10/10: Słucham muzyki czysto ironicznie

Tylko podlinkuję fanpage. I cicham.

***

Na co dzień nie operuję raczej słowem pisanym i choć panie od polskiego ze szkoły mnie chwaliły za dryg do tekstu (nawet jeśli interpunkcja to obca mi idea), to od tamtego czasu mogłem się jedynie pogorszyć. Ostrzegam więc, że będzie nieskładnie, zbyt długo i w ogóle chyba radzę przede wszystkim patrzeć na nazwę i okładki. I sobie po prostu tych płyt posłuchać.

PS: Miłościwie nam prowadzący autor bloga pozwolił mi robić obrazki w opisach, ale ileż można memy robić, więc traktuję opisy w formie wyzwania.

PPS: Kolejność alfabetyczna, bo słuszne to i sprawiedliwe (i wszystkie kocham tak samo mocno).

The Beach Boys – Smiley Smile (1967)

spotify

Co? Ale jak to nie “Pet Sounds”? Ale jak to nie “SMiLE”? Po pierwsze – bo mogę. A po drugie – a bo dlaczego nie wykorzystać okazji, aby posunąć do przodu lobby minimalistycznych The Beach Boys? Seria trzech płyt nagranych w lo-fi, każda z różnym charakterem, wydanych w latach 1967-1968 przez Wilsona i spółkę, to chyba moje ulubione ich albumy. I nic nie przebije tej wspaniałej przestrzeni, suchoty i minimalności, jaką przedstawia “Smiley Smile”. Przearanżowane pozostałości z porzuconego projektu “SMiLE” jak “The wind chimes” czy “Wonderful”, są niepokojące, ale i piękniejsze niż w jakiejkolwiek bardziej dojebanej studyjnie estetyce. Surowe organy, wyciszone harmonie i żeby przypadkiem za nudno nie było, jeszcze “Heroes and villains” oraz “Good vibrations” na dokładkę. Jeśli walić wiadro, to tylko do tego pradziadka bedroom popu.

Fishmans – 98.12.28 男達の別れ (98.12.28 Otokotachi no Wakare)
(1999)


spotify
Sumienie nie pozwoliło mi wśród dziesięciu płyt nie umieścić choć jednej płyty koncertowej. Osobiście bardzo lubię koncertówki, bootlegi, nagrania z konsoli itp. – jestem straszny leń i rzadko kiedy ruszam dupencję z mieszkania na koncerty niestety, ale oprócz tego stanowią niepowtarzalną pamiątkę jedynego w swoim rodzaju wydarzenia. I czy istnieje bardziej epokowa pamiątka niż nagranie tych kryptycznych, dreampopowych magików z Fishmans z 1998 roku, kiedy na scenie wykonali jeden z najpiękniejszych setów koncertowych ever? Jest tu też cała mitologia – to w końcu ostatni koncert zagrany przez zespół przed śmiercią wokalisty, Shinjiego Sato. No ale mitologia mitologią, a taśma mówi sama za siebie – tutaj słychać zespół w sile mocy, czerpiący czystą radość ze wspólnego grania, przedstawiający często dość sztywne studyjnie utwory w wersjach absolutnie porywających. I jeszcze jakby tego było mało, koncertowe wykonanie “Long Season” – jednej z najlepszych kompozycji/płyt lat 90. (tak wiem, że to RYM-core ale RYM ma czasem rację, ziomki). Naprawdę mam tylko jeden problem z tą płytą – to wszechobecne w pierwszej połowie elektroniczne bębny (mamo, przestań). Ale jak już ją włączę i dam się porwać, to nawet one mnie z transu nie wyrzucą.

Kraftwerk – Die Mensch-Maschine (1978)

spotify
Powiem Wam w sekrecie, że nigdy się w elektronikę nie mogłem wkręcić. Ja to jestem jednak, kurwa, stary dziad mentalnie – nie ma gitar, nie jestem zainteresowany. No trochę przesadzam, ale faktycznie bardziej mnie ciągnie do gitarowych rzeczy na nieszczęście. Pewnie dlatego, że mam jednak trochę przeświadczenie, że “też tak bym mógł grać”. Nawet jeśli wiem, że bajdurzę. Zdarzają się, dzięki Bogu, płyty, które mnie swoją przestrzenią audialną oraz bezbłędnym songwritingiem chwytają za serduszko, mimo że brak na nich jakichkolwiek gitar. W ogóle chwytliwość über alles. Jak nie chcę do Twojego utworu śpiewać, to nawet nie marnuj mojego i swojego czasu, pokazując mi go I taką płytą jest arcydzieło synthpopu, jakim są niemieckie roboty przebrane za ludzi przebranych za roboty, napierdalające piosenki o modelce, satelitach, neonach i o nich samych. Ta płyta ma tak cudownie staroświeckie elektronicznie i unikalne brzmienie, że jak na ironię nie zestarzała się ni trochę. Kocham serdecznie. I jeśli jest jeden powód, dla którego żałuję, że nie widziałem Kraftwerku puszczającego muzę z laptopów na Tauronie, to jest to “Spacelab” i kawałek tytułowy.

Kury – P.O.L.O.V.I.R.U.S. (1998)

Zachowajmy resztki mojej reputacji jako śmieszka poza kontrolą i zawieśmy na sekundę ucho nad monumentalnym przykładem robienia sobie jaj ze wszystkiego i ze wszystkich, jakim jest ten shitpost trójmiejskiej sceny yassowej. Co piosenka to wycieczka w zupełnie inne rejony muzyczne, wszystkie sparodiowane ideolo (poza ewentualnymi, z lekka awangardowymi smaczkami jazzowymi tu i ówdzie, jakby Tymański chciał przypomnieć, że te ziomki to jednak w gruncie rzeczy jazzmani). Oprócz muzykalnych żartów są tutaj też oczywiście żarty słowne, które często odnoszą się do humoru związanego z jajcami, sraniem, smrodem z ust, ruchaniem i przemocą domową. Czyli dla mnie – nieironiczne szczyty humoru. Żal, że potem już nic podobnego na scenie muzycznej w Polsce się nie pojawiło (OST do “Wesela” Smarzowskiego był zbyt mało absurdalny muzycznie, Projekt Poezja Kulturystyczna jest zbyt mocno wprost), ale może to właśnie dzięki temu “P.O.L.O.V.I.R.U.S.” stoi pośród płyt z humorkiem niczym mój kutas, kiedy słyszę solo Możdżera w otwierającym kawałku.

Manic Street Preachers – Everything Must Go (1996)

spotify
Dobra, było pośmiane, to teraz coś iście wspaniałego. Z dedykacją dla Krytyki Holistycznej. Jestem ogromnym fanem britpopu. I choć za Pulp dałbym się pociąć żywcem, to nie ukrywam, że mój król w tym gatunku jest jeden. I jest to ta niepozorna płyta walijskich postglamrockowców. Poprzednia, napisana jeszcze z tajemniczo zaginionym tekściarzem Richiem Edwardsem (czyli “The Holy Bible”), to encyklopedia sposobów, na jakie dzisiejsze społeczeństwo jest niedojebane i jeden z najbardziej depresyjnych odsłuchów, na które można w katalogu najntisowych płyt liczyć (niesamowita chwytliwość melodii nie pomaga). “Everything Must Go” to jednak rzecz czysta jak łza, otwarta, mocno personalna i mówiąca o wszystkim bez żadnych metafor czy objazdów. W dodatku przedstawia teraz już trio muzyków jako ludzi, którzy nie tyle chcą pozostawić traumę przeszłości i swoją historię, ile rozumieją, że to jest jedyny sposób, w jaki mogą pójść dalej. Aby móc powstać z popiołów niczym Feniks, musisz sobie zadać pytanie: “What’s the point in always looking back / When all you see is more and more junk?”.

No i kurwa te single.

Mike Oldfield – Five Miles Out (1982)

spotify
Każdy pewnie przechodził przez fazę bycia urodzonym w złym pokoleniu*. Ja również, chociaż chyba nigdy nie pisałem upokarzających komentarzy na YouTube. U mnie w każdym razie ta faza udzieliła się w postaci adoracji Queena, Pinka Floyda i usilnego udawania, że rozumiem rock progresywny. Z perspektywy czasu uważam, że większość rocka progresywnego poza największymi klasykami jest asłuchalna, – scena Canterbury notwithstanding – ale zawsze będę bronił Mike’a Oldfielda. Ziomek skrajnie introwertyczny, pojebanie uzdolniony wirtuoz gitary, w dodatku w wieku osiemnastu lat nagrał pięćdziesięciominutową suitę, którą napisał i w której zagrał na wszystkich instrumentach. Wiecie, co ja zrobiłem w wieku osiemnastu lat? Kurwa gówno, bo jestem śmieciem, nawet fanpeja wtedy jeszcze nie miałem. Nie była to też pusta wirtuozeria, bo na przykład za fuzją łorld mjuzik i progresiw rok na “Ommadawn” z 1975 roku kryły się moim zdaniem najczystsze emocje. Ale tak czy inaczej, za największy talent Staropolskiego uważam jego dryg do tworzenia melodii, które siedzą w Twojej głowie. Oczywiście z tą przywarą odnalazł się idealnie, tworząc kilka hitów na początku lat 80., ale kiedy na “Five Miles Out” wszedł w przejście pomiędzy ambicją (brzydkie słowo) wcześniejszych płyt a sprzedajnością (brzydkie słowo) późniejszych, to wszystkie puzzle tej muzycznej układanki wpadły na swoje miejsce. Każdy z motywów “Taurus II” obrzydza swoją chwytliwością, a piosenki, w postaci niedocenionego “Family man” i będącego spadkobiercą modularności Wilsonowskiego “Good vibrations” kawałka tytułowego, są dos-ko-na-łe. “A-a-le brzmi jak gówno”. Twoja stara brzmi jak gówno.

*To jest oddzielna rzecz od bycia gitarowym fanem, o czym już przy Kraftwerku biadoliłem.

The Olivia Tremor Control – Black Foliage: Animation Music Volume 1 (1999)

spotify
Dawno temu napisałem na swoim peju jedyny obszerniejszy tekst w jego historii, w którym wylałem swoje żale nt. braku ustanowienia drugiej płyty Olivia Tremor Control jako jednego z klasyków popularnie rozumianej muzyki indie, kiedy na przykład inna (też fajna) płyta z tego samego okresu, z tej samej wytwórni i z pewnym przecięciem na diagramie Venna jeśli chodzi o występujących muzyków, czyli album z kartoflem/tamburynem na okładce, takim jednoznacznym klasykiem już jest. Cóż, mi zdecydowanie bliżej do ekscytowanka tymi nieprzewidywalnymi teksturami, sikstisowym songwritingiem (kurwa, w paru miejscach czuć takiego klasycznego Lennon/McCartney) i w dużej mierze infantylnie naiwnymi tekstami (które na “Black Foliage” występują w ogromnym stężeniu) niż surową prostotą i kryptyczną poezją “In the Aeroplane Over the Sea”. Kurde, i znowu wychodzi, że nie mogę o jednym mówić bez wspominania o drugim. Puśćcie sobie “I have been floated” albo “Hilltop procession momentum gaining”, a w mig zrozumiecie, co takiego zajebistego jest w tej płycie. O, albo “A peculiar noise called the train director” – wspaniały aranż. Więc nawet jak nie ma, że jest dobrze czy niedobrze, to na tej płycie jest po prostu dobrze (nawet jeśli na środkowy kolaż dźwiękowy trzeba mieć humorek odpowiedni).

Queen – Greatest Hits II (1991)

spotify
Przez bardzo długi czas – i do dzisiaj w sumie, pozdrawiam kochane polskie Forum Queen – obracałem się wśród ludzi, którzy mówili, że kompilacja to nie prawdziwa płyta, i że z definicji jest gorsza. I jo, nie wchodzi w ten cały duch “spójna całość od dechy do dechy” nad którym całe pokolenia rockfanów uwielbiają walić gruchę, ale wiecie co? To jest tak czy tak zbiór określonych piosenek z określoną – czasem czysto arbitralnie – kolejnością, więc liczy się i koniec. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, stałem się szczęśliwszym człowiekiem. Do dzisiaj nie uważam, że New Order wydało jakąś ultrapłytę studyjną – za to “Substance” jest mistrzowskie. “Gold” ABBY to klasyka, ale słuchać jakiejkolwiek ich jednej płyty w całości to nuda. Z Queen jest trochę inaczej: bardzo lubię niektóre płyty studyjne (“Sheer Heart Attack”, usiądź mi na mordzie), ale narracja, jakoby Fred i s-ka byli singlowym zespołem, bardzo mi się podoba. Szczególnie że na koncie mają być może dwie z najlepszych składanek w historii – “Greatest Hits” i “Greatest Hits II”. Nie słuchajcie zoomerskich kontrarian – te nutki to the shit. Aktualnie znów bardziej siadają mi jedynki z drugiej dekady działalności – karaoke faworyt w postaci “Under pressure”, antemiczna cebula “Who wants to live forever”, pseudooperowość “It’s a hard life”, całokształt “The show must go on”. No wspaniałe rzeczy tu się dzieją, które udowadniają, że Queen wcale aż tak bardzo w tych latach 80. jednak nie zdziadziało.

Sparks – No. 1 in Heaven (1979)

spotify
Kiedy pod koniec lat 70. ogromna część debili rockowców robiła z siebie idiotów, krytykując falę muzyki disco i discopodobnej, ex-glam wunderkinder w postaci braci Mael postanowiło zafundować swojej muzyce odrodzenie, ubierając szczwane teksty i wspaniałe melodie poprzedniej iteracji projektu Sparks w nowy garnitur, zapewniony przez Giorgio Morodera, i tym samym stworzyła jeden z najważniejszych i zarazem najlepszych albumów synthpopowych wszech czasów – w dodatku z silną domieszką tego znienawidzonego disco. Nie ma co tu gadać – kawałków nie za dużo, ale każdy wykorzystuje swój czas trwania na maksa. Bracia Mael – jak ja ich, kurwa, szanuję.

Ween – The Mollusk (1997)

spotify
Skoro prowadzę fanpej o nazwie “Słucham muzyki czysto ironicznie”, to naturalne jest, że na pytanie Zappy “Czy humor powinien mieć miejsce w muzyce?” odpowiem twierdząco (cytując zapewne przy okazji ten śmieszny filmik z papieżem-Polakiem). Lubię, jak artyści nie biorą siebie całkiem na poważnie (czasami sobie myślę, że pojęcie szacunku do własnej osoby jest mi całkowicie obce), bo przychodzi koniec dnia i jesteście po prostu jakimiś randomami, co grają na urządzeniach stworzonych tylko po to, żeby robić hałas, i jeśli się na to zdecydujecie, śpiewacie o maluczkich w kontekście wieczności i kosmosu problemach. Więc jak się pojawia w moim życiu Ween – muzyczni klauni działający w złotym środku pomiędzy absurdyzmem a przeintelektualizowaną pretensjonalnością Zappy oraz przyjemną lekkością a nieznośnie zidiociałą oczywistością polskiego kabaretu – to ja to kupuję jak pojebany. “Mollusk” to jest płyta życia. I co najlepsze, nie jest jedynie śmieszna (a jest, i to na miliardy sposobów), ale też wspaniale wykonana i napisana. A w niektórych momentach, kiedy tego chce, chwyta za serducho na najdziwniejsze sposoby. Nie wyobrażam sobie zademonstrować tego inaczej niż przechodząc po kolei po każdym z utworów.
1. I’m dancing in the show tonight – korzystając z tropu “to, co słodkie, może również być przerażające”, Ween plagiatuje novelty song z lat 50.; nakładając i przetwarzając przesterowane wokale w stylu twarzy z teledysku do “Black and white” Jacksona, i kreują abominację, która z jednej strony mówi “będzie milutko”, ale z drugiej ostrzy zęby, żeby Cię zjeść.
2. The mollusk – prosta ballada ze wspaniałymi klawiszami, która przedstawia folkowe cliché tekstu-rozmowy składającej się z pytań i odpowiedzi, tutaj sprowadzając ją do rozmowy na temat jakiegoś bliżej nieokreślonego mięczaka morskiego, z którego to tekstu nic nie wynika i w sumie koniec końców wiesz mniej niż na starcie. Pedofilskie podteksty to bonus.
3. Polka dot tail – piosenka dla dzieci śpiewana na kacu i zejściu naraz, kiedy zespół czuje, że się zaraz zrzyga, a producent ich zmusza, żeby to gówno nagrali, bo kurwa dzieci muszą mieć piosenkę o wielorybie w kropki! Zawiera też najśmieszniejszy moment w muzyce kiedykolwiek. Proste “Help me.” po fali kwaśnych syntezatorów.
4. I’ll be your Johnny on the spotcountry shitpost #1, tym razem w formie skrajnie przetworzonej fuzji elektro i country i z automatem perkusyjnym, co nigdy nie przestaje napierdalać.
5. Mutilated lips – kawałek tak kwaśny, że kwas od niego przestaje działać. Wizje macek, karłów i zrujnowanych warg napełniają stronę liryczną tej piosenki, co w połączeniu z pływającym (dosłownie! ten wsteczny pogłos na wokalu…) soundscape’em tworzy coś tak ohydnego, a jednocześnie absurdalnego, że gdyby H.P. Lovecraft miał poczucie humoru, toby sam mógł to napisać.
6. The Blarney stone – po prostu doskonała szanta o starym, zgrzybiałym i hultajskim piracie. Antyradiocore supreme.
7. It’s gonna be (alright) – żadnych żartów tutaj nie ma. Z lekka marynistyczna, mokra produkcja uzupełnia po prostu szczerą, smutną piosenkę o rozstaniu w przeczuciu, że wszystko będzie dobrze dla obojga, nawet jeśli to ja jestem winny. Kurwa, poszukajcie czegoś tak szczerego u Nocnego Kochanka, frajerzy.
8. Cold blows the wind – reinterpretacja folkowej tradycyjnej piosenki, z niepełnym odwróceniem płci, której fakt znalezienia się na tej płycie podkreśla to, jak bardzo nonsensowne potrafią być te “mmmm liryczne” teksty. Ale oprócz tego: matko, jaki to jest wspaniały kawałek folkrockowy.
9. Pink eye (on ny leg) – szybki instrumental ze szczekaniem i bekaniem (piękne).
10. Waving my dick in the windcountry shitpost #2, tym razem aranż bardziej konwencjonalny, ale mamy za to tańczącego dziada, Jimmiego Wilsona (“I’M DOING THE BEST I CAN, GOD DAMMIT!”), ma to taki swojski urok.
11. Buckingham green – bezbłędna parodia rocka progresywnego i główny powód, dla którego niektórzy dają tej płycie łatkę prog rocka. Tekst brzmiący epicko, ale będący o zupełnie, absolutnie niczym, eksplodujące gitary, mellotronowe klawisze i wokal, którego by Greg Lake się nie powstydził. To jest jeden z tych rutlesowych momentów, gdzie parodia może bez obaw stać obok oryginałów.
12. Ocean Man – “OCEAN MAN, TAKE ME BY THE HAND LEAD ME TO THE LAND THAT YOU UNDERSTAND”
13. She wanted to leave – znowu feelsy, tym razem kawałek który jest niczym fuzja utworów 6. i 7. – brzmi jakby pijany pirat z 6. nie mógł pogodzić się z utratą jedynej miłości swojego życia (czytałem interpretację, że może nawet chodzić o statek xd). Można się śmiać tutaj z dziwnych rzeczy (że facet śpiewa jak pirat, że mamy tutaj znowu dziwnie pedofilskie podteksty), ale kiedy w ostatnich linijkach przyznaje, że coś się w nim zmieniło, że stał się “jednym z nich”, to mnie emocje biorą jak chuj. Do tego wszystkiego po wielkim dzwonie wchodzi powtórzenie melodii z pierwszego utworu, tym razem brzmiącego jak elegia, koniec ironii, koniec śmieszków, koniec wszystkiego. Amen.

***

Pozostałe dotychczas opublikowane listy:
Oceniam tw peja
Songs I like
Tomasz Turski (Foghorn, Bysikiewicz/Turski, Widziadło)

Wojtek Grabek
Zguba