10/10: Krytyka Holistyczna

Link do fanpage’a.

1. Former Selves – Future Nostalgia

bandcamp
X ma 99 lat i umiera. Jego ciało – ulepszone tanimi przeszczepami i wszczepami – jest już zniszczoną biomaszyną, poziom życia 1%, bez możliwości doładowania. Ostatnie dni spędza zanurzony w wirtualnych rekonstrukcjach wspomnień z dzieciństwa wyciąganych z głębokiej pamięci i podświadomości. Najbardziej lubi jednak symulator embrionu: tam jest tak ciemno, cicho, ciepło. I powracają wspomnienia z poprzedniego życia. / Jak poprzednie życie, to Former Selves. “Future Nostalgia” to tylko 3 utwory, 15 minut, na granicy percepcji, syntezatorowe, fragmentaryczne melodie, fale rozbijające się na dalekim brzegu czasu. Tutaj: symbol nowoczesnego, niszowego lo-fi ambientu, który nie jest jak audiotapeta, tylko jak powietrze zmieszane z twoimi uczuciami.

2. Grammatics – Grammatics

spotify
Kończy się dzieciństwo, zaczyna się teenage angst, które nigdy się nie kończy. X słucha Placebo, wiadomo. Pamiętnik, lustra i gorączki, chcesz być superbohaterem, więc zamknij usta i walcz z demonami, proszę, nie zawoź mnie do domu, od krzyku do westchnienia, do zobaczenia w przyszłym życiu, kiedy odlecimy na zawsze, ale nie jestem pewny, czy ci wszyscy ludzie rozumieją. Czy to jest pytanie, a jeśli tak, to kto odpowie? / Grammatics byli zbyt dziwni, żeby ich puszczali na indie discos obok Bloc Party, chociaż mieli podobną nerwową energię, a wokalista Owen Brinley był 5 x śliczniejszą wersją Russella Lissacka, total britpop-style pin-up. Ta muzyka była zbyt ambitna, teatralna i misterna, żeby w 2009 roku eksplodować po boomie na gitarowe granie w UK, “indie-prog-rock” brzmi tragicznie, a “Grammatics” brzmi genialnie: kwadratowo, barokowo, mozaikowo, 3-piosenki-w-1-piosence, z epicką pasją, ale bardziej Mew niż Muse (ugh), crescenda, wiolonczela i refreny o Bogu, który jest mordercą. Ktoś kiedyś napisał o nich: “a band to fall in love with”. Dla mnie kultowa klasyka. Wydali 1 płytę i już nie istnieją.

3. Jeniferever – Choose A Bright Morning

spotify
X żyje na świecie jako człowiek, co jest zawsze złym pomysłem. / Jeniferever z Uppsali mieli etykietkę “post-rock”, ale ja mam problem z post-rockiem, to zbyt często stockowa ścieżka dźwiękowa do filmików z dronów: góry, lasy, oceany, wulkany. Tutaj jest inaczej, lepiej – bo to nie post-rock. Tak, to jest skandynawskie, trochę sigurrósowe, ale w tej samej sekundzie epickie i intymne – unikalna mieszanka. Piękne, poetyckie teksty, emocjonalne wokale Kristofera Jönsona, wszystko na najwyższych obrotach świadomości i wrażliwości, wszystko większe-niż-życie, osobiste problemy jako katastrofy, napisy końcowe na tle zimowego, nocnego nieba, “bright morning” to chyba ironia. Kolejny zespół z serii “a band to fall in love with”. Dla mnie kultowa klasyka. Wydali 3 płyty i już nie istnieją.

4. Emo Side Project – A Perfect Star

bandcamp
X słucha słów: “Last night I had a dream, we were sitting in your parking lot and you looked and said to me: I’m so fucking sorry, I take back all the shit I did to you… over the years…”. Tak, to jest zawsze złym pomysłem. Ale nie rozmawiajmy o tym. Chcę iść spać. / Ta posenka (“How Memory Works”) jest na jego innym albumie – Emo Side Project to projekt chłopaka z Kalifornii – ale “A Perfect Star” to idealne intro do jego dyskografii. To są przeraźliwie, rozdzierająco smutne piosenki nagrywane na gitarze akustycznej, fortepianie i tanim mikrofonie, zaśpiewane łamiącym się głosem, przed płaczem, po północy. Nagrał tyle płyt, że można ich słuchać miesiącami. Tutaj: symbol wszystkich nieznanych sypialnianych lo-fi DIY songwriterów piszących najładniejsze, najsmutniejsze piosenki na świecie dla 100 albo 1000 osób.

5. The Apartments – No Song, No Spell, No Madrigal

spotify
X pisze autobiografię – kronikę dramatów, w skrócie – tylko po to, żeby spróbować zrozumieć, co się stało z jego życiem, które nie wydaje się “jego życiem”, tylko… [urwana myśl – pada deszcz – dokończyć później – nigdy]. Nie potrafi napisać pierwszego zdania. / Czy istnieje wspaniałe połączenie The Blue Nile i The Go-Betweens? Tak, istnieje: The Apartments. Peter Milton Walsh – bo The Apartments to on – był nawet przez chwilę w TG-B. “No Song, No Spell…” to literackie, eleganckie, melancholijne, melodramatyczne ballady z późnonocną atmosferą (à la “Hats”) – same w sobie piękne – ale kiedy pozna się historię/genezę tych utworów i tekstów, nagle otwiera się nowy, inny wymiar tej płyty, a reakcją może być tylko niemy, pusty smutek, tak jak w przypadku ostatnich płyt innego australijskiego artysty. Ale ja wolę The Apartments. Wydali 5 płyt (w ciągu 40 lat) i boję się, że ta będzie ich ostatnią. Tak, Bóg jest mordercą.

6. Red Alder – Empty Staircases

bandcamp
X wchodzi do starego, pustego domu. W środku ktoś gra na fortepianie – to brzmi jak weltschmerz waltz, jak soundtrack baletu, w którym pyłki kurzu tańczą w powietrzu – i ktoś śpiewa, jakaś dziewczyna, nie wiadomo o czym, ale o czymś smutnym, gdzieś za ścianą, w zrujnowanej sali balowej (to echo), w ciemnym pokoju z falującymi firankami? Ale tu nikogo nie ma. Żadnego fortepianu, żadnej dziewczyny. Może kiedyś była… / Kiedyś była. Kelsie Brown ze Seattle, przestała nagrywać, może nie na zawsze. Tutaj: symbol groupercore’u, czyli czasami jedynej muzyki, jaka ma jakiś większy, głębszy sens.

7. Lost Trail – Certron Tracking / Golden Video

bandcamp
X mieszka w starym, pustym domu (nie w tamtym, w innym). Dookoła też stare, puste domy, ruiny, lasy, szkielety drzew, zatrute rzeki, tory prowadzące do innych, ale takich samych miast. Spaceruje po tych miejscach wśród duchów. / Drone-ambient nagrywany na antycznej, basinskiej taśmie, zakurzony i zardzewiały, muzyka jak seans spirytystyczny. Połowa utworów to imiona i nazwiska (i głosy) kobiet – nie wiem, kim są, ale pewnie nie żyją. Lost Trail to małżeństwo – Zachary i Denny Corsa z Burlington, North Carolina – którzy tworzą własny świat, taki, jak ten opisany. Nagrali tyle płyt, że można ich słuchać długimi miesiącami. Tutaj: symbol wszystkich dziwnych, smutnych lo-fi projektów ambientowo-drone’owych, czyli czasami jedynej muzyki, jaka ma jakiś większy, głębszy sens.

8. Sangam – Goner

bandcamp
X wraca do miasta. Spaceruje po ulicach dokładnie tak samo, jak wcześniej po lasach i torach, pali papierosy w blasku neonów, od dawna nie pisze autobiografii, w wirtualnej rzeczywistości żyje życiami innych ludzi w innych światach, a w realnej rzeczywistości żyje dzięki tanim przeszczepom i wszczepom. Ale po co? Nie wiadomo. / Każdy album, który zaczyna się synthami na tle deszczu, musi być dobry, a u Sangama – tajemniczy producent z UK – prawie każdy album tak się zaczyna. Cytuję recenzję: “hipnagogiczne loopy smutku, żalu i bólu”. Trochę burialcore, ale ja nie lubię Buriala, więc to po prostu bladerunnercore, new age dla replikantów. Sangam nagrał tyle płyt, że można ich słuchać długimi miesiącami. Tutaj: symbol atmosferycznej, futurystycznej, cyberpunkowej elektroniki, która wyewoluowała z vaporów, wave’ów i softów i jest dla mnie najbardziej rewolucyjnym podgatunkiem ostatniej dekady. Muzyka przyszłości z teraźniejszości. Los Vangelis 2049.

9. Rafael Anton Irisarri – Solastalgia

bandcamp
X testuje nowy, modny narkotyk Y, unosi się ponad wieczną, czarną taflą pre-egzystencji, poza jego mózgiem i ciałem apokalipsa klimatyczna jest w finalnej fazie, a niebo nie ma już nawet barwy ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał. / Chciałem tutaj dać jakiś blackholecore, np. Paul Jebanasam albo Roly Porter, czyli soundtrack do tego, jak rodził się wszechświat, ale lepiej dać soundtrack do tego, jak umiera świat. Solastalgia to smutek klimatyczny. Irisarri jest monochromatyczny, monolityczny, monumentalny, a to jest jego najnowsza i najlepsza płyta. Przyda się, gdy zacznie się…

10. Sean McCann – Sincere World / Fountains

bandcamp (Sincere World)
bandcamp (Fountains)
Już wszystkie domy to domy-duchy, wszystkie miasta to miasta-widma, to jest naprawdę koniec (wszystkiego). / Obie te płyty brzmią jak idealne requiem dla cywilizacji. Sean McCann to kompozytor z Los Angeles, niby awangardowa wersja “modern classical”, ale bardziej pasują jego tagi z Bandcampa, np. “fluxus” i “sound poetry”. Poezja, gatunek: elegia. Tutaj: symbol pięknej, przepięknej muzyki, której jest tak dużo, aż za dużo, ale ukrywa się ona przed ludźmi poza rockiem, popem i rapem, za nudnymi etykietkami “drone” albo “ambient”. Mógłbym tutaj podać 100 albo 1000 innych płyt – też takich pięknych, przepięknych, nieznanych, a w przyszłości (jakiej przyszłości?) zapomnianych.

PS. Dråsa – Rast

bandcamp
Dråsa to Sarah Nawotka z Montrealu. “Rast” brzmi jak duchy Liz Harris, Julii Holter i Julianny Barwick ulatujące do nieba (?) i śpiewające jednym głosem poza światem, poza czasem. Soundtrack tego momentu, gdy człowiek odłącza się od ciała, a reszta zostaje uwolniona. / X ma 99 lat i umiera. I… umiera. Odłącza się od ciała, a reszta zostaje uwolniona. Albo znika. Na zawsze.

***

Pozostałe dotychczas opublikowane listy:
Adam Smolarek (Odbiór)
Baśnia Lipińska
Ccc banany ja bardzo lubie je)
dziewiętnaście czwartych

Grabek
Grzegorz Kwiatkowski (Trupa Trupa)
Jan LF Strach
julek ploski
Karol Schwarz (Nasiono Records)
Kurkiewicz

Oceniam tw peja
Polecam zwalić konia
Rafał Tomaszczuk, Andrzej Turaj (Hidden By Ivy)
Recenzje rapik i muziczka ugulem

Słucham muzyki czysto ironicznie
Songs I like
The Artificial Pine (???, Epiglottis, Pchła)
Tomasz Turski (Foghorn, Bysikiewicz/Turski, Widziadło)

Zguba