zamykam chyba najbardziej depresyjną pozycją z całego zestawienia. Ostatnia część tej przepięknej i przesmutnej trylogii („Drinking Songs”, „Failing Songs”, „Howling Songs”) to w moim odczuciu najciekawsze wydawnictwo mistrza półtonów, Matta Elliotta. Śmiałe zapożyczenia z bałkańskiego folku, umiejętne żonglowanie dynamiką, avant-folkowe inklinacje, klimat zadymionego baru, a do tego głęboki, zrezygnowany głos wspólnie tworzą wyjątkowo gęstą mieszankę wybuchową. Absolutnie uwielbiam i prawie na równi stawiam również „Drinking Songs” i „The Broken Man”. „Howling Songs” urzeka mnie jednak wyjątkową intensywnością, dzięki której właśnie ten materiał (wspomagany odpowiednimi napojami wyskokowymi) uderza do mojej głowy najbardziej. Do głowy, no właśnie… Ta okładka. Ten album brzmi prywatny koniec świata (wszystkiego?), opowiedziany na długości 46 minut.

***

Z wydaną w piątek (9 sierpnia) nakładem Opus Elefantum Collective drugą płytą projektu Foghorn, “Thanatos”,  można zapoznać się tutaj (Bandcamp) i tutaj (Spotify).

***

Pozostałe dotychczas opublikowane listy:
Grabek
Oceniam tw peja
Słucham muzyki czysto ironicznie
Songs I like
Zguba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *