10/10: Grabek

Pierwszej dziesiątki nie będzie, ponieważ pierwsza dycha była już tutaj:

Będzie za to dziesiątka druga, albo trzecia, albo czwarta, albo po prostu kolejnych dziesięć płyt, które uwielbiam. Bo kto powiedział, że musi być top 10?

1. Mischa Maisky „6 Cello-suiten” Johann Sebastian Bach (1999)

Jest coś w tym wykonaniu suit Bacha na wiolonczelę solo, co absolutnie mnie porusza. Nie wiem, czy to wynik mojego uwielbienia samego instrumentu, czy piękno suit Bacha, czy też historia życia wykonawcy, ale zawsze słuchając tego wykonania wzruszam się niesłychanie. Polecam wydanie z 1999 roku, Deutsche Grammophon.

2. Górecki “Kleines Requiem Fur Eine Polka, Harpsichord Concerto” (1995)

Góreckiego kocham miłością ślepą. Są jednak kompozycje Mistrza, które kocham miłością nie tylko ślepą, ale również obsesyjną, a jedną z nich jest „Koncert na klawesyn i orkiestrę smyczkową”. Jeśli Góreckiego kojarzą Państwo jedynie z przepięknej, smutnej, minimalistycznej 3. Symfonii, to polecam przesłuchanie „Koncertu na klawesyn” – 200% energii, której z powodzeniem mogliby pozazdrościć autorzy kolejnej płyty…

3. Pantera “Vulgar Display of Power” (1992)

Na tym albumie jest wszystko: kunszt, moc, piekielny wokal, genialne melodie, riffy i fenomenalna (!!!) produkcja. W 1992 roku „Vulgar” to był cios, choć wtedy chyba tak się nie mówiło; mówiło się raczej, że to „k….sko dobra płyta”. Jest rok 2019 i mogę śmiało powiedzieć, że „Vulgar Display” w ogóle się nie zestarzała. Nadal daje siermiężnego kopa w tyłek. Produkcyjnie – ideał!

4. CocoRosie “The Adventure of Ghosthorse and Stillborn”, “Noah’s Ark” (2007, 2005)

Obie płyty przepiękne, przy czym to „The Adventures” dosłownie zajechałem w odtwarzaczu. Pamiętam aurę tajemniczości i dwuznaczności wokół CocoRosie. Pamiętam ich muzyczne sesje w sypialni, pamiętam ich koncert w Poznaniu. Poza tym CocoRosie zawsze będą mi się kojarzyły z początkami mojej skromnej „kariery”. To właśnie w tamtym okresie w mojej głowie zaczęła pojawiać się myśl, by ponownie zacząć robić muzykę. Sentymentalnie
.
5. Antony and the Johnsons “I Am a Bird Now” (2005)

Nie wiem jak to było, ale Antoniego poznałem chyba właśnie dzięki CocoRosie. Urzekł mnie jego głos, cudowne melodie (im starszy jestem, tym bardziej pragnę dobrych melodii) i smutek. Kolejna przepiękna płyta bardzo frapującego Artysty.

6. Alice in Chains “Jar of Flies” (1994)

“Dirt” – tak; jak by to powiedziało młode pokolenie – „sztos”, ale u mnie jednak chyba dość nietypowo „Jar of Flies”. Słyszę na tej płycie cały ból Staleya i to jedyna płyta Alice in Chains, przy której autentycznie się wzruszam.

7. Stone Temple Pilots “Purple” (1994)

Jak chyba większość ludzi mojego pokolenia, przeszedłem fascynację „grunge”. I choć nigdy nie przepadałem za Pearl Jam (jedyna płyta, którą mam i która jest mi bardzo bliska, to „Vitalogy”) czy Soundgarden („Superunknown” wymieniłem na „Blood Sugar Sex Magic”, którą potem komuś pożyczyłem i już jej z powrotem nie otrzymałem). Stone Temple Pilots natomiast płytą „Purple” urzekł mnie jakimś takim nie do końca dającym się zdefiniować (przynajmniej dla mnie) luzem. Tak, chyba to mnie najbardziej urzekło i nadal urzeka w tym albumie: brak nadęcia… no i cudowne melodie (śmiech).

8. Korn “Korn” (1994)

Korn pamiętam z czasów, gdy MTV była jeszcze telewizją muzyczną. Przed oczami mam wywiad z gościem ubranym od stóp do głów w dres Adidasa. Oglądając ten wywiad nie miałem bladego pojęcia, co to jest nu metal. Nie miałem też pojęcia, że parę miesięcy później kupię płytę „Korn”, a potem wszystkie ich kolejne albumy. „Korn” to dla mnie, podobnie jak w przypadku Pantery, taka ujarzmiona zwierzęca agresja w perfekcyjnym wykonaniu. Coś, czego od czasu do czasu bardzo potrzebuję. Uwielbiam ten ich debiut na równi z „Life is Peachy”.

9. Daughters “You Won’t Get What You Want” (2018)

Przyznam się bez bicia – do zeszłego roku nie miałem pojęcia o istnieniu zespołu Daughters. Za namową znajomego wrzuciłem na Spotify ich ostatnią płytę i… już została w mojej bibliotece. Nie wiem zupełnie, co to jest za styl muzyczny – dla mnie natomiast jest to doprowadzony do produkcyjnej perfekcji Bauhaus XXI wieku. Piekielnie uzależniające.

10. Thom Yorke “Anima” (2019)

No i na koniec Thom Yorke i jego ostatnia płyta. Z Thomem Yorke (oprócz albumu „The Eraser”, którego jestem psychowyznawcą od pierwszego przesłuchania) mam tak, że słucham jego kolejnych płyt i zwykle po pierwszych odsłuchu mówię sobie „hm”, a potem słucham drugi, trzeci, piąty, dziesiąty raz i mówię sobie „o matko święta”. Dokładnie tak było z albumem „Anima”, który obecnie katuję już tydzień, bez przerwy. „Twist”, „Dawn Chorus” czy „Not The News” to są takie kawałki, które nigdy, przenigdy mi się nie znudzą. Top!”

Dodaj komentarz