10/10: Recenzje rapik i muziczka ugulem

Tradycyjnie: tylko podlinkuję fanpage.

***

10. Various Artists – Capital Noise Chapter 1: Noise and Politics (1995)

To w zasadzie nie jest album, ale dosłownie nikt oprócz mnie nie ocenił tej kompilacji. A wielka szkoda, bo w zasadzie obok “Because I’m Young Arrogant and Hate Everything You Stand For” Machine Girl jest opisem tego, czego chcę od digital hardcore. Grupa osiemnastu niemieckich artystów breakcore’owo-gabberowo-hardcore’owych zebrała się razem z Aleciem Empire z zespołu Atari Teenage Riot i stworzyli to cudo; każdy track porusza w sumie to samo co wcześniej wspomniany projekt Machine Girl: to że jesteśmy młodzi i aroganccy, i nienawidzimy wszystkiego, za czym stoisz. Polecam serdecznie, niestety najlepszy sposób, żeby sprawdzić ten album, to Soulseek lub Youtube, bo nawet na Discogs jest jedna kopia tej płyty – za sporą cenę 52 euro.

9. Arthur Russell – World of Echo (1987)

spotify
Pierwszy album Arthura Russella. Poznałem go dzięki “30 hours” Kanye Westa i od razu zakochałem się we wszystkim, co ma do zaoferowania. Żaden jego album – mimo tego, że też są świetne – nie sprawia, że czuję tak wiele emocji jak “World of Echo”. Nieważne, czy to bardzo minimalistyczne i wręcz usypiające instrumentale, czy głos Russella, który jest tak mocno przetworzony, że często nawet nie wiadomo. co on mówi (on nie mówi 30 hours jak coś) – każda część tego albumu sprawia, że jest on piękny. To typ muzyki, która sprawia, że chce mi się płakać tylko dlatego, jak bardzo piękna jest ta płyta. Kolejny powód, dla którego kocham ten album, to to, jak łatwo dopasować do niego każde uczucie; nieważne czy tęskniłem za kimś, czy bałem się tego, co się stanie – ciągle mogłem znaleźć ujście tych emocji w tym właśnie albumie, dzięki czemu jest on bardzo ważny dla mnie i prawdopodobnie zasługuje na wyższą pozycje, ale ta lista była już trudna do zrobienia, więc wyszło jak wyszło.

8. The Mars Volta – Amputechture (2006)

spotify
Gdyby “Trout Mask Replica” była bliżej progresywnego rocka niż mieszanki jakiejkolwiek muzyki, i była dobrą płytą, to byłaby bardzo podobna do “Amputechture”. W zasadzie to porównanie jest bez sensu, ale chciałem zdissować “Trout Mask Replica”, a najłatwiej będzie to zrobić przy The Mars Volta, choć jedyne, co łączy te dwa albumy, to to, że są eksperymentalne. Sam dziwię się, że całkiem wcześnie w mojej przygodzie muzycznej (bardziej niezalową sceną zacząłem się interesować w późnym 2018 roku) natrafiłem na ten album, i od razu pokochałem go. Okładka bardzo pasuje do tego, czym jest (swoją drogą, ten chłopek po prawej w koszuli wygląda jak FilthyFrankTV i nie wiem, czemu nikt o tym nie mówi jeszcze), muzyczna wersja bomby atomowej, gdzie w zasadzie wszystko ma sens, ale mimo tego nie do końca rozumiem czemu. Nie zrozumcie mnie źle, ten album nie jest ani trochę chaotyczny, wręcz przeciwnie, płynie wręcz idealnie przez całe 76 minut do tego stopnia, że przejścia między trackami są wręcz niezauważalne. Poprzedni opis był trochę długawy, więc tu się pośpieszę: niesamowity technicznie album, perkusja, która spokojnie rywalizuje z tą graną przez Zach Hilla, bardzo złożone tracki, cała eksperymentalność Mars Volty podkręcona do maksimum. Jest niesamowity, eluwa.

7. Lil Ugly Mane – Mista Thug Isolation (2012)

spotify
Travis Miller jest biały. To nie zmienia totalnie nic w odbiorze tego albumu, chociaż do dziś ciężko mi uwierzyć, że człowiek, który nagrał kawałek “Cup fulla beatlejuice”, ma na imię Travis i jest białym facetem, który w momencie wypuszczenia tego LP miał prawie 30 lat. Album, który powinien znać w zasadzie każdy fan eksperymentalnego rapu, bo mimo ogromnej inspiracji artystami z Memphis ciężko nazwać ten album czystym Memphis Rapem. Pewnie, są tu straszne lo-fi beaty i teksty o zabijaniu chłopa, ale Travis pcha granice tego gatunku tak daleko, że brzmi to jak jakiś post-memphis. W przeciwieństwie do takiego “Oblivion Access” jednak album ten nie traci accessibility (lol!!) i mimo tego że OA jest bardzo dobrym albumem, to najłatwiej będzie mi to opisać scrobblami na last.fm: gdy na “Oblivion Access” mam jakieś 97 scrobbli, to na “Mista Thug Isolation” liczba ta wynosi 740. Porównanie, które przychodzi mi do głowy, to clipping i CLPPNG i splendor and misery, gdzie jedno jest zbyt eksperymentalne, przez co traci swój replayability. Ale wracając, flow jest niesamowite, produkcja jest nie z tego świata, feat Denzela stworzył jeden z moich ulubionych rapowych kawałków, a głos ugly mane’a do dziś sprawia że w sumie mam całkiem mokro, jak słyszę cokolwiek z tego albumu. To w zasadzie wszystko, co trzeba o tym albumie wiedzieć, bo kto powiedział, że album musi wywoływać wiele emocji, żeby był genialny? Pomimo kawałków typu “Alone and suffering” teksty tu są o wiele lżejsze do przełknięcia niż na “Bedwetterze” czy “Uneven Compromise”, pełne śmiesznych punchline’ow (“She said whats your number, I said 1-800-hellno” to jeden z moich ulubionych wersów w historii całego gatunku). Lil Ugly Mane to idealne odbicie lustrzane Kanye Westa, bo w zasadzie na tym albumie zrobił wszystko samemu, nawet okładkę, czyli jedyny wkład innych osób, to – uwaga uwaga – konsultacja miksu XD i featuringi.

6. Aphex Twin – Selected Ambient Works 85-92 (1992)


spotify
Eh, Richard James, jak wiele znaczy dla mnie cała twoja twórczość, nie jestem w stanie nawet wyrazić słowami, bo w zasadzie SAW 85-92 był pierwszym nierapowym albumem, który uznałem za coś bardzo wartego uwagi, i gdyby nie on, i “Face Tat” Zach Hilla, prawdopodobnie nigdy nie pisałbym tej listy. Jedyna krytyka tego albumu to to, że to w zasadzie nie jest czysty ambient, a bardziej ambient techno, ale nie wydaje mi się, że mógłbym odjąć za to punkty; i jestem z tego bardzo zadowolony, bo ten album jest nie tylko potwornie ważny, ale i genialny, absolutny kolos muzyki elektronicznej, który zainspirował całe pokolenia artystów, album, do którego zawsze wracam; nieważne, czy potrzebuję czegoś do puszczenia w tle, czy do grania w gierki ze znajomymi, od 2017 nie było momentu, w którym nie uważałbym tego albumu za jeden z moich faworytów.

5. Have a Nice Life – Deathconsciousness (2008)

spotify
I już przechodzimy na wyższy poziom, bo emocje, które łączą mnie z następującymi albumami, są większe niż z większością ludzi, których znam. “Deathconsciousness” to niesamowity tytuł, bo za każdym razem, gdy słucham tego albumu, jestem w 100% świadomy, że między mną a opuszczeniem tego świata stoi bardzo niewiele. Album, który jest tak bardzo emocjonalny, że pomimo tego, jak wiele razy przesłuchałem go, to do dziś mam wrażenie, że nie wiem, o czym on jest, ponieważ za każdym razem, gdy słucham tego albumu, emocje w środku mnie są tak niesamowicie intensywne, że ten album służy mi bardziej jako narzędzie do akceptacji niż forma ucieczki. Pogodziłem się z tym, że nie będę żył normalnym życiem, tak jak twórcy, Dan Barrett i Tim Macuga, nie kryją się ze swoimi uczuciami, myśli samobójcze wylewają się z tego albumu tak mocno, jak łzy ze mnie za każdym razem gdy słyszę “Bloodhail”, ale nie chce mówić zbyt dużo o tym albumie, bo mam wrażenie, że zepsuję czyjeś pierwsze wrażenia moimi komentarzami, tego albumu po prostu trzeba przesłuchać i zrozumieć to na własne uszy.

4. The Dismemberment Plan – Emergency & I (2000)

spotify
Gdyby mem im kinda quirky doe miał swój album, byłby to “Emergency & I”. Prawdopodobnie jest to najbardziej wszechstronny album, bo liczba emocji i tematów, jakie on porusza, jest ogromna jak na 45-minutowy album; mamy “A life of possibilities”, które mimo tego, że brzmi bardzo pozytywnie i zabawnie, jest trackiem o izolacji od całego świata i tym, że depresja Travisa (tym razem Morrisona) sprawia, że woli uciekać od wszystkich ludzi i chować się w swojej jaskini. Kolejny przykład to “Spider in the snow”, który opowiada o zmęczeniu światem i monotonią, jaką żyje autor, inne tracki jak “I love a magician” opowiadają historię faceta, któremu miłość do kobiety niszczy życie, ale nie jest w stanie skończyć tej relacji, bo czuje się jak w magicznym uścisku, kolejny dobry przykład to “Girl o’clock” które jest zdecydowanie najdziwniejszym kawałkiem na płycie, opowiada o frustracji seksualnej autora i bardzo ekstremalnych emocjach związanych z nią. Jeśli myślicie, że różnorodność kończy się na tematyce, to mam dla was miłe zaskoczenie, bo brzmień jest tu tak wiele jak emocji, mimo tego, że cały album jest bardzo spójny i raczej ta bardzo filuterna, głupkowata atmosfera utrzymuje się przez wszystkie 12 piosenek, to zdecydowanie na nudę nie można tu narzekać.

3. Siekiera – Nowa Aleksandria (1991)

spotify
Siekierka, zdecydowanie wizytówka polskiej muzyki, album, który atmosferę ma tak tłustą, że przez jakiś czas myślałem, że słucham twojej starej (przepraszam). Album, którego teksty znaczą w zasadzie nic, chociaż emocje są tak proste do zrozumienia. Album, którego w zasadzie nie rozumiem sam, i jestem bardzo zadowolony z tego, że tak jest. Szczerze, nie potrafię sprzedać tego albumu; tak, gitary są nie z tego świata, perkusja jest cudowna, a wokale Adamskiego idealnie pasują do tej chłodnej, mechanicznej otoczki, ale nie wiem, co mógłbym powiedzieć o tym  więcej, żeby ktoś, kto nigdy go nie słyszał, nagle chciałby go słyszeć; kolejny album typu “musisz sam posłuchać, żeby zrozumieć”.

2. Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy (2010)

spotify
Postaram się nie rozwodzić zbytnio, chociaż ten album jest najważniejszym albumem w moim życiu. Magnum opus muzyki rap, takie, że w zasadzie ciężko nazwać to rapem; mamy tu wszystko, ambient, niesamowicie wiele tracków popowych, kawałki, gdzie wielu MC rzuca niesamowite wersy, Kanye, który w zasadzie potwierdził to, że nie nazywa siebie Bogiem tylko z powodu ego. Ten album to absolutny moloch muzyczny, nad którym pracowało tak wielu ludzi, że możemy to spokojnie traktować to jako naszą wersję piramid z Egiptu. Album, który jest ze mną od 8. roku życia, w zasadzie to zakochałem się w nim od pierwszego razu, jak usłyszałem go, i do dziś pamiętam ten dzień. Zimowy wieczór 2010 roku, idę do pokoju brata, który grał w tamtym momencie w Metin2 na prywatnym serwerze, słyszę pierwszy track. Pytam się go: “Co to za świąteczna muzyka?”, a on mówi, że Kanye West, wiedziałem kto to, to ten chłop od “Flashing lights” i “Jesus walks”, myślę od razu, że pewnie jest super, mimo tego, że mój gust muzyczny dosłownie nie istniał, bo miałem 8 lat i nie rozumiałem sztuki w jakimkolwiek stopniu. Nie myliłem się, ten album to prawdopodobnie obok Vice City najważniejsze medium w moim życiu, coś co przeżyło ze mną wszystko, pierwszą miłość, pierwszy heartbreak, pierwszą libację alkoholową, cały proces dojrzewania, w zasadzie całe świadome życie ten album był razem ze mną i kształcił się razem ze mną. gdyby nie ten album, zdecydowanie nigdy nie byłbym nawet blisko tej samej osoby którą jestem, zakładam, że każda osoba, jaka czyta to, słyszała ten album, i nie będę mówił nic o brzmieniu jego, głównie z szacunku dla waszego czasu, jeśli nie słyszeliście, posłuchajcie, raczej się nie zawiedziecie.

1. Fishmans – 98.12.28 男達の別れ (98.12.28 Otokotachi no Wakare) (1999)

spotify
Po opisie miejsca drugiego zastanawiać się mogliście, co jest miejscem pierwszym. Żeby przebić najważniejsza 10/10 w moim życiu, muszę troszkę oszukać tę listę, bo “Otokotachi no Wakare” moim zdaniem jest czymś więcej niż 10/10. Nie jestem w stanie powiedzieć, że album, który polepsza kawałki, których jakość to już 10, nie zasługuje na ocenę 11/10. Coś, co powinien usłyszeć każdy człowiek moim zdaniem, dwie godziny czegoś, co sprawia, że perfekcja zostaje w tyle.

***

Pozostałe dotychczas opublikowane listy:
Grabek
Oceniam tw peja
Słucham muzyki czysto ironicznie
Songs I like
Tomasz Turski (Foghorn, Bysikiewicz/Turski, Widziadło)

Zguba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *