10/10: Jan LF Strach

10. Jandek – Ready for the House (1978)

spotify
Jandek którego niemal asłuchalna, atonalna dekonstrukcja mglistej bagnistej duszy bluesa konfundowała zachwyconych fanatyków przez bez mała ćwierć wieku. W roku 1978 do rozgłośni radiowej przysłana została koperta, z której po otwarciu wypadło błoto, trawa, i płyta “Ready For The House”. Potem płyt było coraz więcej, po kilka rocznie, kilkanaście, kilkadziesiąt, a na nich – rozstrojona gitara z lekkim pogłosem oraz monotonny, przygnębiony pan melodeklamujący apokaliptyczne wizje. A na kolejnych płytach ktoś dołączył. A potem przez moment grali poprawnie. Pojawiła się perkusja, potem zniknęła. Pojawiła się damska wokalistka, potem zniknęła. Kim oni byli? Kim był i jest Jandek? Tego nikt nie wiedział, każdy chciał się dowiedzieć, ale Jandek szczelnie pilnował sekretu swej tożsamości, jednocześnie przecież zalotnie zamieszczając na kolejnych okładkach kolejne puzzle swego mikrokosmosu – wszyscy wiedzieli jak wygląda; widzieli zdjęcia jego domu, rozmyte jak nierealne powiększenia fragmentów zdjęć, równie czytelne jak muzyczny przekaz. I nagle sama muzyka stała się tylko częścią mitu, a mit stał się bohaterem, i to właściwie chciałem przekazać. Muzyka eksperymentalna jaka jest, każdy wie. Ale nasz Jandek to wzór budowania mitu. Czym jest etos twórcy, konsekwentnie budującego swój świat wbrew zdrowemu melodycznemu rozsądkowi – na przekór wszystkiemu. Nagrodą jest mit. Jandek nauczył mnie – za co dziękuje bozi, bardzo dawno temu – że nie chodzi o dźwięk, o harmonię, tylko o substancję, a mistrza poznasz nie po wprawie w powszechnie znanych formach, ale po tym że mówi swoim własnym językiem, nie dbając kto go zrozumie i co z niego wyciągnie. Jandek swoim językiem mówi od samego początku, i powinien być wzorem dla nas wszystkich tutej.

(należy wspomnieć że w roku 2004 Jandek wyszedł z ukrycia i od tej pory podróżuje po całym świecie pokazując się i grając na żywo cały czas – jednocześnie nikomu nie podając swego imienia ani nazwiska)

9. The Future Sound of London – Dead Cities (1996)

spotify
To jest z 1996 roku, to niewiarygodne, i nie zestarzało się ani o gram. Przeciwnie wręcz słyszę to brzmienie w działaniach obecnych niezaludków gdy dumnie wznoszą z garści sampli i bitów asymetryczne baby z piasku. To tak bardzo ładnie i nowocześnie brzmi, i ciężko uwierzyć, że zanim rodzice ich powiedzieli sobie elo, w czasach Spice Girls, Backstreet Boys i “Ameno” FSOL wziął techno, konkret, sample z bladerunnera, pieszczotliwą gitarę, punk rocka, odgłosy ciężarówki, głębokie drony, trybalne flety, rżenie konia, psychodelię, chóry, drum’n’bass, nastrojowe pianina, i stworzył tę przepięknie się mieniącą mesmeryczną górę, gdzie pomysły dosłownie wchodzą na głowę jeden drugiemu, gadają w siedemnastu językach co rusz wpadając sobie w słowo a przecie rozumiejąc się doskonale. Na zmianę hipnotyczne i rytmiczne, przyciąga by zaraz nas obrócić jak ciuciubabkę, upaja i stawia okoniem. Całość opatrzył cudownie wiejską okładką która z kolei zestarzała się niebywale i skutecznie zniechęcała w sklepach kolejne pokolenia potencjalnych faniąt.

8. W każdym takim rankingu musi, MUSI znaleźć się Sting. Sting to klasyka i marka sama w sobie, artysta w swoim fachu. A to niechaj służy za dowód.

7. Patricia Taxxon – Traveller (2018)

youtube
A tu czysta czystość. Czyste, kosmiczne tony, jedyne z w miarę współczesnych rzeczy dzieł które doprowadziło mnie niemal do euforii swoim bezpretensjonalnym naiwno-kosmicznym patosem. Daje nadzieję, promieniejąc, po czem bierze za dłoń i porywa w krystaliczno-galaktyczną podróż pełną bajkowych czarów. Szkoda, że nie na dłużej.

6. The Fall – The Real New Fall LP (2003)

spotify
Co mam poradzić że w muzyce mnie pociągają wielkie trudne indywidualności – A u nikogo ta wielkość i trudność nie były tak równie wielkie jak u Marka E Smitha, założyciela i jedynego stałego członka The Fall przez 40 lat istnienia zespołu. Twórczo był niezaprzeczalnie geniuszem, w oparciu o punka, krautrocka, rockabilly, garażowe łojenie i transowe syntezatory rzeźbiącym swoje wizje. No dobra, sam na niczym grać nie umiał a śpiewać najwyżej próbował – ale wizja była jego. Pracownik doków z umysłem chłonącym literaturę, poetów i filozofów jak gąbka, niebieski kołnierzyk żelazną ręką trzymający ciągle zmieniającą się brygadę, prywatnie zaś – totalny penis, regularnie chlający, wciągający amfę i obijający, zwalniający i manipulujący wszystkimi członkami zespołu, przez który w rezultacie przewinęła się przez lata z setka personelu. Ta płyta to tylko przykład, chociaż z tych lepszych – The Fall był bowiem zespołem singlowym, każda płyta porażająca dobrymi kawałkami, by po chwili buchnąć kilkunastominutowym pijackim monologiem – bo takie było widzimisię tego, któremu wszyscy bali się sprzeciwić. Jak przystało na człowieka składającego się w większej ilości z chemikaliów niż człowieka, Mark zmarł w zeszłym roku na raka wszystkiego i na zawsze pozostanie tajemnicą jak człowiek wyglądający jak jabłko zostawione na tydzień na słońcu wyhaczył takie laski jak Brix Start i Elenę Polou. Siłą charyzmy, znowu. Patrzcie jak błąka się między muzykami bełkocząc i piszcząc i jakimś cudem znów gromadzi uwagę wszystkich, nawet nie próbując – taki to był typ.  (Elena na klawiszach, no powiedzcie sami). Mistrz pijackiej repetycji.

5. P.M. Dawn – The Bliss Album (1993)


Czy trzeba jaj by w latach 90 tych być agresywnym raperem z dużym pistoletem, nawołującym do robienia krzywdy i zjadania narkotyków? Tak? A być w tym samym czasie delikatnym katolickim raperem w fioletach , obwieszonym uzdrawiającymi kryształami, przyznającym się do inspiracji beatlesami, autora najbardziej wniebowziętych wielogłosów w historii muzyki? Wszyscy “tru raperzy” wieszali psy na biednym Prince Be, więc z biegiem czasu coraz mniej rapował a coraz więcej śpiewał, i całe szczęście. “Bliss Album” to prawdziwa perła zawieszona gdzieś między siarczystością lat 90-tych a powłóczystymi syntezatorami lat 90-tych, między czarnymi palcami zawzięcie szturchającymi guziołki samplera a czarnymi palcami w ekstazie trącającymi struny gitary w blizko-gospelowej ekstazie. Tyle radości, tyle melancholii potrafił wdusić w piosenki ten przedziwny, natchniony pączek z okładki odziany w zwiewną zasłonę. A już na poważnie, nie słyszałem drugiego takiego dzieła, pełnego nat nienachalnego patosu, niewieśniackiej zabawy samplami i przepięknych, przepięknych harmonii. Prince BE był zbyt delikatny dla tego świata, a jego skonfundowany, uduchowiony new-age beatles-r&b-soft hop zbyt piękny dla zgrzytającej złotymi zęby braci. A to krótkie “piii” co dzieje się tu w trzecim wersie każdego refrenu, to majstersztyk dawkowania harmonii. No nie wytrzymam.

4. Nurse With Wound – Thunder Perfect Mind (1992)

bandcamp
Kolega Szelak z miasta Góra podrzucił mi to kiedyś i już po obejrzeniu okładki wiesz że to jest to. Ale od początku. Podsumowując, Steven Stapleton zamieszkał we wsi Coloorta w Irlandii gdzie własnoręcznie zbudował dom, farmę i studio, do których też sam zrobił meble ze znalezionych kawałków drewna oraz wybrukował płytkami i kamieniami z odzysku. Zrobił też piątkę dzieci i prowadzi imponującą hodowlę sukulentów. W wolnych chwilach nagrywa krautrock, głębokie studnie, nagrywa odgłosy wysp Lofotów które nadaje w pirackim radiu, projektuje etykiety do absyntu. Nagrał szereg kultowych albumów industrialnych, ambientowych, eksperymentalnych. Ekspert od krautrocka i posiadacz największej kolekcji albumów z kobiecym rapem. Living The Dream, jak powiadają za Uralem. Jestem zazdrosny, bo jego życie to mój DIY-ideał. Alas, nie mogę być jak Stefan, mogę tylko podziwiać z jaką łatwością tworzy to rozedrgane, klekocące arcydzieło pełne potykających się robotów, świszczących modemów, złomu, techno-rytmów, jąkatego ksylofonu, eksplodującego na zmianę dronem, noizem, melodią, świergotem, hałasem, nieziemskością. A potem hipnotycznym mambo. Za co dziękujemy Stefanowi, ze zaprzyjaźnił nas z formą długą, zmienną, płynną, wagą klimatu i, odwagi, inwencji. Dziękujemy.

3. Roberto Cacciapaglia – Sonanze (1975)

Jak można pamiętać że coś jest piękne i nie pamiętać zupełnie jak brzmi? Słyszałem to tyle razy zostając z zachwytem, ale musiałem znów sobie przypomnieć. Najwyraźniej to są tu chmury minimalizmu i syntezatorów, wygląda na to że są tu i chóry i pianino, jakieś kosmische-atmosferyczne sznury po których mkną koszule nostalgii prosto w lekko atonalne-nie, oto znowu tak delikatna, wibrująca melodia, najprostsza z możliwych, a wyciska łzy, wyciągając tęcze i smutek przez pory. Te lekko zardzewiałe cudowne zawołania krauto-syren, pieszczą i kołyszą. A za chwilę, jeszcze piękniejsza melodia, kilka taktów budzących ciarki swoim wysublimowanym, narastającym nienachalnym zdzieraniem mojego krytycznego naskórka, chyba nie może być już piękniej? Może. Teraz to już najprawdziwsza orkiestra przetykana słodką rozpaczą prymitywnych elektronicznych padów, i znowu ledwo przeżyłem. Czego i wam wszystkim życzę. Aha, całość jest z 1975 roku.

2. Heavy Vegetable – The Amazing Undersea Adventures of Aqua Kitty and Friends (1994)

bandcamp
“I have noticed lately / I’ve been thinking (for a change) /Art is torture / Nothing special / What’s so glamorous about having no real life? / All my heroes are crazy bored people / With nothing better to do with their own lives / Wish I could understand why I do this…” czyli moja mantra za każdym razem gdy siadam do komponowania. Matematyczne dranie. Rob Crow to kolejny gigant, teraz amerykański dla odmiany. Z HV oraz z Thingy nawyczyniał parę przepięknych rzeczy, cudownie nerwowych, ale wpierw melodycznych, a potem dopiero rytmicznych, nigdy nie robiąc z siebie pretensjonalnych pokrak instrumentalnie masturbujących struny w bezsensownych pętołkach, których tak wiele – och, tak wiele i tak nudno, ale oddalam się od tematu. Ta płyta to mistrzostwo. Przez 10 kawałków, tak, 10 pierwszych kawałków, nie ma tu żadnego słabego momentu. Kiedy pora połamać rytm, łamią go, a kiedy robi się zbyt trudno, wybucha piękna melodia, a kiedy tego tryumfu już za dużo, robi się refren, nagły lob progresji i atak czystej punkowości, i zero, zero, zero schematu – no i kolejnym cudem te wokalne berki i ciuciubabki między Robem i Eleną. Rzeczy, które słyszę tu, nie słyszałem nigdzie indziej. Zagranych z taką niefrasobliwą lekkością, jakby byle nastolatek mógł coś takiego wysmażyć w niedzielne popołudnie z gitarką w sypialni ale to niemożliwe. To niemożliwe drugi raz wymyślić coś takiego, sprawdzałem. Genialne gnojki. Co tu najlepszego? Eggy? Headrush? Couch? niemożliwe, każda jest inna, każda tak samo cudna.

1. Cardiacs – On Land and in the Sea (1989)

bandcamp

Przed i po Cardiacsami obce mi było i jest zjawisko muzycznej monomanii. Ale wtedy, po zupełnie przypadkowym prześliźnięciu się w internecie w szaleństwo z lat 80-tych jakim jest nagranie w studio telewizyjnym do “Tarred And Feathered” zostałem na 3 miesiące z otwartą buzią. “To tak można?” zapytałem siebie oraz “Jak się pisze takie melodie?” a ta piosenka nie jest nawet w top 20 ich najlepszych piosenek. To był rok 2010 i natychmiast po usłyszeniu wszystkiego co było na youtube, ściągnąłem nielegalnie wszystko co kiedykolwiek nagrali. A “OLAITS” było pierwszą pełną płytą z tego szaleństwa.

Any real egg has a shell has a shell an egg” zaczyna śpiewać Tim i muzyka po prostu zaczyna się bez ostrzeżenia i te rytmy, te progresje, te melodie, z głowy człowiek który twierdzi że pisanie partytur do piosenek rockowych jest dla cip, a jednocześnie w tym szaleństwie jest NIESAMOWITA dyscyplina, wszystko tu jest obliczone, każdy dysonans.

Jak w przypadku wielu innych płyt w tym autofellatycznym rąkingu, nie mam tu ulubionej płyty, ta jest tylko symbolem całego mistycznego doświadczenia jakie miałem z Cardiacsami. Każda z płyt zawiera kilka kawałków typu “mech” oraz kilka takich po których jakoby sufit mnie się na głowę orwał. Tutaj jest “Duck and Roger The Horse” które jest tak hałaśliwą dekonstrukcją wszystkiego jak się da nie będąc detsrukcją, jest “Arnald“, zdumiewająco nieskomplikowany hymn piratów z jaskiń z obniżeniem o ton na czas solówki – wspaniały patent który na pewno kiedyś wykorzystam, no i na koniec jest “The Everso Closely Guarded Line”, miotający się między frenetycznym walczykiem, a podziabanymi walnięciami wioseł, pomiędzy którymi krążą cienko-głose wróżki, i ze wspaniale orgazmicznymi chmurami syntezatorów, mój aktualny kandydat na mój pogrzeb – to co się dzieje tu w 2:52 to mam nadzieję, ze tak wygląda niebo.

Cardiacs to powód mej nieustannej zazdrości, ich piosenkografia, a w sumie – umówmy się – jednego człowieka, Tima Smitha (który tragicznie przeżył rozległy wylew w 2008 i do dziś nie odzyskał sprawności) – pełna jest momentów które rozpalają mnie miłością i zawiścią, gdzie jakieś zupełnie nowe struktury, pod pozorem zabawy wznoszą konstrukcje rockowe do których żaden inny twórca nawet się nie zbliżył. Mówię tu o solówce w “Firey Gun Hand” i wszystkim co dzieje się po niej , mówię tu o cudownościach które dzieją się w drugiej połowie “Ideal”, (tutaj na żywo! Jak???) i “Gloomy news” co obraca się jak kółko zębate o każdym ząbku innym, a i tak mechanizm napędza, a po drodze wszystko rozpada się i zgadza.

Jakoż chłeptałem tę studnię znakomitości do dna, od Cardiacs przechodząc do Sea Nymphs, do Mr and Mrs Smith and Mr Drake, aż do solowego albumu Smitha z druzgocącym “Swimming With The Snake”:

And I love you /And I know you can’t love me there too. /Can’t hold her hand to ease the pain inside my heart. Drowns me out of depth / Over my head / Over my head.

And she pumps air in my spirit and / Blasts my eyes with her tongue and coils / Gives me everlasting sight in her world last. / I never lost my eyes…

***
Ważne linki:
– profil bandcampowy prowadzonego przez Jana LF Stracha netlabelu Underpolen, gdzie znaleźć można całe mnóstwo nagranych przez niego pod wieloma szyldami płyt;
– najnowsze (w chwili publikacji tych słów, na dniach, nakładem enjoy life, ukaże się bowiem album “Jego Opalescencja”) wydawnictwo artysty, epka Trudne energie, proste rozwiązania”.
***

Pozostałe dotychczas opublikowane listy:
Baśnia Lipińska
Ccc banany ja bardzo lubie je)
Grabek
Grzegorz Kwiatkowski (Trupa Trupa)

Oceniam tw peja
Polecam zwalić konia
Recenzje rapik i muziczka ugulem

Słucham muzyki czysto ironicznie
Songs I like
Tomasz Turski (Foghorn, Bysikiewicz/Turski, Widziadło)

Zguba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *